-Nie rozumiecie co tam się działo. - szepnęłam do Deana.
-Ale sama nie chcesz nam wyjaśnić!
-Nie krzycz na nią. - warknął Sam. - Wyjdź. Sam z nią porozmawiam.
Dean coś mruknął pod nosem i wyszedł. Sam usiadł obok mnie na łóżku, ale szybko się odsunęłam przerażona.
-Dlaczego się mnie tak boisz?
-Zgwałcono mnie...
-C...Co?!
-W szpitalu psychiatrycznym...
-Byłaś w normalnym szpitalu...
-Byłam w psychiatryku jakiś czas. Potem jakoś trafiłam do tego zwykłego szpitala na oddział specjalny... potem od izolatki... potem gdy... dochodziłam do siebie... trafiłam na salę gdzie byli inni ludzie...
-Kto cię zgwałcił?
-Gwałcono mnie dwa, może trzy razy w tygodniu. Był tam... był tam taki pielęgniarz... Bił mnie kiedy krzyczałam i wołałam o pomoc...
-Kurwa mać! - wkurzył się Sam. - Przepraszam... wkurwia mnie takie bestialstwo! Ja pierdole!
Milczałam.
-Nie musisz się mnie bać. Deana też nie. Bobby też cię nie skrzywdzi. Nikt nie ma zamiaru ci robić krzywdy.
Do pokoju wszedł Dean.
-I jak?
-Gwałcił ją w psychiatryku jakiś pielęgniarz.
-Co?!
-Parę razy dziennie. Rozumiesz to? Pierdolony gnojek.
-Była w psychiatryku?
-Parę dni. Z tego co mówi.
-Cholera... - powiedział zaskoczony Dean. - Zrobimy porządek z tym typem a potem załatwimy nasze sprawy. To powinno pójść szybko.
-Zostawimy ją tu? - spytał z troską Sam.
-Popierdoliło cię? Ma tu Bobby'ego i Korę.
Sam spojrzał na mnie a ja na niego.
-Kora, zaopiekuj się Alice. - poprosił Dean.
-Co mam robić dokładniej?
-Jest w ciężkim stanie psychicznym... pytaj, sprawdzaj, kontroluj czy nic jej nie jest, czy nie potrzebuje czegoś.
Snułam się po domu bez celu, gdy Kora pytała o coś z lekkim uśmiechem kręciłam przecząco głową, a ona nadal mnie pilnowała wzrokiem jak małe dziecko.
-Wygląda dziwnie. - usłyszałam głos Bobbyego.
-Co masz na myśli?
-Jest wychudzona, ma siniaki, jest blada... co oni jej robili?
-Nie wiem. Nie powinniśmy w to wnikać. Widać, że dużo przeszła, potrzebuje pomocy. Nie wiem na jaką skalę... ale ma nas. Naszą czwórkę.
-Myślę, że Dean się będzie próbował jej pozbyć.
-Dlaczego?
-Dean pewnie nie chce robić z tego domu hotelu. Ma dość nieustannych gości.
-Niedługo się wyniesiemy, wiesz, nie prosiłam o to by mi pomogli ani Alice też o to nie prosiła. Na pewno nie będę prosić się o łaskę, jeśli będzie trzeba odejdę zaraz zabierając Alicję ze sobą. Dean czasem przesadza...
-Za to Sam ma dobre serce do obcych...
-Wiem. Ale niestety Alice musi tu z nimi zostać... na jakiś czas, do póki nie wyjaśnią sprawy z tym całym Panem. To większy kawałek chleba.
-Racja...
Dalej nie słuchałam rozmowy, poszłam do pokoju i usiadłam na łóżku patrząc na swoje posiniaczone, wychudzone dłonie. Nie wiedziałam nawet, co tu robię i dlaczego tu jestem, skoro jestem niechcianym gościem... czemu nie mogę stąd odejść...?
Chyba... kojarzy mi się... że... chyba... nie mam domu... już nie...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz