środa, 16 marca 2016

Od Alice

  Zamknęłam się w pokoju i po kilku godzinach ktoś postanowił zapukać. Ja w tym czasie zebrałam swoje rzeczy i wystawiłam za drzwi jedną niewielką walizkę. Kora, mając za plecami Sama i Deana spojrzała się na mnie zaskoczona.
-Wyprowadzasz się? - spytał Dean zdziwiony. 
-Tak. Mam dość mieszkania tutaj. Nie zrozumcie mnie źle... ja po prostu... wydaje mi się... wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli zniknę z waszego życia. 
-Ale gdzie pójdziesz? 
-Pan wszystko mi zabrał... ale myślę, że w banku pieniądze na koncie jeszcze mam. - uśmiechnęłam się lekko do całej trójki. 
-Alice... - zaczął Sam. - Przecież nie musisz się nigdzie wyprowadzać...
-Nie prowadzicie hotelu ani przytułku dla bezdomnych. Nie jestem dla was bliską osobą, jestem po prostu jak porzucony pies który nie ma dokąd pójść a schroniska są dla niego niedostępne. Nie wiem ile mogłam siedzieć wam na głowach, szczególnie wam. - spojrzałam na chłopaków. - Dziękuję za wszelką pomoc, ale... wiem, że któreś z was na pewno mnie tu nie chce, a jeśli nawet nie, to i tak nie mogę wam siedzieć na głowach... macie swoje sprawy, po co wam dodatkowo jedna, poszkodowana lekko baba? 
  Wyszłam na zewnątrz nie słuchając ich. Cała trójka kazała mi usiąść na murku obok drzwi wejściowych, zrobiłam tak. Usiadł obok mnie Sam, Kora nie za bardzo się odzywała, bo nawet chłopaki nie dali jej dojść do słowa. 
-Gdzie pójdziesz? Hm? A jeśli nie masz nic na koncie bankowym? Jeśli ten cały pan coś spieprzył? Skąd możesz wiedzieć co będzie jak od nas odejdziesz?
-To już moja sprawa. - odparłam. - Zrozumcie, na pewno dobrze robię. Nie chcecie mnie tu, albo jedno z was, albo dwoje, nie ważne. Po prostu chodzi tu o to, że nie mogę dłużej u was mieszkać i ślęczeć wam na głowie. 
-Nie dobrze ci u nas było czy co? - spytał Dean mrużąc oczy. 
-Dobrze... Ale sam rozumiesz. - spojrzałam na niego porozumiewawczo, a on odwrócił wzrok. 
-Co to było? - spytała Kora. 
-Co?
-Te spojrzenia?
-Chyba Alice myśli, że jej tu nie chciałem. 
-Nie chodzi o Ciebie, na pewno nie. - parsknęłam. - Prędzej się powieszę niż obchodziłby mnie twój marny los. 
-Mhm, to co w takim razie miało znaczyć spojrzenie które mi posłałaś? - uśmiechnął się. 
-Przestańcie, Jezu. - warknął Sam. - Co skłoniło cię do odejścia? - spytał.
  Spojrzałam na niego. 
-Po prostu siedzę wam na głowie. Wiem, że macie ważniejsze sprawy niż prowadzenie hotelu i opiekowanie się dziewczyną, która was nawet nie obchodzi, a jeśli nawet, nie jestem nikim bliskim. Przyjacielem, znajomą, jestem przypadkowa. I tu chodzi o to, że zajmuje miejsce w waszym domu niepotrzebnie, czuje się lepiej, Pan zniknął, chyba... 
-To Pan Śmierci, nie może sobie ot tak zniknąć. - zaśmiał się Dean. 
-Zamknij się. - nakazałam Deanowi za jego trafną, złośliwą uwagę. 
  On nadal się śmiał. 
-Brednie. - warknęła Kora. - Jeśli chcesz zostać to zostań, nikt cię nie trzyma tu na siłę. Wrócisz tu, prędzej czy później. 
-Nie mogę tego zrobić. 
-Drzwi tego domu są zawsze otwarte! - powiedział teatralnym głosem Dean. 
  Uśmiechnęłam się pod nosem, ale zaraz zachowałam powagę. 
  Złapałam walizkę i spojrzałam na świętą trójcę. 
-Odwieźć...
   Dean nie dokończył, przyjechała taksówka.
-Nie, dziękuję wredoto. - uśmiechnęłam się złośliwie. 
-Widzę wyostrza ci się charakterek. 
-Nie pasuje coś?
-Ależ pasuje. - zaśmiał się a ja westchnęłam naburmuszona i wsiadłam do taksówki. 

  Miałam wrażenie, że coś tam zostawiłam. Ale zawsze się takie wrażenie ma, jeśli skądś się wyjeżdża, prawda? Nie wrócę tam, jeśli raz już coś powiedziałam, to słowa dotrzymam. Wynajmę sobie jakieś... małe... mieszkanie w centrum. 
  Tak jak postanowiłam tak zrobiłam. Szybko sprzedano mi jakieś stare mieszkanie w kamienicy, musiałam sobie je urządzić i wywalić stąd graty. Było ich pełno i pomyślałam, że nie dam sobie z tym rady sama szczególnie o piętnastej. Wyszłam na korytarz i miałam zamiar zapukać do kogoś, poprosić o ewentualną pomoc w wyniesieniu gratów, ale zadzwonił telefon. Odebrałam, to Marcin. 
-Hej Alice. 
-Czego chcesz?
-Spotkać się? 
-Ech... - westchnęłam ciężko. - Wiesz co? Przyda mi się pomocna dłoń... 
-Gdzie przyjechać?
-Stara kamienica zaraz na rogu Tent Street 86. 
  
