sobota, 30 stycznia 2016

Od Dean'a

Bobby.

Obudziłem się przywiązany na krześle, rana jeszcze lekko krwawiła. Sporo krwi ze mnie upłynęło.
Z bólem luzowałem więzy na nadgarstkach, przez długi czas szarpałem sie ze sznurem,
nie miałem nic czym mógłbym je przeciąć.
Bobby: Wredna suka, a mówiłem aby od razu to zabić.
Gotowałem się cały w środku, nie miałem już siły, marzyłem o ciepłej kawie. Nie przestawałem szarpać sie z liną, a gdy już powoli zsuwałem ja z rąk do domu weszła jakaś kobieta. Rozejrzała się po pokojach aż znalazła mnie.
Lisa: Kim jesteś ?
Bobby: Gadaj kim ty jesteś.
Lisa: To ty tu jesteś związany.
Zsunąłem sznur na podłogę wstałem z krzesła przecierając nadgarstek w ręce.
Bobby: Już nie.
Lisa: Krwawisz - wskazała palcem na ranę
Bobby: Rusz się, w kuchni są opatrunki, jestem Bobby.
Usiadłem na sofie
Lisa: Lisa
Poszła do kuchni.


.Dean.

Sammy: Boski plan.
Dean: A ty nic nie wymyśliłeś
Sammy: To nie znaczy ,że miałeś się rzucać na niego wrzeszcząc
Dean: Byłem jak batman... z domieszką tarzana
Sammy: Idiota
Dean: Dupek
Sammy: A teraz masz jakiś genialny plan?
Dean: Myślę..
Sammy usiadł pod ścianą
Dean: Aniele dupku jeżeli faktycznie istniejesz... w co wątpię (dodałem pod nosem) pomóż nam, jakoś się dogadamy.
Sammy: Co ty wyprawiasz ?
Dean: Pomógł byś.
Sammy: Nie jesteśmy katolikami
Nagle zza mną pojawił się anioł, odskoczyłem przestraszony i z satysfakcją spojrzałem na Sama który nie dowierzał w to co widzi.
Castiel: Sam, w tym wasz problem.
Sammy: Nie czuje się jakbym miał problem bynajmniej z tamtego powodu.
Dean: Jak widzisz ktoś nas uwięził, nie mamy jak wrócić do domu.
Po chwili pojawiliśmy się przed drzwiami domu.
Sammy: Wow, co to było
Obaj spojrzeliśmy się na anioła zaskoczeni, a on nie wiedział o co nam chodzi.
Spojrzeliśmy jeszcze na siebie i weszliśmy do domu.
Lisa: Kim jest Katerina ?
Spytała Lisa stojąca w kuchni.
Dean: Znajoma. Gdzie Jane ?
Sammy: Bobby !
Sam zauważył konającego Bobbiego na sofie i zaraz do niego podszedł.
Sammy: Co mu jest ?!
Lisa: To chyba wina waszej ,,znajomej"
Spojrzała sie na mnie.
Podszedłem do Bobbiego.
Dean: Ej żyjesz?
Bobby: Nie, już galopuje jako sarenka po polu
Castiel: Nie ma reinkarnacji
Każdy zwrócił wzrok na Casa.
Sammy: Bierzemy cie do szpitala
Bobby: Kto to ?
Spojrzał badawczo na Casa
Cas: Jestem Castiel.
Bobby: Czym jesteś ?
Cas: Aniołem
Bobby resztkami sił usiadł i wskazał na ranę.
Bobby: Na co czekasz ? Ulecz mnie.
Anioł podszedł i jednym ruchem uleczył ranę Bobbiego.
Cas: Stracił dużo krwi.
Wszyscy przejęli się natychmiastowym zagojeniem rany.
Dean: Castil, dlacz...
Obejrzałem sie za siebię a Castiela już nie było.
Sammy: Nie ma to jak mieć anioła jako przydupasa 
Bobby: Na pewno nie robi tego bezinteresownie. 
Dean: Okaże się 

Od Katherine

  Sterta niepoukładanych kartek z mojego nowego planu, który chciałam szybko zrealizować rozwiała się dość szybko. Zdenerwowało mnie to, postanowiłam, że się zabawię. Mark wiedział, że się obudzę, gdy on będzie siał spustoszenie anonimowo, podłoży mnie pod winną, w końcu on zawsze był anonimowy, nie lubił hałasu i złego zdania na swój temat, nie w takim sensie. Gdy był głodny potrafił wybić pół miasta, zaś ja nie mogłam dopuścić by Markowi stało się cokolwiek. Nienawidziłam go ale jakimś dziwnym cudem moja podświadomość zawsze kazała mi służyć u jego boku bez względu na wszystko.
  Plan B wszedł w grę aż za szybko.
  Musiałam wydostać się z domu, a Bobby mi w tym przeszkadzał.
  Stał w salonie popijając whisky. Był czujny, czułam to.
-Wypuścisz mnie, czy mam sama wyjść drogi Bobby? - podeszłam do niego.
-Miałem cię pilnować. Nie pasujesz mi.
-To, że jestem potworem teoretycznie nie znaczy, że jestem nim w środku. - wskazałam w miejsce gdzie (powinnam) mieć serce.
  Ale mam wyłączone człowieczeństwo. Gdybym je włączyła stałabym się Jane. Tak to działa w moim przypadku. Moje aktualne ciało stałoby się jak kamień a Jane obudziłaby się w swoim ciele.
  Skomplikowane, prawda?
  Przeszłam do kuchni w poszukiwaniu torebek. Nie było to w moim stylu, to było wręcz upokarzające dla Katherine Pierce. Ale na niego nie mogłam się rzucić. Nie teraz gdy prawie zdobyłam zaufanie Deana i Sama, są mi potrzebni.
-Gdzie torebki z krwią? - spytałam zła.
  Po obudzeniu czułam się jak nowo narodzona, więc siła, emocje i wszystko inne było nasilone o wiele bardziej niż u zwykłego wampira.
  Rzuciłam się na niego, bo on tylko się śmiał. Złapałam nóż kuchenny i wymierzyłam go w jego brzuch, moje oczy podeszły krwią. Bobby lekko się przeraził.
-Daj mi zadzwonić.
-Nie.
  Westchnęłam.
-Było miło, Bobby. - odparłam i wbiłam mu nóż w brzuch.
  Krztusił się, dławił krwią a ja podeszłam powoli do telefonu. Wykręciłam numer który dziwnym trafem nie wiadomo skąd miałam wryty w głowie.
  Odebrał Mark.
-Katherine... jak zawsze na moje zawołanie...
-Masz gości.
-Słucham? - zaskoczyłam go.
-W Twoim domu zaraz będą, bądź już są nieproszeni goście. Zajmij się nimi.
  Mark westchnął, jakby zmęczony, rozłączył się.
  Spojrzałam na konającego Bobby'ego i uśmiechnęłam się.
-Przykro mi... A nie, czekaj... jednak nie. - zaśmiałam się.
-Ja... nie... umrę... - wykrztusił i zamarł.
  Oczywiście, nie jest zwykłym człowiekiem. Czułam, że jest nieśmiertelny w jakiś sposób, że nie zabiję go jakimś kuchennym nożem. Stracił przytomność a długo...

  Niedługo potem spotkałam się z Alexem. Niegdyś nasze wojny trwały długie lata, byłam jego narzeczoną ale zdradzał mnie z innymi kobietami a gdy byłam niepotrzebna otruł mnie a niedługo przed moją śmiercią trafiłam do psychiatryka na swoje ostatnie, najgorsze dni. Tego mu nie wybaczyłam, aż do dziś.
  Wyszłam wieczorem z domu w którym urzędowałam i dopilnowałam, by Bobby nie obudził się za tydzień wolny jak ptak. Był związany a na drzwiach do pokoju wisiała kartka z napisem ''Katherine tu była''.
  Z gracją stanęłam przed Alexem.
-Jak zwykle olśniewająco piękna. - uśmiechnął się.
  A ja również. Zawsze miałam do niego słabość, ale pragnął mieć mnie a na boku inne kobiety. Wiedziałam to. On nigdy się nie zmieni.
-Do rzeczy, Alex.
-Mamy Deana i Sama. - uśmiechnął się.
-Obchodzi mnie to, gdzie jest ciało Jane by je ukryć.
-I tak nikt nie wie gdzie ono jest. - wzruszył ramionami. - Nikt nie wie jak cię zniszczyć.
-Mnie nie da się zniszczyć, da się mnie uśpić. Ale nie pozwolę na to...
-Więc mam ci pomóc odnaleźć ciało Jane?
-Tak. - uśmiechnęłam się. - Zanim wpadną na to Sam i Dean. Zaczną szukać ciała by uratować Jane.
-A co z tego będę miał? - zaparł się i wyprostował.
  Zaśmiałam się pod nosem.
-Drugą mnie. - spojrzał na mnie pytająco. - Jane na twoje chore łóżkowe, niewolnicze zachcianki. No i pić z niej krew aż nie uschnie z jej braku. Będziesz mógł ją okaleczać dla swojej przyjemności. To jak?
  Uśmiechnął się szeroko.

Od Dean'a

Dean: Bobby co jest potrzebne do wyleczenia Jane ?
Bobby wyjął jakąś fiolkę z szafki i położył na stole.
Bobby: Mamy wszystko... prawie. Brakuje krwi
Dean: Krwi ?
Bobby: Wampira
Sammy: To nic trudnego
Bobby: Ale krwi wampira który ją przemienił.
Sammy: To jednak problem.
Spojrzałem na Jane
Dean: Wiesz gdzie może być ?
Jane spojrzała przez ramię gdzieś obok mnie, mi w oczy gdy chyba sb przypomniała
gdzie może być Mark.
Jane: Pewnie w rezydencji... wątpię że się ukrywa.
Dean: Sam pakuj tyłek do auta, mamy Patisona do zabicia

Byliśmy juz w drodze, w aucie słychać było jeden z utworów kansas.
Sam: Nie powinniśmy zostawiać Bobbiego z Jane
Dean: Ufam jej, jeżeli w ogóle można ufać potworowi.
Samy: Boje się o Jane, Bobby za nią nie przepada.
Dean: Najwyżej zamknie ją w klatce, może jej nie uszkodzi.
Sammy przełączył muzykę, automatycznie uderzyłem go w dłoń i wróciłem do poprzedniego kawałka.
Dean: Sammy, znasz zasady, kierowca rządzi muzyką, pasażer siedzi cicho.

