-Wyprowadzasz się? - spytał Dean zdziwiony.
-Tak. Mam dość mieszkania tutaj. Nie zrozumcie mnie źle... ja po prostu... wydaje mi się... wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli zniknę z waszego życia.
-Ale gdzie pójdziesz?
-Pan wszystko mi zabrał... ale myślę, że w banku pieniądze na koncie jeszcze mam. - uśmiechnęłam się lekko do całej trójki.
-Alice... - zaczął Sam. - Przecież nie musisz się nigdzie wyprowadzać...
-Nie prowadzicie hotelu ani przytułku dla bezdomnych. Nie jestem dla was bliską osobą, jestem po prostu jak porzucony pies który nie ma dokąd pójść a schroniska są dla niego niedostępne. Nie wiem ile mogłam siedzieć wam na głowach, szczególnie wam. - spojrzałam na chłopaków. - Dziękuję za wszelką pomoc, ale... wiem, że któreś z was na pewno mnie tu nie chce, a jeśli nawet nie, to i tak nie mogę wam siedzieć na głowach... macie swoje sprawy, po co wam dodatkowo jedna, poszkodowana lekko baba?
Wyszłam na zewnątrz nie słuchając ich. Cała trójka kazała mi usiąść na murku obok drzwi wejściowych, zrobiłam tak. Usiadł obok mnie Sam, Kora nie za bardzo się odzywała, bo nawet chłopaki nie dali jej dojść do słowa.
-Gdzie pójdziesz? Hm? A jeśli nie masz nic na koncie bankowym? Jeśli ten cały pan coś spieprzył? Skąd możesz wiedzieć co będzie jak od nas odejdziesz?
-To już moja sprawa. - odparłam. - Zrozumcie, na pewno dobrze robię. Nie chcecie mnie tu, albo jedno z was, albo dwoje, nie ważne. Po prostu chodzi tu o to, że nie mogę dłużej u was mieszkać i ślęczeć wam na głowie.
-Nie dobrze ci u nas było czy co? - spytał Dean mrużąc oczy.
-Dobrze... Ale sam rozumiesz. - spojrzałam na niego porozumiewawczo, a on odwrócił wzrok.
-Co to było? - spytała Kora.
-Co?
-Te spojrzenia?
-Chyba Alice myśli, że jej tu nie chciałem.
-Nie chodzi o Ciebie, na pewno nie. - parsknęłam. - Prędzej się powieszę niż obchodziłby mnie twój marny los.
-Mhm, to co w takim razie miało znaczyć spojrzenie które mi posłałaś? - uśmiechnął się.
-Przestańcie, Jezu. - warknął Sam. - Co skłoniło cię do odejścia? - spytał.
Spojrzałam na niego.
-Po prostu siedzę wam na głowie. Wiem, że macie ważniejsze sprawy niż prowadzenie hotelu i opiekowanie się dziewczyną, która was nawet nie obchodzi, a jeśli nawet, nie jestem nikim bliskim. Przyjacielem, znajomą, jestem przypadkowa. I tu chodzi o to, że zajmuje miejsce w waszym domu niepotrzebnie, czuje się lepiej, Pan zniknął, chyba...
-To Pan Śmierci, nie może sobie ot tak zniknąć. - zaśmiał się Dean.
-Zamknij się. - nakazałam Deanowi za jego trafną, złośliwą uwagę.
On nadal się śmiał.
-Brednie. - warknęła Kora. - Jeśli chcesz zostać to zostań, nikt cię nie trzyma tu na siłę. Wrócisz tu, prędzej czy później.
-Nie mogę tego zrobić.
-Drzwi tego domu są zawsze otwarte! - powiedział teatralnym głosem Dean.
Uśmiechnęłam się pod nosem, ale zaraz zachowałam powagę.
Złapałam walizkę i spojrzałam na świętą trójcę.
-Odwieźć...
Dean nie dokończył, przyjechała taksówka.
-Nie, dziękuję wredoto. - uśmiechnęłam się złośliwie.
-Widzę wyostrza ci się charakterek.
-Nie pasuje coś?
-Ależ pasuje. - zaśmiał się a ja westchnęłam naburmuszona i wsiadłam do taksówki.