  Był w mgnieniu oka, przyjechał swoim czarnym bmw i zaparkował zaraz przy wejściu do kamienicy. Zmienił się. Bardzo. 
-Nowe ciało? - spytałam. 
-Ta, stare jakoś mi... nie służyło.
-Źle czułeś się w swoim ciele?
-Tak, poza tym tamta akcja z tą dziewczyną... nie za bardzo mi posłużyła. 
  Przypomniało mi się to jak widziałam ich razem, jak oszukiwał mnie i jak miał dziecko z inną kiedy ze mną był zaręczony.
-Przepraszam, nie wiedziałem, że nadal cię to boli...
-Nie boli. - udałam uśmiech.
  Uwierzył.
-Wynieś te ostatnie szafki, kartony i pudła... pozostanie tylko sprzątnąć...
-Chcesz tu mieszkać? Żartujesz sobie...
-Sprzedawali od zaraz...
-Nie ma się co dziwić...
  Postawiłam lampę na środku przestronnego salonu i przesunęłam fotel. 
-Będziesz spać na tym fotelu?
-Nie, stać mnie jeszcze na kanapę i miękki materac z kompletem pościeli do spania. - uśmiechnęłam się. 
-Żartujesz sobie chyba. - parsknął.
-Nie, dlaczego? Ty zawsze byłeś ten ułozony, dobra rodzina, dobry synek z dobrego domu i kupa kasy a potem medycyna i praca praca, a potem zdrada za zdradą. 
  Uśmiechnął się i spuścił wzrok. 
-Całkiem sporo w tym racji. - powiedział z uśmiechem. 
  Podeszłam do okna i patrzyłam na zatłoczone ulice dążące do miasta i do wyjazdu z niego. 
-Coraz bardziej liczba mieszkańców maleje... przez zabójstwa i liczne wypadki. Te niewyjaśnione. 
-Masz mi za złe to co zrobiłem wtedy? - spytał. 
  Spojrzałam się na niego.
-Dawno o tym zapomniałam, Marcin. 
-Teraz jestem Stefan. - mrugnął do mnie. 
-Stefan? Serio? 
-Czyli nie masz mi nic za złe?
-Stefan, staram się od nowa żyć. 
-Od takiego startu zaczynasz?
-A ty od ataków na ludzi będąc chirurgiem? 
-Nie zabijam. Już nie. 
-Ach tak? - zaskoczył mnie ale nie ufałam mu.
-Od dwóch lat tego nie robię. Od kiedy odeszłaś starałem się to ograniczyć.
-Wtedy nie wiedziałam że istnieje w ogóle coś takiego jak wilkołak, wampir, czarownica, i zniewolona przez śmierć. 
-Próbowałem pomóc...
-Nie wyszło, rozumiem to. Nie tylko ty próbowałeś mi pomóc. Nie da się, czaje. Teraz przepraszam ale wolałabym zostać sama i posprzątać kurze umyć okna, podłogi... 
-Spodziewasz się kogoś jeszcze?
-Jestem ostatnią osobą, która musiałaby ci się tłumaczyć ze swoich poczynań, Stefan. 
  Nic już nie powiedział, a wyszedł z mieszkania.

sobota, 12 marca 2016

Od Alice

  Siedziałam w salonie z Deanem, Samem, Bobbym i Korą. Dobrze się bawiliśmy, było fajnie. Czułam brak sił, czułam jak słaba jestem psychicznie. A także nadal czułam obecność pana, coś kombinował. Byłam jedyną osobą która znała go i jego plany, miała dostęp do różnych papierów, tajemnic, do całego Pana. Jednak miałam także świadomość tego, że on coś planuje, coś związanego ze mną. 
  Dawno temu, gdy miałam osiemnaście lat usunął moją pamięć i zamienił ją na inną. Byłam zupełnie innym człowiekiem, inną Alice z innym życiem. Życie może mnie zaskoczyć nie raz, nie wiem jakie miałam życie kiedyś,  czy na pewno miałam na imię Alicja...
  Usłyszałam dźwięk swojego telefonu, przeprosiłam towarzystwo i sięgnęłam powoli, łapiąc się za bolący brzuch, do stolika. Nieznany numer - jednak postanowiłam odebrać.
-Słucham?
-Alice? - usłyszałam głos mężczyzny, znajomy. 
  Od razu dostałam jakby... wizji, retrospekcji... widziałam mężczyznę, trochę starszy ode mnie, przystojny, wysoki... Weszłam do mieszkania, zapukałam. Byłam szczęśliwa. Drzwi otworzyła mi młoda, atrakcyjna dziewczyna.
 
-Nic nie zamawialiśmy... - mówi dziewczyna. 
-A nie przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania...
-Kto to kochanie? - usłyszałam głos mężczyzny. 
  Znajomy. 
  Poszłam w głąb mieszkania mijając kobietę. Zobaczyłam mężczyznę, tego samego przystojnego... tego bardzo mi skądś znajomego. 
  Zamarł. 
-Marcin? - szepnęłam ze łzami w oczach. 
  Obok niego było łóżeczko, a w nim małe dziecko. 
-Możesz mi wyjaśnić kto to? - spytała kobieta. 
-Jestem... Jestem jego narzeczoną... 
-Co? - zaśmiała się dziewczyna. 
  Spojrzałam w prawo, ujrzałam zdjęcie na komodzie. Był tam mój narzeczony z dzieckiem i tą kobietą. Spojrzałam znów na Marcina a potem na dziecko.
-Ile ma? - spytałam. 
-Brandon ma siedem miesięcy... możesz mi powiedzieć, Marcin, co ona odwala? 
  On jednak milczał, nie patrzył na żadną z nas. 
-Jest moim narzeczonym, idiotko! - warknęłam zrozpaczona. - Boże! 
  Wybiegłam z mieszkania. Pobiegł za mną, a ja dałam mu w twarz i bez słowa poszłam marszem przed siebie poprawiając torbę na ramieniu. Wycierałam łzy dłonią szukając w torbie chusteczek. 