Dojechaliśmy do rezydencji Marka. Chwilowo obserwowaliśmy ja siedząc w aucie.
Dean: Ciekawe ilu ich tam jest
Sammy: Na pewno zbyt wielu
Dean: Wyrównajmy szanse
Wysiadłem, z bagażnika wziąłem spluwę i rzuciłem ją Samowi, sobie wziąłem kolejną plus kołek i pare srebrnych naboi, nie zabiją wampira ale trochę go spowolnią.
Sammy: Ja pójdę w prawo a ty w lewo od frontu.
Dean: Nie ma mowy, idziemy razem na prawo
Sammy spoważniał i karcąco się na mnie spojrzał.
Sam: Rok, pracowałem bez ciebie, uwierz potrafię o siebie zadbać, idz na lewo.
Poszedłem na prawo razem z Samem, mruknął tylko coś pod nosem, zdenerwowany.
Z tyłu domu znaleźliśmy właz do piwnicy. Była ciemna, zimna, przypominała sale tortur niekiedy, ale klatki były puste,
nikogo tu już nie przetrzymywał.
Błąkaliśmy sie po jego rezydencji jeszcze jakiś czas niezauważeni aż go znaleźliśmy. Obserwowaliśmy go schowani za drzwiami
korytarza, on był w przestrzennym salonie.
Sammy: Więc, jaki jest plan?
Dean: Pracuję nad nim.
Sammy: Nie masz żadnego planu, prawda?
Dean: Pracuję nad nim.

Od Dean'a

Wydarzenia po spotkaniu Castiela.

Obudziłem się w warsztacie, nie wiedziałem jak się w nim znalazłem.
Czułem się jak na kacu, na drewnianym trochę zaniedbanym stole stało piwo,
sięgnąłem po nie i wziąłem potężnego łyka wchodząc do kuchni.
-Nie uwierzysz jak powiem ci co mi się śniło - powiedziałem do Bobbi'ego czytającego
swoje stare książki.
-Castiel ? Wiem, mieliśmy ten sam sen, z tego co tu widzę anioła nie da się tak
po prostu zobaczyć.
-Dobra to przypuśćmy ,że anioły istnieją i Bóg też, po co się ujawnił.
Spojrzał się na mnie głupio.
-No nie wiem, może dlatego że go wezwaliśmy ?
-Tak po prostu ?
-Bardziej mnie zastanawia jaki on ma w tym interes.
-Później za to się weźmiemy teraz choć, mamy dwie zaginione, znałem je.

Po ogarnięciu sytuacji i znalezieniu Sama.

Sammy był jakiś inny, dawniej był, bardziej wrażliwy i w ogóle coś mi w nim nie pasowało,
ale w końcu nie widzieliśmy się rok, był pewny ,że już mnie nie zobaczy.

Byliśmy w naszym domu razem z Jane, nie byłem przekonany co do niej, jest potworem
takich się zabija z miejsca, prędzej czy później ona kogoś zabije, nie możemy do tego
dopuścić. Aby jej pomóc przekonało mnie to że ona tu jest ofiarą zaatakowaną przez
potwora, no i była całkiem niezła.
-Sam nie wiem czy to dobry pomysł, chronić potwora ? - rozmawiałem z Sammem w kuchni patrząc na Jane stojącą w salonie.
-Też właśnie sie zastanawiam.
-Można spróbować jej pomóc na co są małe szanse, chwilowo trzymajmy ją na krótkiej smyczy.
Sammy odburknął na znak że się zgadza.
-A ty Bobby co uważasz ?
Bobby siedział na krześle i nie odrywał wzroku od wampira.
-Nie podoba mi się to. - skwasił minę
-O a właśnie, coś dawno Lisy nie widziałem, wiesz coś może ?
-Na pewno ma swoje problemy.
-A ja wole zadzwonić.
Wyjąłem komórkę i zadzwoniłem, jeden sygnał, drugi sygnał, trzeci i ,,Tu Lisa, proszę zostawić wiadomość"
-Hej, Lisa, co tam u ciebie słychać? Dawno sie nie widzieliśmy, stało się coś ? oddzwoń - schowałem telefon do kieszeni spodni i odetchnąłem. - wszędzie czuje kłopoty. Sammy wierzysz w anioły ?
-Sammy miał dwanaście lat, teraz jest Sam - odburknął
Uraził mnie trochę tym tekstem - dobra to wy tu siedźcie a ja poszukam Lisy - wziąłem kurtkę z krzesła i wsiadłem do Impali, byłem w drodze do domu Lisy gdy nagle przed moim autem pojawił się Cas, musiałem ostro hamować by idioty nie przejechać.
Wysiadłem z auta i wkurzony spytałem.
- Kim jesteś?
- Castiel
- Wiem to! Miałem na myśli... czym jesteś?
-Aniołem
- Nie ma czegoś takiego!
- To twój problem, Dean. Brak wiary.
Obudziłem się na podjeździe swojego domu, tak jakbym w ogolę nie wyjechał na ulicę. Wyjąłem kluczyki i wróciłem do środka, usiadłem na starej sofie w salonie trzymając się z głowę, bolała mnie.
-Chcesz aspirynę? - spytał Sam
- Nie, dzięki House - otworzyłem piwo
-Co się stało ? - spytał Bobby
-Prawie potrąciłem anioła a później okazało się że nawet nie odpaliłem auta. - wziąłem łyka
-Anioła ? Naprawdę coś z tobą nie tak. - powiedział Sammy
-A jednak jakoś żyję a ten pieprzony kurczak sie ze mną bawi.
-Dobra omińmy tę rozmowę, co robimy dalej z Jane ?
-Jeśli jaszcze nie piła krwi to możemy jej pomóc wrócić do normalnego stanu - odparł Bobby.

piątek, 29 stycznia 2016

Od Katherine

  Otwierając oczy widziałam wszystko inaczej. Nie wiedziałam kim jestem, co tu robię, no i w ogóle gdzie jestem. Czułam się inaczej, obojętność do otaczającego mnie wokół świata ogarnęła moje czarne jak pustka oczy i poczułam głód. Niewyobrażalny głód i zdezorientowanie.
  Podniosłam się. Leżałam w lesie, skądś go znałam. Ruszyłam przed siebie powoli, tanecznym krokiem zadowolona z nie wiadomo czego. 
  Nasunęła mi się nagle myśl.
  Wróciłam. Ja znów żyję. Jako inna osoba. Znałam to oblicze. Znałam osobę ze zdjęć gdy patrzyłam na siebie w lustrze ale teraz się nią stałam. 
  Weszłam na drogę, światła czarnego miniwana nie spowodowały, że zmrużyłam oczy. Nie drgnęłam w strachu przed tym, że zaraz zginę. 
  Wróciłam. Nareszcie żyję. 
-Nic pani nie jest...?  - wysiadł z samochodu jakiś blondyn. 
  Znajomy mi z twarzy, ale skąd go znam?
-To ja, Sam. Jane... Ty żyjesz? - zdziwił się ale ruszyłam na niego, w sekundę stanęłam przed nim. 
  Moje oczy zmieniły się, widziałam je w jego oczach. 
-J-Jane...? - sięgał po coś. 
  Czułam jak powoli sunie prawą ręką do kieszeni w czarnej skórzanej kurtce. 
-Nie pamiętasz mnie? O Boże... pomogę Ci z tego wyjść... Nie możesz być tym o czym myślę..
  Przekręciłam głowę z lekkim uśmiechem. 
-Ja nie potrzebuję pomocy, Sam. - odparłam czystym, anielskim, lekko chrypliwym głosem. 
-Przypomnij sobie mnie. Jane... 
-Nie jestem już Jane. - pokręciłam głową z uśmiechem.
-Co?
-Jestem Katherine. 
-Nie możliwe...  
-Wróciłam, łowco. A jesteś dla mnie zagrożeniem... wszyscy jesteście. Ale to miasto będzie niedługo moje... jak miało być kiedyś. 
-Nie możliwe, że to ty...
-Jednak żyję. 
  Wstrzyknął coś w moją szyję. Straciłam przytomność.
  
  Ból głowy, lekki jej zawrót, głód. To ostatnie było nie do wytrzymania, ale starałam się trzymać na nogach gdy wstałam. Spojrzałam przed siebie, poznałam to pieprzone miejsce. Grobowiec, w którym spoczywałam. Ktoś mnie z niego uwolnił, czyżby Mark? Jemu zawsze chodziło o Anę, jeśli dobrze pamiętam. A mi zawsze chodziło o Morganville. No i ból, cierpienie ludzi... 
  Słaba, wycieńczona z głodu podążyłam tunelem do starych, mocnych krat. Stał tam Sam i jakiś inny facet. Chyba nazywał się... Dean. Pamięć z mojego poprzedniego umysłu zachowała się. 
-Nie możecie mnie tu więzić. - powiedziałam wychodząc z mroku. 
-Możemy. - przytaknął Sam. 
-Ile tu jestem? 
-Tydzień. - odparł niewzruszony Sam. 
-W jakim celu mnie więzicie?
-W takim, że jesteś zagrożeniem dla Morganville i nie tylko. 
-Mój drogi Samie, ja jestem ta sama Jane co wcześniej. 
-Tak? - spytał zdziwiony Dean. 
-Udowodnię, że jesteś Katherine. 
  Rozciął sobie nadgarstek i poczułam woń słodkiej krwi. Powstrzymałam pragnienie i zrobiłam smutną minę. 
-Myślisz, że się na ciebie rzucę? Gdybym była Kath pamiętałabym, że Alex zamknął nas w swoim domu i więził? Co się potem działo...? Sam...?
-To chyba serio jest Jane. - powiedział do Sama Dean. 
-Nie wierzę... Sama mówiłaś...
-Byłam przerażona. Może dzieją sie takie rzeczy po tym co działo się wtedy... Ech... nie mogę myśleć o tym co oni mi tam robili... Zmienili mnie w... wampira... - zaczęłam płakać. - Wypuście mnie... ja nawet nie dotknę krwi... jak mam się odżywiać?! Co mam robić!? 
  Kraty zniknęły, były zaczarowane. Rzuciłam się w objęcia Deana. 
-Dziękuję... tak bardzo wam dziękuję... 
-Pomożemy Ci. - powiedział Dean. 

