Weszłam zaraz za Aną do biura Rogera. Szef stał wpatrując się w okno, jakby zmartwiony. Spojrzałyśmy na siebie z Aną lekko zaskoczone, o co może mu chodzić. On zaś odwrócił się i patrzył na mnie przez chwilę, a potem na Anę i jakby coś go tknęło zaraz zesztywniał. Zapalił papierosa, odwrócił się znów do mnie i mojej koleżanki po czym wziął dużego bucha.
-Chodzi mi o to, że kręcą się tu podejrzane typy. - zaczął nie patrząc na nas. - Martwi mnie to, bo mogą to być różne śmiecie, a w mieście ostatnimi czasy ich pełno. Chodzi mi o dobro miasta, a Ośrodek Imprezowo-Wakacyjny jest dosyć dobrym miejscem na zniszczenie mojego dobrego imienia i nazwiska a tym samym, niestety, zawrócenie w głowie kilku naiwnym dziewczynom...
-Ale zaraz... - odezwała się Ana. - Jak to? Skąd może pan wiedzieć kto jest tymi podejrzanymi osobami...?
-Widzę to. - spojrzał na Anę znacząco, a ona jakby... zrozumiała...?
-Zaraz, czy tylko ja tu czegoś nie rozumiem? - spytałam przerywając im tajemniczo porozumiewawcze spojrzenia. - Chcę wiedzieć o co chodzi...
-O to... em... że moi ludzie wiedzą kto stoi za różnymi zabójstwami, próbują ich złapać, ale uciekają do lasów, za miasto albo tutaj.
-Do lasów? - zdziwiłam się, a Ana spojrzała znacząco na Rogera.
-Jane, po prostu uważaj na siebie.
-Ana też powinna na siebie uważać...
-Tak, masz rację, Ana też. Każdy, nawet pracownik tutaj może być podejrzany. Zwróćcie na to uwagę. To wszystko.
Wyszłyśmy z gabinetu Rogera.
-Dziwne... Ty coś wiesz, prawda? O czym ja nie mogę wiedzieć?
Ana wyprostowała się.
-Nie, skąd... wiesz... ech, Jane. Po prostu martwię się o brata a Roger wie, że go mam. Martwi się. O dobro wszystkich się martwi.
-Ach, no tak... masz rację.
-Znowu ten typ tu stoi. - westchnęła Ana. - Denerwuje mnie.
Zaśmiałam się.
-Mnie również, po prostu potraktuj to jako zabawę. - puściłam do niej oczko. - Zabawa z naiwnym i natrętnym facetem jest nawet śmieszna. Najczęściej jej nie wyłapują.
-Nie lubię takich... ehm... zabaw.
-Jak na osiemnastoletnią dziewczynę jesteś naprawdę poważna.
-Po prostu kilka razy się na facetach przejechałam a nie szukam żadnego. Po prostu nie chcę z nikim zawierać nowych znajomości...
-Rozumiem... - westchnęłam. - Spławić go?
-Jeśli sprawi ci to przyjemność.
Uśmiechnęłam się.
-Jesteś fantastyczna. - odparłam i podeszłam z Aną do baru.
-Coś jeszcze podać? - spytała Ana.
-Wasze imiona.
-Piszesz książkę? - spytałam go. - Znajdź inne natchnienia do Twojej książki z imionami.
-Ależ ja tylko... - zaczął z uśmiechem, ale nie dokończył.
Alex podszedł do baru i walnął w stół aż szklanka Deana podskoczyła. Patrzył się na mnie, jakby chciał mnie zabić tu i teraz, rozerwać na strzępy. Ana złapała mnie odruchowo za łokieć. Serce biło mi jak oszalałe, bałam się go, gdy robił się taki... nieprzyjemny.
-Idziesz ze mną. - powiedział.
Spojrzałam na Anę i na Deana. Przegryzłam wargę i po chwili zastanowienia odeszłam od baru. Ana zatrzymała mnie.
-Nie idź z nim. - szepnęła.
-Zdaje się, że nie mam wyjścia. - wzruszyłam ramionami bezradnie i poszłam z Alexem.
-Siadaj. - pokazał na kanapę.
Usiadłam, a on naprzeciwko mnie.
-Myślisz, że jestem debilem? - zaczął.
-O co ci chodzi?
-O to, że, kurwa mać, robisz ze mnie kretyna.
-Wyjaśnij o co...
-O co chodzi? Roger mnie wywalił z pracy tylko dlatego, że poszłaś do niego i nagadałaś, że chcę zrobić krzywdę Anie.
Wyprostowałam się.
-Nic takiego nie mówiłam...
-Mówiłaś. Nie kłam.