-Jesteś tam? Alice?
-Marcin...? - spytałam zaszokowana. 
-Kopę lat... 
-Po co dzwonisz? - głos mi zadrżał. 
-Próbowałem się dodzwaniać przez dwa lata od kiedy dałaś mi soczyście w morde... - zaśmiał się. - Ale nie było takiego numeru albo po prostu nie odbierałaś...
-Ehm... Od pewnego czasu zmieniałam numer... 
-Może się spotkamy? Dawno się nie widzieliśmy...
  Rozłączyłam się i zablokowałam numer.
  Marcin nie jest dobry... Nie jest... I nie powinnam znów zaczynać... 

niedziela, 6 marca 2016

Od Kory

Jakoś to wszystko wydawało mi sie podejrzane a przy Alice czułam się dziwnie, tak nieswojo.
Czekałam zniecierpliwiona na Sama i Deana. Kiedy wreszcie wrócili Alice i Bobby już spali.
-Chłopaki.. czuje w kościach ze niedługo stanie sie coś niebezpiecznego.-powiedziałam siadając na blacie w kuchni.
-Jesteś bardzo spostrzegawcza. Jesteśmy łowcami.. nasze życie polega na niebezpieczeństwie.-powiedział Dean.
Pokazałam mu język.
-Dobra ja idę spać bo jestem wykończony a wy tylko sie tu nie pozabijajcie.-powiedział Sammy i machnął na nas ręką.
-Dean na prawdę mnie to niepokoi. Słuchajcie.. jeśli ten jej "Pan" ma na nią taki wpływ i jeśli jej dusza jest w jego posiadaniu to jaką mamy pewność że on nie wie co kombinujemy? Może ona tylko zgrywa skrzywdzoną dziewczynkę a tak na prawdę jest zła? Może donosi mu o każdym naszym kroku... Nie znam jej i nie chce oceniać ale jak na nią patrze... Zamiast normalnej aury.. widzę czarną poświatę. Podobnie jest kiedy ktoś nie ma duszy lub jeśli ja sprzedał.. Istota żywa bez duszy.. jest jak marionetka.
-I co mamy zrobić?
-Nie wiem...
-No to tak samo jak ja. Nie wiemy dokładnie kim jest ten jej "Pan" ale staramy sie rozwiązać sprawę. Zacytuje Sama "Mamy pomagać wszystkim ludziom".
-Dla mnie jest tu coś bardzo podejrzanego.

***

Następnego dnia nie mieliśmy żadnych nowych informacji i nadal ani śladu "Pana". Chłopaki zamiast tego szukali jakiś innych spraw.
-Mam. Trzy ciała bez serca.
-Wilkołaki.
-Jadę z wami.-powiedziałam.
-Wykluczone.-powiedział twardo Dean.
Alice jeszcze spała. Sam był dopiero zajrzeć u niej a Bobby czytał w swojej sypialni.
-Kora jesteś jeszcze za słaba.-powiedział troskliwie Sammy.
-Dam rade już jest dobrze. Działając odzyskam szybciej siły.
-Nie ma mowy.
-Nie zapomnijcie ze nie jestem człowiekiem. Ze zmiennokształtnymi jest inaczej niż z ludźmi.
-Dobrze ale trochę przeszłaś. -powiedział Sammy.
-Dam rade. Jeśli nie weżniecie mnie ze sobą znajdę sposób by tam sie dostać bez waszej pomocy a lepiej działać w grupie niż solo.
Dean patrzył sie na mnie zły.
-Tylko nie zostaw sierści na siedzeniu.
-Nie jestem już w postaci psa!
-Mimo wszystko nadal wolałem cie w tamtej postaci.
-A mogłam ci pogryźć te fotele.
-Byłabyś trupem.-powiedział pokazując na mnie palcem.
-Tak wiem skarbie.-puściłam mu całusa i poszłam sie naszykować.
Kiedy już byłam gotowa poszłam do salonu. Byli tam wszyscy.
-Jak sie czujesz Alice?-zapytałam.
-Lepiej, dziękuje.
-Mam pomysł na jutrzejszy dzień więc zbieraj siły!-powiedziałam.
Chłopaki spojrzeli sie na mnie zdziwieni najbardziej Dean.
No dobra.. dziwnie i nieswojo czułam sie przy niej.. tak jakby mi zagrażała lecz postanowiłam spróbować. Nie znam jej.. może jest tak jak mówi.. nie wiem. Tak czy inaczej jutro chce ja zabrać na małe zakupy. I jej i mi przydadzą sie nowe ubrania.