  W jakims obcym mi domu podeszłam do lustra które stało w toalecie. Spojrzałam na siebie. Tak, tak wyglądała prawdziwa Jane. Uśmiechnęłam się do siebie, byłam zadowolona, że w końcu żyję. 
  No i nie mogłam w to uwierzyć.
  Wróciłam.
  Katherine żyje, a wraz z nią cząstka Jane. 
  Dwa sobowtóry w jednym ciele. 
  Wróciłam. 

Od Diany (Anastazji)

Dochodziłam do siebie jednak byłam pod nadzorem Marka. Trzeciej nocy wymknęłam sie mimo wszystko z jego rezydencji. Przez las dotarłam do małego domku. Należał do Amet.
Tam znajdowali sie Jane, Alek, łowca i wilkołak którzy zostali złożeni w ofierze.
Zapukałam do drzwi. Szybko mi je otworzyła.
-Zgodnie z umową. Ukryłam ich tu. Tej  nocy się obudzą. Wrócą do żywych. Nie będą pamiętali zaś nic związanego z Markiem. Nawet ciebie.
-To dobrze.
Czekałyśmy. Pierwszy obudził się łowca. Potem wilkołak a następnie Jane. Czarownica teleportowała ich bezpiecznych do swoich domów. Czekaliśmy teraz na Alka. Jednak sie nie budził. Godziny mijały aż nastał ranek.
-Co jest? Czemu on się nie budzi?!-wściekłam się.
Teraz kiedy przechodziłam przemianę w hybrydę byłam bardzo podatna na emocje.
-Nie wiem..
Spojrzałam na brata. Usiadłam obok niej i położyłam jego głowę na swoich kolanach. Pogładziłam go po policzku.
-Mark mu coś powiedział przed śmiercią.
Amet spojrzała się na mnie zdziwiona.
-Co takiego?
-Nie wiem.. nie usłyszałam. Mówił bardzo cicho.
Amet spojrzała na ciało mojego brata. Dotknęła jego czoła.
-Bardzo mi przykro.-powiedziała a ja spojrzałam sie na nią.
-Dlaczego? Co sie stało?
-Mark musiał sie domyślić co szykuję... wypowiedział zaklęcie które zabiło twojego brata. On sienie obudzi.
-Obudzi sie. Wszyscy sie obudzili.-powiedziałam bardzo powoli.
Czułam ze coś sie ze mną dzieje. Coś złego.
-Nie. Przykro mi. Nic na to nie mogę poradzić.
Wzięłam brata na ręce.
-Jesteś słaba. JA poczekam aż sie obudzi. Wezmę go do rezydencji Marka. Teraz jak dopiął swego już nie zagraża mojemu bratu. Będzie żył ze mną przy Marku. Będzie dobrze. Będzie bezpieczny.
-Nie Anastazja. On umarł.
-Bredzisz.
Byłam w amoku. Wyszłam z jej domu niosąc brata na rekach.
On sie obudzi.. musi... Nie mogę zostać sama. Nie może mnie on opuścić. Obiecałam ze zadbam o niego.
W połowie drogi położyłam go na leśnej ściółce i upadłam obok niego na kolana.
Powoli wszystko do mnie docierało.
Straciłam go.
Straciłam brata.
Jestem sama.
Wiedziałam już co sie ze mną dzieje.
Pękło mi serce.
Zamknęłam oczy a łzy popłynęły mi po policzkach.
Po prostu to wyłączyłam .Człowieczeństwo. Życie straciło sens.

Od Diany (Anastazji)

Dziś pełnia. To właśnie dziś w nocy na odbyć sie to od czego uciekałam tyle lat. Nic nie mogłam zrobić. Nie mogłam powstrzymać Marka. Nie mogłam temu zapobiec. To było nieuniknione. Jednak istniało coś co mogłam zrobić. By nie skończyło sie aż tak źle. By nie umarło tyle istot.
Byłam więźniem w rezydencji Marka. Jednak mogłam poruszać sie swobodnie po całym jej obszarze.
Poszłam do jednego z pokoi.
-Witaj Amet.-powiedziałam wchodząc.
Amet była czarownicą. Ona miała poprowadzić cały rytuał. Nie udało mi sie jej przekonać by tego nie robiła jednak zawarłam z nią umowę. Cena była duża jednak nie miałam wyjścia.

***

Przed 22 zeszłam do piwnicy. Tam były cele. Nie mogłam ich z stamtąd wyciągnąć. Mogłam z nimi tylko przez drzwi rozmawiać.
-Alek..-odezwałam się.
-Ana uciekaj!-powiedział podchodząc do drzwi. Przynajmniej dzielił cele z Jane.
-Nie mogę.
-Nas sie nie da uratować ale ty możesz uciec!
Jane nadal nie mogła przyjąć do siebie co sie dzieje. Widziałam w jej oczach ze sie mnie zaczęła bać.. i Alka. Wiedziała już że jesteśmy wampirami. Znała naszą historię. A teraz się bała.
Co do mojej umowy z czarownica nikomu nie powiedziałam o niej. Oni też nie wiedzieli. Nie mogli. Mark by sie domyślił wtedy. I nic by sie nie udało.
-Będzie dobrze braciszku.
Wsadziłam przez kraty dłoń i dotknęłam jego policzka.
-Kocham Cię Aleksej.
Zamknął oczy. Nie bał sie o siebie tylko o mnie ale to on miał zginąć a ja miałam tylko przemienić się w hybrydę.
Obok mnie pojawił sie wampir Marka. Zabrali mnie na górę. Przygotowania do obrzędu miały sie już zacząć.

***

Zaprowadzono mnie na polanę. Widziałam już na niej kręgi z ognia. Obok było ognisko i tam przy nim stała Amet. Kiwnęła mi głową. W ognistych kręgach były już wszystkie "składniki". Zobaczyłam Alka który od razu wstał kiedy mnie zobaczył. Musiał uważać.. ogień mógł go zabić. Jane siedziała skulona. Łowca chodził w kółko i było widać że stara sie coś wymyślić. Wilkołak którym była śliczna dziewczyna tylko stał i patrzył sie na czarownice.
Podprowadzono mnie do ogniska. Mark kazał mi mimo wszystko podać dożylnie trochę werbeny bym była przytomna ale nie mogła używać wampirzych zdolności by postarać sie kogoś ratować. I tak nie zamierzałam. Zawarłam przecież umowę z czarownicą.
Księżyc znalazł sie w odpowiednim punkcie. Mark podszedł do kręgu z wilkołakiem. Krąg znikł. Dziewczyna rzuciła sie na niego ale ten był szybszy. Wyrwał jej serce. Jej ciało upadło bezwładnie na ziemię. Usłyszałam krzyk Jane.
Mark wrzucił serce wilkołaka do ogniska. Amet mówiła cały czas zaklęcie. Mark podszedł teraz do łowcy. Go też zabił. Szybko i na pewno boleśnie. Teraz kierował się do Alka. Mimo wszystko miałam łzy w oczach. Kiedy płomienie znikły Alek zaatakował Marka. było oczywiste że nie podda sie bez walki. Złamał Makrowi rękę. Jednak go to nie powstrzymało i wyciągnął kołek. Wbił go w serce mojego braciszka. Alek złapał oddech i upadł na kolana po czym upadł na ziemię plecami. Mark się nad nim nachylił i wyszeptał do ucha mu jakieś słowa. Nie słyszałam co takiego. Zamknęła moczy kiedy wyciągnął z ciała mojego brata kołek który wrzucił do ognia. Teraz skierował sie po Jane. Ona wstała a kiedy ogień znikł zaczęła uciekać. Mark szybko ja jednak złapał i zaciągnął pod ognisko. Tam zanurzył w niej kły.





Patrzyłam na to wszystko z bolącym sercem. W stronę ciała brata nawet nie patrzyłam. Nie byłam w stanie.
Słyszałam jak serce Jane powoli przestaje bić po czym przestało.
Czarownica coś krzyknęła w jakimś obcym mi języku i ogień zgasł jednak po chwili sie zapalił. Ciało Jane leżało bezwładnie na ziemi.
Czarownica skończyła zaklęcie.
Mark z uśmiechem skierował sie do mnie.
-Teraz już na zawsze będziemy razem. Będziesz taka sama jak ja.
Nie broniłam sie .Ugryzł mnie. Taka była cena mojej umowy z czarownicą. Musiałam stać sie hybrydą.


****


Zimno.

Brak czucia.

Mętlik w głowie.

Otworzyłam oczy.

Mrok. czarny jak polarna zima.

U m a r ł a m ???

niedziela, 24 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)

Otworzyłam oczy. Byłam w jakimś pokoju. Wstałam z łóżka. Na stoliku nocnym leżała butelka  krwią a obok liścik.