Miałam wrażenie, że coś tam zostawiłam. Ale zawsze się takie wrażenie ma, jeśli skądś się wyjeżdża, prawda? Nie wrócę tam, jeśli raz już coś powiedziałam, to słowa dotrzymam. Wynajmę sobie jakieś... małe... mieszkanie w centrum.
Tak jak postanowiłam tak zrobiłam. Szybko sprzedano mi jakieś stare mieszkanie w kamienicy, musiałam sobie je urządzić i wywalić stąd graty. Było ich pełno i pomyślałam, że nie dam sobie z tym rady sama szczególnie o piętnastej. Wyszłam na korytarz i miałam zamiar zapukać do kogoś, poprosić o ewentualną pomoc w wyniesieniu gratów, ale zadzwonił telefon. Odebrałam, to Marcin.
-Hej Alice.
-Czego chcesz?
-Spotkać się?
-Ech... - westchnęłam ciężko. - Wiesz co? Przyda mi się pomocna dłoń...
-Gdzie przyjechać?
-Stara kamienica zaraz na rogu Tent Street 86.
Był w mgnieniu oka, przyjechał swoim czarnym bmw i zaparkował zaraz przy wejściu do kamienicy. Zmienił się. Bardzo.
-Nowe ciało? - spytałam.
-Ta, stare jakoś mi... nie służyło.
-Źle czułeś się w swoim ciele?
-Tak, poza tym tamta akcja z tą dziewczyną... nie za bardzo mi posłużyła.
Przypomniało mi się to jak widziałam ich razem, jak oszukiwał mnie i jak miał dziecko z inną kiedy ze mną był zaręczony.
-Przepraszam, nie wiedziałem, że nadal cię to boli...
-Nie boli. - udałam uśmiech.
Uwierzył.
-Wynieś te ostatnie szafki, kartony i pudła... pozostanie tylko sprzątnąć...
-Chcesz tu mieszkać? Żartujesz sobie...
-Sprzedawali od zaraz...
-Nie ma się co dziwić...
Postawiłam lampę na środku przestronnego salonu i przesunęłam fotel.
-Będziesz spać na tym fotelu?
-Nie, stać mnie jeszcze na kanapę i miękki materac z kompletem pościeli do spania. - uśmiechnęłam się.
-Żartujesz sobie chyba. - parsknął.
-Nie, dlaczego? Ty zawsze byłeś ten ułozony, dobra rodzina, dobry synek z dobrego domu i kupa kasy a potem medycyna i praca praca, a potem zdrada za zdradą.
Uśmiechnął się i spuścił wzrok.
-Całkiem sporo w tym racji. - powiedział z uśmiechem.
Podeszłam do okna i patrzyłam na zatłoczone ulice dążące do miasta i do wyjazdu z niego.
-Coraz bardziej liczba mieszkańców maleje... przez zabójstwa i liczne wypadki. Te niewyjaśnione.
-Masz mi za złe to co zrobiłem wtedy? - spytał.
Spojrzałam się na niego.
-Dawno o tym zapomniałam, Marcin.
-Teraz jestem Stefan. - mrugnął do mnie.
-Stefan? Serio?
-Czyli nie masz mi nic za złe?
-Stefan, staram się od nowa żyć.
-Od takiego startu zaczynasz?
-A ty od ataków na ludzi będąc chirurgiem?
-Nie zabijam. Już nie.
-Ach tak? - zaskoczył mnie ale nie ufałam mu.
-Od dwóch lat tego nie robię. Od kiedy odeszłaś starałem się to ograniczyć.
-Wtedy nie wiedziałam że istnieje w ogóle coś takiego jak wilkołak, wampir, czarownica, i zniewolona przez śmierć.
-Próbowałem pomóc...
-Nie wyszło, rozumiem to. Nie tylko ty próbowałeś mi pomóc. Nie da się, czaje. Teraz przepraszam ale wolałabym zostać sama i posprzątać kurze umyć okna, podłogi...
-Spodziewasz się kogoś jeszcze?
-Jestem ostatnią osobą, która musiałaby ci się tłumaczyć ze swoich poczynań, Stefan.
Nic już nie powiedział, a wyszedł z mieszkania.