***

Jechaliśmy samochodem. Ja siedziałam z tyłu. Dojechaliśmy na miejsce. Chłopaki przebrali się by wyglądać jak agenci FBI.
-I mamy problem... nie mamy ubrań ani lewych dokumentów dla ciebie.-powiedział Dean.
-Spokojnie. Na szybko ogarnęłam parę zabaweczek.
Podałam im torbę. Dean spojrzał do środka zdziwiony.
-Obroża? Smycz?
-W końcu podobno to ataki zwierząt.. wiec przyda wam się wam piesek ze sprawnym noskiem.
-Dasz radę sie przemienić? -zapytał Sammy.
-Raczej tak. Nabrałam już trochę sił a mój organizm już dawno pozbył sie srebra. Nie powinno być problemu. Przemienię się a wy założycie mi obrożę i zapniecie na smyczy. Na kaganiec się nie zgadzam.
Dean zaczął sie śmiać ale kiedy sie na niego spojrzałam prawie się udusił.
Zamknęłam oczy i szybko sie przemieniłam. W pierwszego psa jaki przyszedł mi do głowy. Oczywiście husky i w dodatku tego samego pod którego postacią byłam u chłopaków.
Dean założył mi obrożę i zapiał na smyczy. Ruszyliśmy w stronę komisariatu.

piątek, 4 marca 2016

Od Alice

-Nie rozumiecie co tam się działo. - szepnęłam do Deana.
-Ale sama nie chcesz nam wyjaśnić!
-Nie krzycz na nią. - warknął Sam. - Wyjdź. Sam z nią porozmawiam.
  Dean coś mruknął pod nosem i wyszedł. Sam usiadł obok mnie na łóżku, ale szybko się odsunęłam przerażona.
-Dlaczego się mnie tak boisz?
-Zgwałcono mnie...
-C...Co?!
-W szpitalu psychiatrycznym...
-Byłaś w normalnym szpitalu...
-Byłam w psychiatryku jakiś czas. Potem jakoś trafiłam do tego zwykłego szpitala na oddział specjalny... potem od izolatki... potem gdy... dochodziłam do siebie... trafiłam na salę gdzie byli inni ludzie...
-Kto cię zgwałcił?
-Gwałcono mnie dwa, może trzy razy w tygodniu. Był tam... był tam taki pielęgniarz... Bił mnie kiedy krzyczałam i wołałam o pomoc...
-Kurwa mać! - wkurzył się Sam. - Przepraszam... wkurwia mnie takie bestialstwo! Ja pierdole!
  Milczałam.
-Nie musisz się mnie bać. Deana też nie. Bobby też cię nie skrzywdzi. Nikt nie ma zamiaru ci robić krzywdy.
  Do pokoju wszedł Dean.
-I jak?
-Gwałcił ją w psychiatryku jakiś pielęgniarz.
-Co?!
-Parę razy dziennie. Rozumiesz to? Pierdolony gnojek.
-Była w psychiatryku?
-Parę dni. Z tego co mówi.
-Cholera... - powiedział zaskoczony Dean. - Zrobimy porządek z tym typem a potem załatwimy nasze sprawy. To powinno pójść szybko.
-Zostawimy ją tu? - spytał z troską Sam.
-Popierdoliło cię? Ma tu Bobby'ego i Korę.
  Sam spojrzał na mnie a ja na niego.
-Kora, zaopiekuj się Alice. - poprosił Dean.
-Co mam robić dokładniej?
-Jest w ciężkim stanie psychicznym... pytaj, sprawdzaj, kontroluj czy nic jej nie jest, czy nie potrzebuje czegoś.
 
  Snułam się po domu bez celu, gdy Kora pytała o coś z lekkim uśmiechem kręciłam przecząco głową, a ona nadal mnie pilnowała wzrokiem jak małe dziecko.
-Wygląda dziwnie. - usłyszałam głos Bobbyego.
-Co masz na myśli?
-Jest wychudzona, ma siniaki, jest blada... co oni jej robili?
-Nie wiem. Nie powinniśmy w to wnikać. Widać, że dużo przeszła, potrzebuje pomocy. Nie wiem na jaką skalę... ale ma nas. Naszą czwórkę.
-Myślę, że Dean się będzie próbował jej pozbyć.
-Dlaczego?
-Dean pewnie nie chce robić z tego domu hotelu. Ma dość nieustannych gości.
-Niedługo się wyniesiemy, wiesz, nie prosiłam o to by mi pomogli ani Alice też o to nie prosiła. Na pewno nie będę prosić się o łaskę, jeśli będzie trzeba odejdę zaraz zabierając Alicję ze sobą. Dean czasem przesadza...
-Za to Sam ma dobre serce do obcych...
-Wiem. Ale niestety Alice musi tu z nimi zostać... na jakiś czas, do póki nie wyjaśnią sprawy z tym całym Panem. To większy kawałek chleba.
-Racja...
   Dalej nie słuchałam rozmowy, poszłam do pokoju i usiadłam na łóżku patrząc na swoje posiniaczone, wychudzone dłonie. Nie wiedziałam nawet, co tu robię i dlaczego tu jestem, skoro jestem niechcianym gościem... czemu nie mogę stąd odejść...?
  Chyba... kojarzy mi się... że... chyba... nie mam domu... już nie...

Od Dean'a

-Co z nią ? - spytał Sammy
-Chyba już okej, szkoda ,że to nadal pierdzielony zmiennokształtny.
-Dean !
-Co ?!
-To nasza przyjaciółka
-Kiedyś było to łatwiejsze, potwór ? potwór, to ciach i po problemie.
Sammy olał moją wypowiedz i poszedł do pokoju w którym leżała Kora, zaniósł jej jakieś
zdrowe śniadanko, krowy dwie, ja byłem za tym żeby dać jej frytki.
(dostała śniadanie do łóżka ponieważ po takim zabiegu może nie być w stanie wstać)
Wyszedł od niej i usiadł w salonie przed laptopem.
-Słuchajcie ta Lilith została stworzona na znak protestu - powiedział Sammy nie odrywając wzroku
od laptopa.
-Co ? Kogo ?
-Lucyfera, po tym jak sprzeciwił się ojcu został wypędzony z nieba i z ludzkiej duszy stworzył
 pierwszego demona, Lilith.
Nagle pojawił się tuż za mną Cas.
-W 1972 roku demon Azazel opętał ciało księdza i jego rękami zgładził 9 zakonnic.
 Ten czyn pozwolił mu na skontaktowanie się z Lucyferem. Upadły anioł powiedział mu
 o 66 pieczęciach i o tym, że po uwolnieniu będzie potrzebował specjalnego naczynia.. ludzkiego
 ciała, które demon będzie musiał odnaleźć.
Na samą wzmiankę o Azazelu robiło mi się nie dobrze, skurwiel zabił naszą matkę !
-Nadal nie wiemy co jest ostatnią pieczęcią - dodał Bobby
-Podejrzewamy ,że jest nią przywódca demonów a ,że Lilith nie dowodzi musi się znaleźć ktoś kto to będzie robił. - ,,Dean, wiesz ,że Sam jest tą osobą, dziwne ,że jeszcze nie zaczął się przemieniać"-
usłyszałem ten głos w głowie. Nie miałem jak odpowiedzieć ale się zdenerwowałem.
Nagle Kora zaczęła dawać oznaki życia (usłyszeliśmy skrzypienie łóżka) Sammy od razu poszedł do niej a ja wygarnąłem aniołowi.
-Nie ! On jest zupełnie normalny.
-Dean, jestem aniołem wiem co mówię.
-Wyjazd mi stąd !
-Nie czekaj ! - wyszedł z pokoju Sammy - Dean, on mówi prawdę mam chwilę gdy nie czuje się sobą
-To jeszcze nic nie znaczy, każdy tak ma
-To co innego - teraz zwrócił sie do Casa- wiesz jak temu zapobiec ?
-Azazel nie żyje
-Bo go zabiliśmy - wtrąciłem zły
-Coś musi cię oczyścić. - odpowiedział Cas całkowicie mnie ignorując
Nagle w drzwiach od sypialni stanęła Kora.
-Co jest chłopaki ?
-O widzę ,że Lesie już wydobrzała - powiedziałem złośliwie
-Spadaj - odparła z lekkim uśmiechem
-Nie powinnaś wstawać z łóżka - powiedział Sammy zatroskany
-Nic mi nie będzie mamo - powiedziała już mniej uśmiechnięta i usiadła na sofie w salonie- to co
 jest grane ? - spytała
-Nic szczególnego kolejna sprawa ale najpierw musimy iść do Alice, zobaczyć jak sobie radzi,
 nie dzwoniła ani nie odbiera. - powiedział Sammy
-To dwie macie pod opieką ? Ja wydobrzeje i spadam stąd, nie będę wam przeszkadzać.
-Zostań ile chcesz - powiedział Sammy i automatycznie ja i Bobby się na niego spojrzeliśmy
 z wyrazem typu ,,co ty pierdolisz?"
-Cas zostajesz czy jedziesz z nami ? - spytałem zakładając grubą skórzaną kurtkę.
Po moich słowach Cas zniknął, był wkurzony.
-Też jadę - chciała się podnieść z kanapy ale zaraz ciężko na nią upadła - dobra ja tu posiedzę
 z Bobb'im
-Dobry pomysł - powiedziałem

W szpitalu byliśmy już chwilę później, Alice nie obudziła się prawie w ogóle od tej pory, może raz,
co chwile tylko nieznacznie się szarpała, coś mało przyjemnego musiało jej się śnić.
Siedzieliśmy przy jej łóżku i czekaliśmy ,może właśnie teraz się ocknie.
Nagle do sali weszła pielęgniarka, podała jej jakiś zastrzyk i wtedy Alice wydała z siebie nieznaczny
krzyk.
-Co to było - zerwałem sie z miejsca
-Pobudzający, dlatego tak zareagowała..  ostatnio majaczyła przez sen, nic konkretnego.
Pielęgniarka wyszła, była bardzo dziwna.  Podszedłem do Alice i potrząsnąłem nią trochę.
-Ej młoda, wstawaj, nie ma lenistwa.
-Dean! - krzyknął Sammy
-No co? - spojrzałem się na niego zdziwiony
-Tak nie
Spuściłem ręce i usiadłem s powrotem na miejscu.
-Dobra
Nagle aparatura do której była podłączona Alice zaczęła świrować
-Dean tracimy ją !
Do sali wbiegli lekarze i kazali nam wyjść, przez szybkę w drzwiach widać było jak ją reanimują.
-Szybko Sam !
-Co ?!
-Wymyśl coś !
-Niby co ?
-Kosiarz nie może jej dostać w swoje łapy !
-Dean nic nie możemy zrobić.
-Pierdolisz
Szybko wszedłem do pustej sali obok i podpoiłem sie pod aparaturę.
-Sammy !
Zawołałem brata. Wbiegł do sali i zatrzymał sie ze zdziwieniem widząc co zrobiłem.
Wypiłem płyn wprowadzający w stan między życiem a śmiercią, tak przynajmniej pisało na ulotce,
potrzebowałem czegoś co mnie załatwi ale nie na dobre.
-Za 4 minuty reanimuj mnie.
Lek zaczął działaś dopiero po jakieś minucie, była to najdłuższa minuta w tym tygodniu,
ale gdy już zadziałał, było dziwnie, wstałem z łóżka i obserwowałem jak Sammy czyta ulotkę na
defibrylatorze a ja leżę na łóżku, fuuu śliniłem się ! Ale jaki przystojny jestem.
Wybiegłem z sali i poszedłem do Alice, lekarze już przerywali reanimacje, odpuścili, stwierdzili
,że już nie żyje. Ale ona jeszcze żyła! Nagle gdy lekarze wyszli zauważyłem jak jakaś brunetka stoi
w koncie i sie przygląda.
-Hej ! Kim jesteś ? - spytałem
-Dean, nie możesz tego zatrzymać, przyszłam po nią.
Powoli sunęła w stronę Alice, nie szła ale sunęła jakby unosiła się w powietrzu.
-Daj mi tylko chwilę !
-Dean nie mogę... umarłeś ? - nagle ze zdziwieniem spytała
-Nie do końca.
Nagle kosiarz (ta brunetka) wyciągnęła rękę w stronę Alice i po chwili duch Alice wychodził z ciała.
Spanikowałem, szybko rzuciłem się w ich stronę, ducha Alice wepchnąłem s powrotem jedną ręką a drugą dźgnąłem kosiarza srebrnym nożem ale to nic nie dało, kosiarza można zabici tylko jedynie jego własną kosą, z drugiej strony Alice wróciła do siebie, obudziła się żywa. Nie widziała nas
ponieważ jesteśmy tylko duchami ale my ją tak.
-Nie powinieneś, popsułeś ca....- wypowiedz kosiarki przerwał Sammy
Udało mu się mnie reanimować.
-Co tak szybko! Nie skończyłem.
-Dean minęło 5 minut
-Serio ?
-Tak. Co z Alice ?
-Żyje
Wyrwałem aparaturę i te różne kabelki z siebie i razem poszliśmy do Alice.
Sammy przyjaźnie ja przytulił
-Jak dobrze ,że żyjesz - powiedział Sammy puszczając ją z objęć.
Ja stałem w drzwiach z założonymi rękoma.
-Nie ma za co.
-Co się stało? - była oszołomiona. Nic dziwnego.
-Jedziesz z nami - dodałem
-Dean tu jest bezpieczniejsza. - powiedział Sammy
-Serio? Tu w tym pokoju patrzy się na nią kosiarz, taka niezła dupa brunetka, i chętnie by ją sobie
wzięła i sądzę że następnym razem nie da nawet szansy na jej uratowanie.