"Wiem że nie lubisz prosto z człowieka. Niedługo się to zmieni ale na razie proszę. Mały lisek. Smacznego"


Byłam głodna więc odkręciłam butelkę. Pachniało lisem wiec wypiłam. Potem podeszłam do drzwi. Były zamknięte czarami więc nie mogłam ich otworzyć. Okna tak samo. Byłam więźniem.
Do pokoju wszedł mój porywacz i prześladowca.
-Witaj słonko. Widzę że śniadanie ci smakowało. Wyspałaś się?
-Wypuść mnie! Oddaj mi brata i wypuść Jane!
-Od kiedy Ci na człowieku zależy?
-Ona jest niewinna.
-No nie do końca.
-Jak to?
-Jest sobowtórem.
Usiadłam przerażona. Myślałam że ten koszmar sprzed lat się zakończył. Rozdział z Katherine. Już wiem czemu tak polubiłam Jane! Od samego początku.. Ale dlaczego nie rozumiał tego że ona jest.. Kopią Kath?! Przecież są jak dwie krople wody..
-Nie uda ci sie! To dlatego nie dałeś mi spokoju?! Nie!
Istniał też inny powód dlaczego ukrywałam się przed nim. Dlaczego ukrywałam też brata.
-Mam już wszystko. Tym razem mi się uda. A za dwa dni pełnia.
-Więc masz też łowce? A wilkołak?
-Mam obu
-Nie...
Mark był hybrydą. Jednak mógł tworzyć tylko wampiry a pragnął posiadać armię posłusznych mu hybryd. Do tego potrzebował kilku rzeczy. Pełni, sobowtóra, łowce, wilkołaka i wampira. Wszystko to miało wyglądać tak. Znałam to na pamięć.

W czasie pełni musi zrobić kręgi z ognia. W każdym z nich umieścić po jednym składniku (istocie). Najpierw musi wyrwać serce wilkołakowi. Potem zabić wampira przebijając go kołkiem. Zabić łowce jego własną bronią. Wypić krew sobowtóra co do ostatniej kropli. A czarownica ukończy zaklęcie. Wtedy gryząc wampiry przemieni ich w hybrydy. Sobowtórem jest Jane, wampirem do poświęcenia ma być Alek a wampirem którego pierwszego ugryzie mam być ja.. Jego ukochana. 
Nie mogłam pozwolić by mu się udało!  Jednak na razie nie wiedziałam jak to zrobić. Jak zabiorę mu sobowtóra całe zaklęcie nie wyjdzie. Inne ogniwa może zastąpić innymi osobami. Sobowtór jest jeden na świecie. Musiałam uwolnić Jane. Wtedy ocalę też brata.

Od Dean'a

Było południe wracałem właśnie z poczty, odbierałem paczkę z zamówieniem.
Idąc z wielkim pudłem do auta non stop myślałem, po co i kto mnie wrócił do żywych.
Co jak co ale byłem ostatnią osobą która na to zasługiwała. Obawiałem się że mógł
to zrobić Sam ale to było nie możliwe i w wykonaniu i w charakterze Sama,
nigdy nie lubił zmieniać losu czy przebiegu zdarzeń. Wrzuciłem pudło do bagażnika
i ruszyłem w stronę warsztatu.
Może powinienem odnaleźć Sama, minęło już tyle czasu..
Nagle kantem oka zauważyłem Lisę, znów miała kłopoty, prowadziła napiętą rozmowę
z tym samym kolesiem co przy barze.
Zatrzymałem auto niedaleko i podbiegłem do Lisy, szybko wylewając szklankę wody święconej
na kolesia
-Ochłoń kolego ! - uśmiechnąłem się
Zaczął uciekać miałem go gonić ale Lisa mnie złapała za rękę
-Co ty zrobiłeś !
-Rozmawiałaś z demonem - odparłem szybko wyrywając dłoń z jej uścisku.
-Wiem !
Zapomniałem już o nim, spojrzałem się na dziewczynę.
-Wiesz ?
-Wsiadaj do auta.
Byliśmy w moim samochodzie.
-Kim jesteś - spytałem
-Łowcą tak jak ty.
-Poważnie ? To czemu go nie zabiłaś ?
-To jest bardziej skomplikowane.
Wjechaliśmy na warsztat, zaparkowałem samochód przy biurze, i wniosłem pudło do środka.
-Te skurwiele są wszędzie. - powiedziałem odkładając pudło
-A żebyś wiedział - dodała oglądając coś na szafce
Wyszedłem drugim wyjściem prowadzącym bezpośrednio na parking.
Niespodziewana osoba stała 3 metry od mnie na parkingu, zamurowało mnie.
Nie odezwałem się nawet słowem. On też nie.
Był to Bobby, stary dobry przyjaciel, był jak ojciec, zawsze mogliśmy na niego liczyć.
Wtedy nie zastanawiałem się co on tu robi i skąd wie że żyję.
Nagle zaszarżował na mnie, wyciągnął srebrny sztylet i z uporem maniaka chciał mnie zabić.
-Czym ty jesteś ! - krzyczał
-Bobby ! to ja !
-Dean nie żyje, gadaj !
W trakcje szarpaniny, kopnąłem go w łokieć i sztylet wypadł mu z ręki, obaj się na niego rzuciliśmy.
Był pierwszy, świsnął mi nim przed nosem. Chwyciłem go za nadgarstek i drugą ręką wyrwałem nóż.
Szybko odskoczyłem i stojąc na prost niego, podwinąłem rękaw.
-Jakbym był demonem czy zrobił bym tak ?



Lekko sie naciąłem.
Po chwili ciszy, zrozumiał że to ja.

Ze łzami w oczach spojrza się na mnie, trzymając dłoń na mojej twarzy.

Nagle nie wiadomo skąd wyciągnął wodę święconą i chlusnął mi nią w twarz.

-To ja - powiedziałem podirytowany
-Przepraszam, musiałem sprawdzić... Jak to w ogłe możliwe ?
-Też chciałbym wiedzieć.
-Zawarłeś pakt z demonem !?
-Nie!
-Dean mi możesz powiedzieć wszystko ! zawarłeś ten cholerny pakt czy nie !
-Mówię ,że nie !
-To kto ?...Sam
-Nie, on nie mógł.
-A więc sprawdźmy co to zrobiło.
-Jak ?
-Wezwiemy to coś.
Bobby zawsze był konkretny i nie lubił marnować czasu.
Nagle przez drzwi weszła do nas Lisa, podparła się o ścianę i obserwowała,
automatycznie ja i Bobby spojrzeliśmy się na nią.
-A to kto ?
Pewnie podeszła do nas witając się
-Hej, jestem Lisa - stanęła po mojej prawej
-Em.. hej Lisa - Bobby wzrokiem dawał mi znać ,że chcę rozmawiać ze mną bez niej,
o tym jak wezwiemy to coś
-Jest z nami, też jest łowcą. - powiedziałem
-A to tak? zmieniłeś zespół ? - zirytował sie
-Znam ją od paru dni.

Wieczorem byliśmy już w starej stodole czy czymś, ważne że było opuszczone
i gdzieś na uboczu miasta.
Przerysowaliśmy wszystkie możliwe znaki religijne ze wszystkich kultur na ściany.
Mieliśmy też wszystko aby zabić prawdopodobne stworzenia mające moc wskrzeszania.
-To jak, zaczynamy ? - spytałem
-A to chcesz się modlić - odparł
Lisa cicho siedziała w koncie i obserwowała.
Bobby czytał tekst po łacinie a ja czekałem aż to coś sie pojawi.
Długo nie musieliśmy czekać, po pierwszych paru słowach żarówki pękły,
zrobiło się ciemno. Na dworze szalała burza. Bobby nie przerywał a ja byłem
coraz bardziej spięty. Budynek zaczął sie trząść a wiatr zrobił w nim zamieszanie,
wszystkie sprzęty spadły na ziemię. Słychać było przeraźliwy pisk, dźwięk
o bardzo wysokiej częstotliwości. Był nie do wytrzymania, upadłem na ziemię
zakrywając uszy, Bobby też.
Nagle przed nami pojawił sie człowiek.

Jego cień miał potęrzne skrzydła, robiły niesamowite wrażenie, tym bardziej że nie
wiedzieliśmy czym to jest.
Pare sekund po tym jak sie pojawił Lisa zniknęła.
-Witam Dean - powiedział patrząc mi sie w oczy.
-Czym jesteś ? - spytał  Bobby
-Aniołem. To mnie szukacie
-Anioły nie istnieją - wstałem patrząc trochę na niego a trochę na Bobb'iego.
-Jestem Castiel.

sobota, 23 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)




Drzwi otworzył mi pracownik restauracji. Mark zawsze wybierał te najdroższe i najbardziej ekskluzywne restauracje. Uwielbiał luksusy.
Delikatna muzyka wydobywająca się z pianina na którym grał jakiś mężczyzna roznosiła sie bo całym wnętrzu. Obok dołączyła do niego elegancko ubrana na biało kobieta śpiewając cudowną piosenkę. Było tu na prawdę pięknie.
-Pani Anastazja?-podszedł do mnie jakiś mężczyzna.
Przytaknęłam.
-Proszę za mną. Pan Odonnell oczekuje już Pani.
Westchnęłam idąc. Zobaczyłam go. Siedział przy stoliku który stał w najlepszym miejscu. Popijał coś czerwonego. Dzięki swojemu wampirzemu węchowi wyczułam ze jest to krew.
Uśmiechnął sie na mój widok i wstał.
Podszedł do mnie i ujął moja dłoń w swoją po czym pocałował delikatnie składając ukłon. Zawsze był bardzo szarmancki. Oczywiście jak chciał.
-Nic sie nie zmieniłaś ukochana. Jak zwykle jesteś onieśmielająco piękna.-uśmiechnął się-Usiądź.
Odsunął mi krzesło a potem kiedy siadałam delikatnie przysunął.
Usiadł naprzeciwko.
-Wybacz ale złożyłem już zamówienie. Oczywiście nadal pamiętam jakie są twoje ulubione dania.
-Mark przejdźmy do sedna. Gdzie jest mój brat.
-Może masz ochotę na coś na ząb?
Chodziło mu naturalnie o krew.
-Nie piję.-uniósł jedną brew-Gdzie jest Alek?
-Jest bezpieczny. Masz może ochotę zatańczyć?
-Oddaj mi brata.
-Zatańcz ze mną.
Westchnęłam i przyjęłam jego dłoń którą wyciągnął do mnie. Wstałam i poszliśmy obok na parkiet. Parę par już tańczyło.
My też zaczęliśmy tańczyć. On był uśmiechnięty, zadowolony z siebie a ja no cóż.. wolałam być gdzie indziej.





-Uśmiechnij sie Anastazjo. A może wolisz jak będę mówił do ciebie Valentino? Valerio? Julianno? Emanuelo? Aleksandro? Kornelio? Zuzanno? Lilianno? Tatiano? Weroniko? Wiktorio? Mario? Bereniko? Klaro? Natalio? Ewo? Diano? Przegapiłem któreś z imion które przybierałaś? Nie? Też tak sądzę. Te 98 lat to całkiem sporo.. jak na rozłąkę. Zawsze byłem niedaleko.
-Daj mi i mojemu bratu spokój. Dosyć zniszczyłeś nam życie.
-Życie? Przestań najdroższa! Jesteś od 98 lat nieumarłą!
Zatrzymaliśmy się. Światła na szczęście na sali tanecznej lekko przygasły. Patrzył mi się prosto w oczy. Poczułam jak kły zaczynają mi sie wysuwać. Uchyliłam delikatnie wargi a on dotknął mojego kła.





-Są cudowne! Takie silne! Piękne! Zdrowe! Urodziłaś się po to by je posiadać najdroższa. Nie rozumiesz?
Wreszcie udało mi sie opanować. Odsunęłam się a kły znów sie schowały.
-Jesteś głodna.
-Nie!
-Jak dawno sie nie karmiłaś?
-Nie karmię się. Nie jestem tym kim ty jesteś! Odejdź ale wcześniej oddaj mi brata! Czy to tak dużo? Pragnę żyć z dala od ciebie z bratem!
Niektórzy zaczęli na nas zerkać. Mark też to wyczuł a że był na tyle wychowany że po mimo iż był czystym złem.. i tak nie lubił robić widowisk.. nie tego typu. Wyszliśmy na taras który był pusty.
-Najdroższa to nie możliwe. Należysz do mnie. Twój brat też. W was płynie moja krew. To ona uczyniła was nieśmiertelnymi.
-Nie! Jesteśmy wolni. fakt. Twoja krew sprawiła że jesteśmy tym kim jesteśmy ale nie możesz decydować o tym co sie z nami stanie.
-Nie wiesz nawet jak bardzo jesteś w błędzie...
Poczułam ukucie w szyj. Dotknęłam tam ręką. Poczułam strzałkę. Ktoś do mnie strzelił. Mark miał smutne oczy.
-Wybacz.
Złapał mnie nim upadłam.
Ciemność... Nic więcej..

środa, 20 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)

Coś było nie tak. A dokładnie mówiąc już wiedziałam co. Wyczułam go. Był w budynku. Alex nim pachniał.
-Dean musimy jechać.-powiedziałam ukrywając przerażenie.
Patrzyłam cały czas na Alexa.
Nalegałam więc pojechaliśmy. Byłam zdziwiona że Alex mnie puścił. Był jednym z "ludzi" Marka. Powinien już dawno mnie próbować złapać.
Mark mimo iż upłynęło 98 lat nadal mnie chciał. Wiedziałam że kocha mnie.. Ale była to zła miłość. Nie mógł się pogodzić z tym że go nie kocham i nie chce z nim być dlatego używa siły by mnie zmusić do bycia przy nim. Dlatego właśnie uciekam. Dorwał Jane. Nie wiem po co mu ona ale jej już nie mogę uratować.
Przyjechaliśmy pod motel. Wysiadłam z samochodu.
-Musze sprawdzić co u brata. Potem zadzwonię do Jane. Pewnie wszystko u niej dobrze.
Weszłam szybko do mojego domku.
Mojego brata nigdzie nie było.
-Alek?! Alek?!
Nie odpowiadał ale i tak wiedziałam że tu go nie ma.
Usiadłam załamana na łóżku. Wtedy zobaczyłam kartkę.


"Najdroższa Anastazjo.
Dziękuje że mnie dziś odwiedziłaś. Postanowiłem więc ja ciebie też odwiedzić. Byłem bardzo zawiedziony że ciebie nie było. Postanowiłem więc że zabiorę coś twojego. Jak chcesz go odzyskać spotkaj się ze mną w restauracji o 20. Będziesz wiedziała której. Pod łóżkiem masz prezent. Załóż ją.
Do zobaczenia.
Twój Mark"


Porwał mojego brata! Nie wiedziałam co robić.. Musiałam się z nim spotkać! Nie mogłam pozwolić by zrobił coś mojemu braciszkowi.
Założyłam tę suknie. Wyglądała na prawdę na bardzo drogą. Była czarna z tiulem w kształcie serca, długa aż do ziemi z niebezpiecznie odkrytymi plecami. Jeszcze bardziej odkryte a pokazywały by o wiele za dużo.
Do tego czarne eleganckie szpilki na obcasie na oko około 20 cm. Dodatkowo elegancka narzutka na ramiona i plecy. Upięłam włosy i umalowałam się. Przed 20 byłam gotowa. W opasce którą założyłam na lewą łydkę umieściłam srebrny sztylet.
Zadzwoniłam po taxi. Wychodząc z domku jeszcze się rozejrzałam. Czułam że mogę już tu nie wrócić. 
Taxi właśnie przyjechało. Wsiadłam.
-Gdzie panią zawieść?
-Do najdroższej i najbardziej eleganckiej restauracji w tym mieście
-Zaszaleje Pani widzę.
-Gdybym mogła zostałabym w domu-odparłam.
Pod restauracją zapłaciłam kierowcy i wysiadłam. Czarna limuzyna stała na parkingu. 
Był już. 
Jak zwykle przed czasem.

Od Jane (Moiry)

  Tego wieczora działo się więcej niż można było przypuszczać. Ktoś przyjechał. Wyjrzałam przez mini okno na zewnątrz. Wysiadł z samochodu Dean i Ana.
-Przyjechali! - prawie że krzyknęłam.
-Co? - spytał znudzony i wyluzowany facet którego imienia nadal nie znałam.
-No... moi znajomi!
-Szukają śmierci? Idioci. - nawet nie ruszył się z miejsca.
  Na zewnątrz wyszedł Alex.
-Hej Diano. Mogę w czymś pomóc?
-Właściwie szukamy naszej koleżanki, kojarzysz pewnie Jane? - zaczął Dean.
-I że ona ma być u mnie? - odparł luźno Alex.
  Uderzyłam w szybę i chciałam krzyknąć, ale złapał mnie ktoś i zakrył usta.
-Co to było? - spytała Ana.
-Dochodziło to z piwnicy...
-Ta. To stary dom, różne są tu odgłosy.
-Jasne... - mruknął Dean.
-Idziecie ze mną oboje. - warknął Mark. - Sam, rusz tyłek.
  Sam wstał i wyjął pistolet z dziwną strzykawką. Strzelił w niego ale pojawiła się reszta zbyt szybko jak na tempo ludzi. Sam kazał mi uciekać ale to jemu udało się zwiać. Powiedział że wezwie pomoc. Wybiegł tylnymi drzwiami a ja rzecz biorąc sama wpadłam w ręce tamtych wampirów.
-Ty zapłacisz za to co on mi zrobił! - wrzasnął Mark i wynieśli mnie.
  W sekundę znalazłam się w samochodzie i odjechaliśmy zanim Dean i Ana się zorientowali a gdy Sam pojawił się przy Alexie... Mój porywacz ulotnił się i zostali sami moi przyjaciele.

  Siedziałam przywiązana do drewnianego krzesła w ciemnym pomieszczeniu. Nade mną paliła się żarówka. Byłam poobijana, krew leciała mi z czoła i nie czułam lewej ręki. Opadałam z sił. Nagle usłyszałam głos Marka.
-Popatrz, kto do nas zawitał.
  Stał przede mną Sam. Był blady.
-A to spotka ciebie jak nie zaczniesz gadać...
  Nagle Sam zaczął się dusić, potem przestał oddychać. Kaszlał. Coś dziwnego zaczęło się z nim dziać.
-Przestań... proszę... - powiedziałam słabo. - Nie mieszaj go w to...
-Wszyscy są zamieszani. - podniósł do góry ręce Mark.
-Co mam zrobić... żebyś... przestał krzywdzić wszystkich dookoła?
-Chodzi mi o ciebie i Anę. Ale na razie lepiej by było mieć ciebie u boku.
-Co masz na myśli?
-Była kiedyś taka... Katherine. Ale zabiłem ją, oczywiście była człowiekiem. Potem zmieniłem ją w wampira ale moja krew źle na nią zadziałała, pożyła sto lat i umarła bezpowrotnie. Ale za życia umarlaka była cudowna, a ty... zdaje się, jesteś jej sobowtórem. Była miłością mojego życia, kochanką i najlepszą morderczynią w dziejach.
-Co ja mam do tego?
-To, że chyba nie wiesz, o czym do ciebie mówię.
-Nie mam sił rozumieć...
-Więc się zgódź.
-Na co...?
-Na zostanie wampirem przy moim boku. Wtedy nic się nie stanie twoim przyjaciołom.