-Dobra, faktycznie, martwiłam się o nią, wspomniałam Rogerowi, żeby miał na ciebie oko, ale nic innego nie mówiłam...
-Jasne. Słuchaj, jeżeli jeszcze raz staniesz mi na drodze po prostu cie załatwię. Ciebie, twoją siostrę, ojca i matkę. Wszystkich ci wybiję na twoich oczach, zniszczę cię a twoje życie stanie się piekłem. Rozumiesz?
Zaskoczona wpatrywałam się w niego powstrzymując zły. Kiwnęłam głowa, że rozumiem. Alex nagle uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic i wstał, po czym zacisnął swoje wytatuowane dłonie i odszedł kiwając głową w stronę Any z pełnym uśmiechem, jakby podejrzewał, że ona to słyszała.
Wstałam, nogi miałam jak z waty i z trudem doszłam do baru obok Any. Dean nadal tam siedział i powoli popijał piwo.
-Co się stało? - spytała Ana szepcząc mi do ucha.
-Nic. - uśmiechnęłam się nerwowo.
-Przecież...
-Nic ważnego.
Stałam przy barze jakby nieobecna wpatrywałam się w przestrzeń. Oparłam łokcie na blacie, a podbródek oparłam na dłoniach. Ktoś pomachał mi przed twarzą dłonią, obudziłam się i wyprostowałam.
-Śpiąca królewno, mogę znać twoje imię? - spytał Dean.
-Nie mam ochoty na zabawy w imiona.
-Przecież to nic takiego.
-Słuchaj... po prostu mam dość, okay? Dość tego, że wszyscy się mnie czepiają, cokolwiek zrobię dobrego dostaję w twarz, jeszcze jakiś nieznajomy pyta się o imię moje i mojej koleżanki z pracy...
-Poprawka, ona imienia mi nie da, ale czuję, że Ty się złamiesz.
-Nie mam ochoty, może innym razem. - poszłam na zaplecze i zwolniłam się do domu.
-A Ty gdzie? - spytała Ana.
-Przepraszam Cię, musiałam się zwolnić... dasz radę beze mnie?
-Jasne... trzymaj się. Jakby coś... masz mój numer.
-Pewnie, dziękuję.
-Odprowadzę cię może? - spytał całkiem poważnie Dean.
-Słuchaj, jak już zabierasz się za jedną dziewczynę to trzymaj się tej jednej. A pewnie masz ich na swoim koncie miliony.
-Milion pięćset.
-Ach, dowcipniś.
Stanęłam zła i wysłuchiwałam go, prawie mówiąc mu moje imię i zgadzając się, by iść z nim by mnie odprowadził. Nagle w drzwiach zobaczyłam swoją siostrę i mamę. Uśmiechnęłam się zaskoczona.
-Mówiłam, że to zły pomysł. Przepraszam Moira, wiedziałam, żeby ją gdzies zamknąć, nie wiem, w piwnicy... - moja siostra nadawała jak szalona idąc z matką w moją stronę.
Byłam lekko zdziwiona.
-Kto to? - szepnął mi do ucha Dean.
Spojrzałam na niego. Matko, był ode mnie wyższy o głowę. Prawie tak samo jak Ana.
-Ech... wiesz co... to jest moja zwariowana rodzinka. Jej część, w zasadzie...
-Słuchaj Jane, ja nie wytrzymam z twoją siostrą nerwowo! - zaczęła mama.
-Mamo...
-Jane, ja wiem, jesteś w pracy... a to kto? - spytała patrząc na Deana.
-To... dziwny nieznajomy facet. - sprostowałam.
-Jak to nieznajomy? A jak ma na imię?
-Dean. - odparł.
-No to już... nie taki nieznajomy, prawda Jane?
Zakryłam twarz dłońmi zrezygnowana i zawstydzona.
Słyszałam, jak Ana chichocze za moimi plecami.
-Ty się tam nie śmiej! - krzyknęłam do koleżanki a ona nadal się śmiała pod nosem.
-Może jedźmy do domu? - spytała zrezygnowana siostra.
-Oczywiście! Bo tam będzie twój tatuś i on wszystko naprawi co żeś narobiła, prawda!?
-Mam wolne. - powiedziałam cicho i delikatnie. - A więc jedziemy. - Popchnęłam je do drzwi.
Spojrzałam w stronę napuchniętej i czerwonej ze śmiechu Any i na Deana.
-Przepraszam... do zobaczenia.
-Trzymam za słowo. - odparł aż za szybko Dean.
Uśmiechnęłam się tylko i poszłam z moją mamą i siostrą do samochodu Sarah. Ciekawe, co tym razem mojej mamusi nie pasuje...