Pół godziny później dotarliśmy do domu, ja, Sammy i Alice. Pokój gościnny zajęła Kora więc Alice
musiała chwilowo zadowolić sie pokojem Sama.
-Co to ? Przytułek ? - spytał ironicznie Bobby
-Wydobrzeją to sobie pójdą.
-Ta, pomogę im w tym. - usiadł koło Kory na sofie, ona się spojrzała na niego zdziwiona - no co?
 Po pokoju Dean'a następny jest mój.

czwartek, 3 marca 2016

Od Kory

Dean i Sam spojrzeli sie na mnie zaskoczeni moim przejęciem.
-Wampira, blondyn.. średniego wzrostu.. ale czy to ważne?
-Paul.. A reszta?
-Uciekli. Mamy jednak Cola. Dlaczego oni cie trzymali? Z tego co nam wiadomo wampiry nie trzymają się ze zmiennokształtnymi.
-Ja.. ja ich znam. Poznałam ich po śmierci Grega ale to nie jest ważne. Zabiliście Paula.. Fill nie puści wam tego płazem. Znajdzie was i będzie chciał zabić. Macie mnie wiec Max także tu przybędzie a poza tym nie zostawił by Fill'a.
-To dobrze że tu przyjdą. Zabijemy ich.-powiedział Dean jak gdyby nic i napił sie piwa.
-Nie.. oni.. nie są źli.. Zboczyli z drogi. Kiedyś tacy nie byli.
-Bronisz wampiry które Cie skrzywdziły?
-Dean, Sam ja wiem ze tego nie rozumiecie ale..
-Masz w sobie krew jednego z nich. Nic dziwnego ze ich bronisz.-usprawiedliwił mnie Dean.
Nie chciałam sie z nimi kłócić, i tak by nie zrozumieli a poza tym nie miałam na to siły.
-Jak długo Cie przetrzymywali?
-Porwali mnie parę godzin po tym jak pojechałeś ode mnie.-powiedziałam opierając się o oparcie kanapy.
Powoli znów robiłam sie senna.
-Co Ci zrobili?
-W sumie to tylko mnie trzymali.. no i Max.. nakarmił mnie swoja krwią. To ja sama sie głodziłam oraz próbowałam popełnić samobójstwo.
-Jesteś na głodzie?-zapytał Sam.
-Tak. Od ponad tygodnia nic nie jadłam. Od kiedy zostałam zatruta ich krwią co wywołało głód. Mogłabym sie pożywić.. miałam na to mnóstwo okazji jednak ja nie chcę. Wiem ze jeden raz sprawi ze będę to robiła potem bez możliwości kontroli.
-Dlaczego Cola przemienili? Zakładali gniazdo?
-Tak ale.. Cole sam tego chciał. Powiedział mi to jak tylko go tam zobaczyłam. Uważa że takie życie jest lepsze od tego jakie miał.
-Mówiłem by go zabić..-powiedział Dean.
Sam sie na niego spojrzał.
-To nastolatek! Niewinny..
-Zabijał. -powiedziałam.- Ale można go uratować.
-Jak tylko dorwiemy tego Maxa.
Zamknęłam oczy tylko na chwilkę.
-Kora?-usłyszałam głos Sama.
-Emm tak?-otworzyłam oczy.
-Coś Ci dolega?
-Nie.. tylko zmęczona jestem.
-Połóż się spać.-powiedział Dean. -Przypilnuję Cię.
Uśmiechnęłam się zamykając oczy i kładąc sie na kanapie.

***

Obudziło mnie zamieszanie. A dokładnie huk. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak Sam przelatuje przez cały pokój i uderza o ścianę. Podniosłam sie do pozycji siedzącej i w drzwiach zobaczyłam Filla.
Ruszył w stronę Sama. Nic nie mogłam zrobić bo byłam przykuta kajdankami do nogi kanapy.
-Fill nie!-krzyknęłam tylko.
-Zamknij sie! To twoja wina!-krzyknął i złapał Sama za gardło po czym podniósł go i teraz Sam bezwładnie wisiał z trudem łapiąc oddech.
-Gdzie jest twój braciszek?! Ten co zabił Paula?!
-Mnie szukasz?
Spojrzałam w drzwi i zobaczyłam Deana.