  Obudziłam się cała w swojej krwi, na zimnej ziemi, obolała. Wampiry? Sobowtór? O co w tym wszystkim do cholery chodzi? I gdzie jestem...?!

wtorek, 19 stycznia 2016

Od Dean'a

Czułem ból potworny pól, pot zalewał całe moje ciało, spływał po brzuchu,
czułem jak krwawię, jak jestem rozszarpywany, jest mnie coraz mnie, krew dookoła,
czułem jak umieram. Ogary odpuściły.. już byłem martwy.

Nagle się obudziłem, w śnie umarłem a w rzeczywistości zacząłem nowy dzień.
Cały przepocony usiadłem na łóżku schowałem twarz w dłonie.
-Sami, gdzie ty jesteś ?
Byłem jak romantyczni poeci, rozdarty między dwoma racjami, wybranie której kolwiek z nich
było tragiczne... jak zostanę bez brata, wykończę się, jak go odnajdę on umrze.
Nie chciałem wskrzeszenia, to nie był mój wybór, nie wiem kto to zrobił, wiem
że przez to każda osoba którą obdarzę uczuciem i będzie blisko mnie zginie...
To nie mój pakt, ktoś założył go w moim imieniu... To nie jedyna cena paktu...
Zrzuciłem ubranie na podłogę, i poszedłem do łazienki, przemyłem twarz i spojrzałem
w lustro.
-Weź sie w garść, nic mu nie jest, był doskonałym łowcą napewno sobie radzi.
Spojrzałem na brzuch, przesunąłem po nim palcem.
-Jak to możliwe - pomyślałem
-Jane zaginęła... No nic trzeba wziąć się do roboty.
Wziąłem szybki prysznic i poszedłem pod drzwi Diany, zapukałem dwa razy i drzwi sie
otworzyły.
-Wiesz już coś ? - spytała nie wpuszczając mnie zarazem
-Nie.
-To po co tu jesteś ? - spytała chłodno
-Chcesz tak stać i zadawać pytania czy zaczniemy działać puki nie jest za późno ?
Obdarowała mnie chłodnym spojrzeniem.
-Dobra, to co robimy ?
-Wpuścisz mnie czy będziemy tak stać w przejściu na korytarzu gdzie każdy nas słyszy ?
Nic nie odpowiedziała, po prostu mnie wpuściła.
-Z kim i gdzie ostatnio ja widziałaś ?
-Z Alex'em w barze.
-Wiesz coś o nim ?
-Nic szczególnego, mam co do niego złe przeczucia..
-Czyli ? - nastała  chwila ciszy - chcesz ja znaleźć ?
-Wydaje mi się ,że on jest jakby nie z tego świata, zawsze taki chłodny i władczy.
-Dobra, to już coś. Chodź - otworzyłem drzwi
-Gdzie ?
-Do baru
-Teraz będziesz pił ?
Poszedłem przed siebie mówiąc stanowczo
-Od czegoś musimy zacząć.

Chwilę później już skończyliśmy badać bar i jego okolice, jedno było wiadome,
pojechali gdzieś samochodem i trzeba wyczaić gdzie. Stanąłem na podjeździe baru, na zapleczu,
rozłożyłem ramiona w duł.
-Bean by się teraz przydał. - pomyślałem głośno
-Bean - spojrzała się na mnie Diana - kto to Bean ?
-Stary znajomy
-Czemu do niego nie zadzwonisz ?
-Problem w tym ,że nie wie że żyje. - powiedziałem pod nosem - dasz radę namierzyć
ten samochód ?
-Tak, wsiadaj, powiem jak jechać, może trafie.
W kilka godzin trafiliśmy dwa razy w ślepą uliczkę, do kilku domów na osiedlu i to tym
samym, do parku oraz pod budkę z fas-foodami, każde z tych miejsc musiałem przebadać,
z myślą że trafiliśmy w odpowiednie miejsce ale nie, na sam koniec udało nam się
dotrzeć do niemałego domu sąsiadującego z jakimś magazynem.
-Ciekawe czym zajmuje się sam wiedząc że jestem martwy, może znalazł sobie jakąś babkę i nie wrócił do zawodu - pomyślałem stojąc pod bramą domu

Od Diany (Anastazji)

Coś się działo. Wiedziałam to, czułam to w kościach. Każda część mnie krzyczała "Uciekaj!".. Jednak jeszcze nie wiedziałam co sie kroi.
Jane nie było w pracy już trzeci dzień. Alexa też nigdzie nie widziałam.
-Alek spotkałeś sie może z Alexem w ciągu.. ostatnich czterech dni?
-Nie-powiedział szczerze- Nigdzie go nie ma.
-Właśnie wiem. Nie przychodzi ostatnio do pracy. Wiesz.. coś sie tu szykuje. Moja koleżanka z pracy znikła po tym jak poszła gdzieś z Alexem. Nie wiesz czy on sie karmi?
-Em.. z tego co mi mówił od zawsze wolał prosto z żyły.
-I tego sie obawiałam. Jak sie tylko z tobą skontaktuje masz mi o tym powiedzieć. Mam z nim do porozmawiania.
-Ana co się dzieje?
-Niepokoi mnie on. Groził Jane po tym jak ona ostrzegła szefa by pilnował Alexa bo podobno chce mi coś zrobić. Słyszałam jak rozmawiał z nią. On jest niebezpieczny!
-Nie prawda... on jest fajny.
-Alek ile fajnych wampirów spotkaliśmy w ciągu prawie 100 lat?
-No żadnego..
-Właśnie. Oni nie są fajni.
-Zapominasz że my też należymy do ich rasy.
-My jesteśmy inni. Nie karmimy się krwią a przynajmniej dopóki nie musimy. Zabieramy ją od weterynarzy. To krew zwierząt a mimo to i tak pijemy ją jak już musimy a poza tym nikt przez to nie cierpi. Nawet zwierzęta.
-Ja wiem ale to był nasz wybór. Inne wampiry też maja prawo wybierać i nie koniecznie muszą wybrać naszą drogę.
-Dlatego są złe. Nie możemy ufać nikomu jasne? Zrobisz sobie wolne w szkole. Nie będziesz wychodził z domu.
-A ty?
-JA jestem starsza i sie tobą opiekuję.
-Jesteś starsza tylko o 3 lata a poza tym jesteś dziewczyną! To ja powinienem sie tobą opiekować.
-Alek czasy sie zmieniły. Kobiety są na równi z mężczyznami a ty jesteś moim młodszym bratem. Musze wyjść. zostań tu.
-Dobrze..-westchnął.
Wyszłam z domku i skierowałam sie do pobliskiego warsztatu. To było jedyne co mi przyszło do głowy.
-Dean?-zawołałam wchodząc do budynku.
-Diana?-zdziwił się-Co tu robisz? Przyjechałaś skorzystać z darmowego przeglądu?
-Nie, w gruncie rzeczy nie mam samochodu a nawet prawa jazdy. Przyszłam cie o coś zapytać.
-Zamieniam sie w słuch.
-Widziałeś ostatnio Jane?
-No wtedy w barze a dlaczego pytasz? Coś sie stało?
-Wiesz.. od czterech dni nie mam z nią kontaktu.
-Może jest chora.
-Wątpię.
-Myślisz że mogło coś jej sie stać?-spoważniał.
-Możliwe. Gdybyś ja widział albo czegoś sie dowiedział poinformujesz mnie? Byłabym wdzięczna.
-Tak, jasne.
-Dzięki. Musze już iść bo brata zostawiłam samego. Pa!
-Do zobaczenia.
Wróciłam do domku. Nie wiem dlaczego tak sie martwiłam o Jane. Ledwo ja znałam.. a poza tym była człowiekiem. Jednak polubiłam ja a czułam ze z jakiś dziwnych powodów jej zaginięcie jest związane ze mną. Podpowiadał mi to mój "szósty wampirzy zmysł". A on nigdy nie zawodził.

Od Jane (Moiry)

  Zanim Alex usiadł za kółkiem otworzył drzwi zanim zdążyłam cokolwiek powiedzieć lub zaprotestować, on rzucił się na mnie i przyłożył coś do ust i nosa. Chustka nasiąknięta chloroformem. Straciłam przytomność w kilka sekund, zrobiło mi się słabo, świat zawirował i po prostu padłam.