Fill puścił Sama i skierował siew stronę Deana. Zaczęła sie walka jednak po chwili Fill skończył bez głowy.
Krzyknęłam. Patrzyłam się na ciało niegdyś bliskiej mi osoby.
-Sammy wszystko dobrze?-podbiegł do niego Dean.
-Taa..-powiedział młodszy brat podnosząc się z podłogi.
Obok mnie pojawił się Max... zaczął siłować sie z kajdankami. Rozerwał je.
-Max uciekaj!-powiedziałam akurat kiedy Winchesterowie zobaczyli go.
Ruszyli w naszą stronę kiedy zaatakował ich Col. Max widząc to nie mógł dopuścić by dzieciakowi coś sie stało i także ich zaatakował.
-Kora uciekaj!-krzyknął Max odwracając sie do mnie..
Źle zrobił. Właśnie w tym momencie Dean przebił go kołkiem. Cole zobaczył to i to było ostatnie co zobaczył bo Sam uciął mu głowę.
-Nie! Nie ni nie..-upadłam na podłogę i zaczęłam czołgać sie do ciała Maxa.
Położyłam sobie jego głowę na kolanach.
-Max..
-Czyli to ten? Sam trzeba wziąć jego krew dla Kory.-powiedział Dean jednak cały czas patrzył sie na mnie.
Czułam to. Jednak ja nie odrywałam wzroku od twarzy Maxa. Może i zrobił mi wielka krzywdę.. ale po śmierci Grega udzielił mi schronienia a teraz.. też nie chciał dla mnie źle. W jego rozumieniu oczywiście. On mnie kochał. Bez wzajemności oczywiście.. To dla mnie tu przyszedł. I dla mnie zginął. Nie ważne kim by był.. i jak wiele złych rzeczy by uczynił. Z miłości do mnie oddał życie. Ta świadomość bolała.
-Kora wstawaj.-podniósł mnie za ramie Dean.
Głowa Maxa upadła na ziemię bezwładnie.
Dean wyprowadził mnie z pokoju a zaprowadził mnie do jakiejś sypialni. Pomógł mi usiąść na łóżku.
-Tam jest łazienka. Umyj sie bo jesteś cła w wampirzej krwi. Zaraz przyniosę ci antidotum.-powiedział.
Jednak nie wyszedł.. a ja nie wstałam.
-Co to było? Dlaczego przejęłaś sie jego śmiercią?  Zrobił Ci to! Przez niego cierpisz.
-Nie zrozumiesz..
-Czułaś do niego coś?
-Nie.. tylko wdzięczność.. za to ze wtedy kiedy zostałam sama zaopiekował się.. Jego śmierć.. była.. nie chce o tym rozmawiać.
-Dobra.

***

Wzięłam długi prysznic. Cały czas czułam na sobie krew Maxa. Z łazienki wyszłam dopiero kiedy usłyszałam pukanie zniecierpliwionego Deana. Założyłam jakaś koszulę i dresowe spodnie któregoś z nich co mi przynieśli. Oczywiście były o wiele za duże ale lepsze to niż być owinięta w ręcznik a moje stare ubrania nie nadawały sie już nawet do oddania do prania.
Z mokrymi włosami wyszłam z łazienki.
Usiadłam na łóżku. Czułam sie po wzięciu prysznica trochę lepiej.
-Mimo wszystko wyglądasz już lepiej.-powiedział Dean.
Podał mi szklankę w której była krew Maxa. Czułam ją. Po dłuższym zastanowieniu.. zamknęłam oczy i zaczęłam pić.
-Do dnia maleńka..-powiedział.

Od Alice

  Nie wiem co się stało. Nie wiem też czy żyję.
  Siedziałam na krześle w pokoju, jakby biurze, w którym zawsze był Pan. Ten pokój był zamknięty gdy zjawiali się tam dziwni ludzie. Byli spokojni, szli jak nawiedzeni. Pan mówił, że to opętane osoby, a czasem przychodził sam Lucyfer. Czyli dostał się do świata ludzi. Pan mu pomaga.
-Nie jestem zadowolony, że kręcą się obok ciebie łowcy...
-Nie musisz się martwić, Panie. Ja tylko chcę... kogoś tu poznać...
-Wiesz, że ten kogo poznasz bliżej traci życie? Pamiętasz?
  Kiwnęłam głową.
-A teraz zostawiam cię pod opieką prawdziwych specjalistów.
-Jakich specjalistów? - spytałam ciekawa.
-Jesteś czasem jak dziecko, droga Alicjo. Musisz się jednak przekonać, że życie to istne piekło. A jego panem jest Śmierć i Lucyfer. Niestety, ty zostałaś mi dawno zapisana po twojej matce.
-Co za specjaliści? - dowiadywałam się.
-Dobrze się tobą zajmą.

  Otworzyłam oczy. Leżałam. Dziwne białe pomieszczenie lśniło nadmiarem czystości, leżał obok mój telefon na szafce nocnej i kartka. Chciałam po nią sięgnąć, ale zabolał mnie brzuch. Podwinęłam kołdrę i koszulkę, miałam opatrzoną jakąś ranę.
  Zwróciłam uwagę na ręce, na prawej miałam bandaż.
  Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, skąd mam te bandaże, czemu jestem w szpitalu... ale pamiętałam tylko twarz Deana i dźwięk strzału który powtarzał się w mojej głowie jak echo.
-Przywitaj swoich kolegów, Alicjo. - usłyszałam jakiś głos.
-Kto tu jest? - prawie że krzyknęłam.
  Ale nikt nie odpowiedział.
  Byłam na sali sama, dwa łóżka były puste. Na trzecim leżała nieprzytomna dziewczynka. Spojrzałam w lewo, a tam ujrzałam pojawiające się cienie co jakiś czas.
  Przyglądałam się im, gdy jeden z cieni wyciągnął do mnie rękę... zainteresowało mnie to. Cień, który ''żyje''? Może mam zwidy? Pewnie tak... jasne, że tak! Przecież to nie normalne!
  Gdy nasze dotyki się spotkały, zabolało mnie to. Jakby po całym moim ciele przebiegł prąd, czułam, jak moje ciało płonie, a sama widziałam migające, straszne sceny i rzeczy, których nawet nie można sobie wyobrazić. Rozcinanie skóry, mordowanie. I na koniec znajomy mi strzał.
  Krzyczałam. Do pokoju wbiegły pielęgniarki z lekarzem na czele. Zaczęłam krzyczeć, płakać i się rzucać. Wyrywałam sobie wenflon, wszyscy mnie próbowali trzymać, ale nie dawali rady.
-Szybciej! - krzyknął lekarz. - Podajcie neospasminę, 50.
  Kątem oka widziałam, jak pielęgniarka wyjęła strzykawkę.
-Trzymajcie ją mocniej!
-Nie rozumiecie! Musicie mi pomóc!!! Proszę! - krzyczałam, ale oni mnie nie słuchali.
-Pomagamy ci właśnie, spokojnie... - mówił lekarz.
  Po wszystkim było mi lepiej. Nogi miałam jak z waty, moje ciało było lżejsze...
-Zadzwońcie do Szpitala Psychiatrycznego. Przedstawcie sytuację... trzeba ją tam przenieść. Ona nie jest zdrowa, może zrobić krzywdę, niepokoi pacjentów.
-Tak jest doktorze. - powiedziała pielęgniarka.

  Obudziłam się przywiązana do łóżka. Na suficie pojawił się cień, jakby opadał w dół i zniknął w kącie. Poczułam, że nic mnie już nie obserwuje. Tylko... gdzie ja jestem...? I dlaczego...?
  Minęło pół dnia, byłam głodna i zmęczona. Wpatrywałam się kilka godzin w sufit wołając co jakiś czas kogoś, kto mi wytłumaczy dlaczego tu jestem. Jednak przyszła pielęgniarka i powiedziała, że czas na kąpiel.
-Kiedy wrócę do domu? - spytałam gdy mnie odpinała.
  Ona tylko się uśmiechnęła.
-Kiedy się lepiej poczujesz. Chodź...
  Zeskoczyłam z łóżka i poszłam z nią gdzie prowadziła.
  Weszłam do wielkiej wanny pełnej piany i ciepłej wody pachnącej wiśniowym płynem do kąpieli. Ale o ile się orientuje, szpital tak nie wygląda...
  Gdy siedziałam w wannie usłyszałam za sobą skrzypienie drzwi wejściowych. Odwróciłam się szybko zasłaniając piersi. W środku był przypakowany, wysoki pielęgniarz.
-Masz być cicho. - nakazał, a gdy chciałam krzyczeć uderzył mnie w twarz. - Zamknij się. Rozumiesz?
  Przestraszona milczałam, odwróciłam się.
  Zaczął się rozbierać, słyszałam odpinający się zamek. Wszedł do wanny, kazał mi się posunąć wprzód. Usiadłam na samym końcu wanny by być jak najdalej od niego. Jednak on siłą przysunął mnie do siebie i nie puszczał. Gdy nie pozwalałam mu siebie dotykać, gdy krzyczałam, wołając o pomoc on mnie bił. Zaczął mnie obmacywać. Jego dotyk, każdy dotyk sprawiał mi ból. Nie wiem ile to trwało. Siniaków było więcej, a on nie przestawał. Obmacywanie zmieniło się w gwałt. Chciałam by puścił, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Podduszał mnie, bolało. Wszystko mnie bolało. Chciałam umrzeć. Ale zamiast tego wróciłam do pokoju, w którym byłam wcześniej.
  Pielęgniarka weszła do środka i podała mi jakiś obiad.
-Mogę zadzwonić? - spytałam szeptem wpatrując się w swoje posiniaczone dłonie.
-Dziecko, co ci się stało?!
-Mogę zadzwonić? - powtórzyłam.
-Nie możesz dzwonić...
-Potrzebuję zadzwonić. Potrzebuję zadzwonić... potrzebuję... pomocy...
-Masz tutaj profesjonalną pomoc. Co zrobiłaś w dłonie?
-To pielęgniarz. Krzywdził mnie w łazience.
-Och... wydawało ci się. Tak się czasem dzieje.
-Nie... Pani nie rozumie...
-Rozumiem... Doskonale rozumiem, kochanie. - pogładziła mnie po ramieniu.
  Była miła. Ale nie rozumiała.
-Potrzebuję zadzwonić... Numer Deana... Sama... Nie mam ich numerów... Gdzie mój telefon?
-Mam go.
-Mogę zadzwonić?
-Pytasz o to trzeci raz...
-Mogę zadzwonić?
-Alicjo... odpoczywaj...
-Muszę zadzwonić. Dean i Sam mi pomogą... musi pani uwierzyć... musi pani mi dać mój telefon...
-Nie masz ich numerów, jak chcesz zadzwonić?
-Mam numer Sama... on ma mój... Mogę zadzwonić?
  Wyszła, nie kontynuując ze mną rozmowy.