  Otworzyłam oczy. Leżałam w jakiejś dziwnej piwnicy z tapetą z okropnym wzorem. Podniosłam się z trudem i na głos spytałam sama siebie gdzie ja w ogóle się znalazłam, a odpowiedział mi męski głos. Zanim zorientowałam się skąd on dochodzi wpadłam na włącznik światła i moim oczom ukazały się stare szafki, meble, różne starocie i na jakimś zniszczonym, rozpadającym się łóżku - jakiś facet.
  Zszywał sobie ramię czarną nitką. Podeszłam do niego zaszokowana.
-O Boże... mogę jakoś pomóc...? - spytałam. - Gdzie jesteśmy?
-Jesteśmy w tunelu pod domem Alexa. Pewnie skoro tu jesteś już go poznałaś... Pozwolisz, że skończę? - wskazał na radę i bez czekania na moją odpowiedź kontynuował.
-Kim jesteś?
  Zaszył sobie do końca ranę a ja pełna strachem i szokiem wpatrywałam się w niego.
-Łowcą.
-Łowcą? - spytałam.
-Ach. No tak, ty jesteś człowiekiem. - zaśmiał się mimo bólu który odczuwał.
-Wyjaśnij mi to...
-Po prostu wiesz, łowca, łapię sarenki, wilczki, niedźwiadki i zajączki w paskudnym i złym lesie, taki tam sobie leśniczy. - wyczułam od niego ironię i cynizm ale zignorowałam to.
-Ile tu jesteś?
-Od wczoraj, dokładnie.
-Nigdy cię wcześniej tu nie widziałam.Jak tu trafiłeś?
-Wiesz, jestem ogólnie łowcą, czyli na twój język zabójcą na zlecenie. Ale ćśś, bo ktoś usłyszy.
-Nie żartuj sobie.
-Myślisz, że żartuję? No, fakt, trochę żartuję. Po prostu jestem fachowcem, rozumiesz?
-Ile masz lat?
-Dwadzieścia dwa. - odparł. - Przyjechałem tu szukać swojego kumpla... rozdzieliliśmy się kiedyś. Ale niestety złapał mnie Alex i dupa.
-Dlaczego cię złapał? I dlaczego masz tą ranę?
-Złapał mnie, ponieważ trochę mu przeszkadzałem zbliżyć się do takiej jednej dziewczyny. Przy okazji szukałem mojego kumpla, raz go widziałem w barze ale wtedy zostałem zaatakowany. Podałabyś mi to wino które leży na półce?
  Odwróciłam się i podeszłam do półek z winami.
-Tak, rocznik 1975. - kiwnął głową.
  Odkręcił korek bez najmniejszego wysiłku i oblał sobie ranę winem.
-Kurwa. - zacisnął zęby. - Dzięki.
-Moge jeszcze jakoś pomóc?
-Po prostu siedź i się nie wychylaj. Najlepiej jak on przyjdzie daj mi działać.
  Wziął łyka wina i rzucił butelkę w głąb piwnicy. Sięgnął do kieszeni i tam miał jakąś dziwną broń z dziwną strzałą.
-No co Ty?! Będziesz tu strzelać?!
-Daj mi odwalać robotę.
-Mówiłeś wcześniej, że broniłeś jakiejś dziewczyny. Dlaczego?
-Łowca ma za zadanie chronić kogoś na czyjeś zlecenie, czaisz?
-Na czyje? Jak brzmi imię tego kogoś?
-Serafina.
-A imię dziewczyny, którą masz chronić?
-Diana.
-A drugie imię...?
-Anastazja. Słuchaj, zadajesz zbyt dużo pytań. Wkurwia mnie to.
-Znam Dianę.
-To świetnie, w takim razie jak nas stąd wydostanę to chętnie, czerwony kapturku, możesz mnie do niej zaprowadzić.
  Alex wszedł do piwnicy.
-No witam was skarby moje. - powiedział.
-Hej słonko. - odparł luźno mężczyzna. - Jak tam dzionek? Nie jesteś jeszcze spaloną grzanką, pijaweczko?
-Czemu nas tu trzymasz? Czemu mnie? - spytałam.
-Bo mi przeszkadzasz w zdobyciu zaufania Diany i Alka, rozumiesz? Ale na razie sie odsunę od nich, mam was. To mi starczy. Mark! - za Alexem pojawił się jakiś inny facet
-Milusio. - uśmiechnął się mężczyzna który był więźniem tak jak ja. - Impreza się rozkręca.
-A Ty jak zwykle z humorem. - westchnął znudzony Mark. - Na razie nikt o mnie nie wie. - zwrócił się do Alexa. - Nie pojawiamy się przez miesiąc, mamy co jeść więc oni tu zostają. Lepiej, żeby nikt nie wiedział że tu jesteśmy, zwłaszcza Diana i Alek.
  Gdy wychodził ten Mark, podeszłam do niego i pociągnęłam za rękaw skórzanej kurtki.
-Czekaj! Jak to !? Przez miesiąc mamy tu siedzieć...?
-To Ty tak pięknie pachniesz... Twoją krew czułem w całym mieście... niestety, nie mogę cię tknąć.
-Zaraz! Dlaczego...?!
-Bo jesteś mi potrzebna. - zaśmiał się i straciłam grunt pod nogami.
  Zemdlałam.

poniedziałek, 18 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)

Nie podobał mi się coraz bardziej ten Alex. Groził Jane a w dodatku najwyraźniej miał zamiar zaprzyjaźnić się z moim bratem. Gdyby był człowiekiem szybko bym sobie z nim poradziła ale z wampirem nie jest łatwo. Jak już taki się uczepi to się nie odczepi tak łatwo. Mark pomimo iż minęło prawie sto lat nadal za mną gonił i w dodatku nie sam. Od niego samego jakoś udałoby mi się uciec ale niestety zwerbował łowców.
Po pracy wróciła do domu. Alek spał. Całe szczęście był cały i jak na razie bezpieczny.
Usiadła na swoim łóżku po drugiej stronie pokoju i wyjełam spod poduszki zdjęcie. Było to stare zdjęcie które przedstawiało mnie i całą moją rodzinę. Łzy napłynęły mi do oczu. Gdybym wtedy... Dała im też krwi Marka.. Przynajmniej byli byśmy teraz razem. Moje trzy siostry i rodzice. Zostali brutalnie zamordowani przez tajną policję. Ja i Alek wtedy teź zgineliśmy. Ale mieliśmy w swoim organizmie krew wampira dlatego nie do końca umarliśmy. Bo w sumie byliśmy żywymi trupami.
Nadal pamiętam ten koszmar.
Przez dłuższy czas byliśmy więźniami własnych poddanych!!! Szykanowani, traktowani bez szacunku, poniżani, wyśmiewani i wiele gorszych rzeczy. Byliśmy gorzej traktowani niż niewolnicy!
Wtedy było nam naprawdę ciężko. Byliśmy przyzwyczajeni do luksusów. A tu taką zmiana.
I ten dzień. Powiedziano nam że zostaniemy przewiezieni. Zaprowadzono nas i część służby która nam pozostała do pokoju w którym mieliśmy czekać na samochód. Po chwili wpadli uzbrojeni ludzie. Odczytano wyrok. Nadal słyszałam słowa które zdążył wypowiedzieć mój ojciec, ostatni car. "Co? Co?" poczym strzelono mu w skroń. Następny był mój brat który przeżywał wtedy kolejny atak choroby na którą by umarł. Główny kat strzelił do niego ale go nie zabił. Mój braciszek wił się na ziemi w bólach. Dopiero kolejny z kątów go dobił. Padła fala strzałów w której została ranna. Upadłam. Starała się uchronić przed strzałami. Ostatnie co zobaczyłam to jak moje siostry, mama i służba padają na ziemię.. Potem była ciemność.
Kiedy się ubodziłam byłam już nieumarłą. Obok mnie leżał Alek. Był martwy. Płakałam. Nie wiedziałam co się stało. Nic nie rozumiałam. Nie wiedziałam gdzie jest moja rodzina i gdzie ją jestem. Wzięłam ciało swojego brata na ręce. Nawet wtedy jak żył nie był ciężki a po śmierci prawie nic nie ważył a ją miałam dziwnie więcej siły. Szukała schronienia. Niedaleko była kopalnia. Trafiłam na nią przypadkiem. Tam położyłam delikatnie brata na ziemi. Nie wiedziałam wtedy że on się obudzi. Płakałam długo i zastanawiałam się dlaczego ją nie jestem martwa. Następnego dnia mój brat jeszcze był martwy. Byłam głodna. Bardzo głodna. Wtedy jeszcze nie wiedziałam że łakne krwi. Szukała czegoś do jedzenia. Prowadzona węchem zajrzałam do zsypu. Pod gruzem coś było. Zaczełam sie do tego dostawać. I wtedy znalazłam ciała rodziców i sióstr. Po fali przerażenia, załamania zrozumiałem co doprowadziło mnie do nich i dlaczego "żyję". Stała się taką jak on. Jak Mark. I wtedy zrozumiałam że Alek też powinien się przemienić. Trwało to długo. Trzy dni potem kiedy już symbolicznie pochowałam rodzinę on się obudził. Był w takim samym stanie psychicznym jak ją po przebudzeniu. Wytłumaczyła mu co się stało. I wtedy znalazł nas Mark. Jako źe stałam się wampirem wiedziałam więcej i co najważniejsze wiedziałam co on mi robił. Manipulował i narzucał swoją wolę. Wmówił mi że go kocham. Na początku nie uciekałam. Zabrał mnie i brata do swojej rezydencji. W nocy uciekliśmy z Alkiem.
Od tamtego czasu jesteśmy sami i uciekamy. Już prawie sto lat. I ani razu nie byliśmy na grobie rodziny. Nie mogliśmy co nie oznacza że nie chcieliśmy. Marzymy o tym.
Alek się przebudził. Zobaczył źe płacze.
-Co się stało?-zapytał.
A kiedy podszedł już nie musiał pytać. Przytulił mnie.
-Oni są z nami. Czuwają. Wiedzą że nam ich brakuje. Kiedyś znów będziemy razem.
Przetarłam twarz z łez.
-Wiem. Ale to kiedyś jest na prawdę dalekie patrząc na to że jesteśmy  nie umarłymi.
-Będzie dobrze. Mamy siebie.
Westchnęła i po chwili się opanowałam.
-Przepraszam że cię obudziłam.
-I tak nie potrzebuje snu.
Co fakt to fakt. Nie potrzebowaliśmy snu.
-Jak było w pracy?
-Nie spotykaj się z Alexem. On nie jest tym za kogo go uważasz. Czuje to. Wiem to.
-Dramatyzujesz.
Wiedziałam że nic nie wskuram  więc na razie dopuściłam.

Od Jane (Moiry)

-Powiedz jej coś, co cholery, Moira! - krzyczy moja siostra zrezygnowana.
-Ale, przepraszam, co mam jej powiedzieć? - zaśmiałam się. - Nawet nie wiem o co wam chodzi...
-O co chodzi? Już ja ci powiem, o co chodzi! - zaczęła mama. - Twoja siostra, wyobraź sobie, zerwała zaręczyny z Robertem!
-No i co ja mam do tego?
-To, że jesteś sama od dłuższego czasu ale mimo wszystko przeczytałaś przez każdą możliwą książkę romantyczną i każdy film romantyczny nie rojąc żadnej łzy, więc powiedz mi co mam robić bo ja nie wytrzymuję, Moira! - marudziła mama.
-O nie,nie,nie! O Roberta ci chodzi?! - krzyczy siostra.
-Tak! I nie podnoś na mnie głosu tutaj! - mówi mama teatralnym, pełnym bólu głosem.
-Dlaczego zerwałaś z nim zaręczyny? - spytałam.
-Bo on nie jest dla mnie! Chce dom, dzieci, ustatkować sobie życie na jakiejś pieprzonej ulicy z domami po miliard dolców na dodatek z ludźmi, którzy zamawiają tylko i wyłącznie trawę z jakiś tropików i nie pozwalają trzymać w domu zwierząt! A, no i jeszcze lepsze, słuchaj tego! Nie. Można. Wchodzić. Na. Ten. Twój. Pieprzony. Trawnik. Z. Pieprzonych. Tropików.!
-Mamo, przepraszam cię, ale ja nie mam ochoty się użerać...
-Powiedz co mam robić! Bo ja już jestem na skraju załamania nerwowego!
  Poszłam bez słowa przed siebie i zeszłam po schodach. Jak strzała popędziłam do drzwi wyjściowych ale matka jak chce to potrafi biegać niczym gepard za zdobyczą - stanęła nad schodami i krzyknęła do mnie a ja... no cóż, udawanie, że się jej nie zna... nie działa. Próbowałam.
-Gdzie Ty się wybierasz? - spytała podejrzanie.
  Uśmiechnęłam się głupio i próbowałam wymyślić wymówkę.
  Spojrzałam się na drzwi do łazienki zaraz obok... Tam się mogę ukryć aż wróci ojciec... naprawdę go podziwiam. 32 lata z mamą wytrzymać to jest sztuka. Ale tata powtarzał mi i mojej siostrze, że to wymaga wprawy i on już się nauczył godzić miłość do niej i nie odzywanie się gdy ona ma swój atak paniki czy po prostu jej odbije. Wiele osób uważa, że jest kopnięta. Ona po prostu lubi mieszać się w czyjeś sprawy, kocha plotki, a najbardziej to lubi mieszać się w życie Sarah. Na moje szczęście - mnie się nie czepia - bo uważa mnie za nieudacznicę życiową która w wieku prawie dwudziestu lat nie ma męża ani nie uczy się na studiach. Po prostu nie wiem co chcę robić w życiu a ona wstawia mnie na czarną listę. Kochana mamusia. Ale przynajmniej mam ją z głowy. Śmieję się z Sarah, że ma ją na głowie. Bo ona z nią jeszcze mieszka, a ja zrozumiałam, że jedynym wyjściem jest spakować się i najlepiej zamieszkać na drugim końcu miasta.
-Moira, nie wyjdziesz z tego domu dopóki nie powiesz mi co mam robić! Próbowałam ich pogodzić, ale Sarah się upiera, że nie chce takiego życia! O Boże Przenajświętszy, Matko Chrystusowa dajcie mi cierpliwość...
  Zamknęłam się szybko w toalecie i wzięłam głęboki oddech wściekła.
-Moira wyłaź szybko! - pukała do drzwi matka.
-Dom wariatów... po prostu tu dłużej nie wytrzymam... - spojrzałam na okno w łazience i odetchnęłam z ulgą.
  Nie, to będzie po prostu komiczne kiedy ucieknę z domu w którym się wychowałam i który powinien być tym najbezpieczniejszym... przez okno.
  Wyszłam z łazienki, złapałam skórzaną kurtkę w rękę i uciekłam przed siebie.
  Sarah napisała mi SMS-a, że jestem szczęściarą i wprowadza się do mnie bo inaczej, jeśli matka jej nie zabije, to zabije się sama.
 
  Wróciłam do pracy i przy barze stała Ana. Podeszłam do niej z uśmiechem dysząc.
-Co taka zmęczona? - spytała zdziwiona.
-Ucieczka przed matką... - wzięłam głęboki wdech. - Ty się nie przemęczasz czasem?
-Nie, fajnie tu. Poza tym jak można przemęczać się z powodu pracy za barem nalewając piwa?
-Nie brak ci snu, odpoczynku? Przecież jesteś człowiekiem a nie jakimś cyborgiem. - zaśmiałam się.
  Ona zesztywniała i szepnęła.
-Alex na ciebie czeka w tamtym stoliku. - skinęła lekko głową w jego stronę.
-Jak nie wrócę możecie wszyscy zacząć się martwić...
-Co masz na myśli?
-Po prostu on nie jest typem za którego go uważałam...
-Miał tu dziś przyjść ten Dean... poratujesz? - zaśmiała się.
-Jasne, jak przeżyję spotkanie z wytatuowanym.
  Ruszyłam w stronę Alexa. Usiadłam przed nim zestresowana, po prostu udawałam, że jestem wyluzowana.
-Hej, cukiereczku.
-Czego znowu chcesz?
-Męczy mnie pewna sprawa... - zaczął, a ja przewróciłam oczami.
-Co znowu?
-Pracujesz dzisiaj?
-Nie, a co? Mam wolne...
-To czemu tu jesteś?
-Piszesz książkę?
-O tak pięknej dziewczynie....
-Przyszłam odwiedzić Anę. Miałam zamiar dotrzymać jej towarzystwa...
-To nie dotrzymasz.
-Proszę? - spytałam zdziwiona.
-Idziesz ze mną.
-Gdzie...?!
-Bez gadania, idziemy.
  Pociągnął mnie za łokieć a ja skinęłam do Any, że wszystko jest w porządku.
-Poczekaj... - powiedziałam do Alexa.
   Podbiegłam do Diany.
-Wszystko jest w porządku? - spytała. - Gdzie on cię zabiera?
-Spokojnie, będzie dobrze. - zaśmiałam się. - Nie martw się o mnie.
  Wróciłam do Alexa... i poszłam z nim do jego samochodu. Wrzucił mnie do środka i odjechalismy... Nie wiem gdzie ani dokąd...

niedziela, 17 stycznia 2016

Od Dean'a

Po wyjściu Jane, usiadłem z powrotem przy barze i piłem kolejnego
browara.
-Co tam powiesz Diano ? - chciałem zacząć jakiś temat
Ona wciąż pracowała.
-Jeśli szukasz laski na jedną noc to daruj sobie
-Źle mnie oceniasz, jakbym chciał LASKĘ poszedł bym do sklepu,
jakbym chciał kurwę poszedł bym do burdelu, ale nic z tych
rzeczy.
-Więc czego chcesz ?
-Pogadać, wydajecie się okej, trochę agresywne ale to mnie kręci- puściłem do niej oczko.

-Głupi jesteś - uśmiechnęła się wycierając kufel po piwie
-Nie pierwszy raz to słyszę, wykaż się większą kreatywnością - napiłem się - a ten gościu, Alex tak ? Jak chcecie, mogę zrobić z nim porządek.
Diana spuściła głowę i się uśmiechnęła, jakbym był dzieciakiem maksymalnie
w wieku 12 lat i chciałbym pobić jakiegoś starszaka.
-Nie, dzięki, raczej damy sobie radę. Zauważyłam ,że sporo pijesz,
zazwyczaj pijąc ci którzy są samotni lub ci których coś trapi, chcesz mi powiedzieć o co chodzi ? -położyła jedną dłoń na piersi
drugą zaś podniosła do góry, zgiętą w łokciu - słowo honoru, nie wygadam nic nikomu.
Gdy to mówiła chciałem wziąć łyk piwa

 ale się powstrzymałem i najpierw odpowiedziałem.
-Nie dzięki, raczej dam sobie radę. - zacytowałem - a może też się napijesz ?
-Jestem w pracy.
Naglę jakby nigdy nic dosiadła się do nas dziewczyna która była u mnie
z autem, oparła się na łokciu a jego na blacie baru, patrzyła się wprost
na mnie, jakby Diany w ogóle nie było.
-Emm... hej ?
-Co tak sam pijesz ? - spytała
-W sumie nie sam, właśnie rozmawiałem z Dianą..
Spojrzała się podirytowana na Dianę i zaatakowała ja wzrokiem, po czym się uśmiechnęła
i usiadła prosto, dając znać że przyjmuje do rozmowy Dianę.
-Może ty się czegoś napijesz ? - spytałem dziewczyny
-Mam na imię Lisa, i chętnie. A Diana nie pije ?
-Jestem w pracy - wkurzona odwróciła się od nas, wyczyściła jeszcze jeden kufel białą ścierką
i w pełni oddała się obowiązkom, kantem oka atakując mnie wzrokiem.
-Jak tak? Musi ci być nudno samemu w warsztacie, jesteś tam praktycznie
zawsze, i to sam, wiem bo mijam cię w drodze do pracy.
-Jakoś daję radę - skupiłem wzrok w prawie pustym kuflu
-Mówiłeś że miałeś otworzyć biznes z kimś jeszcze, co się z nim stało? Gdzie on jest ?
Jeśli chcieliście razem coś założyć, musiał ci być bliski. - nastała chwila ciszy - ah.. sorki
jestem ciekawska i no nie ukrywam lubię mieszać się w czyjeś sprawy - spuściła głowę - taka
to moja mała wada - znów się na mnie spojrzała - ale każdy ma jakieś, prawda ?
-Raczej tak...  to może piwo ? whisky?
Przez cały czas gdy mówiła jednym okiem non stop patrzyła na okno koło drzwi, jakby na kogoś
czekała.
-Ah.. nie dzięki... emm... ty jesteś już wzięty a ja lubię pić od początku a nie tak w połowię,
to powodzenia, odwiedzę cię jutro w warsztacie - z gracją wstała i wyszła z baru.
Odwrócona do mnie plecami Diana dodała.
-Ładnie sobie pogrywasz... Kim ona jest ? - spojrzała na mnie - Jakaś świrnięta trochę
-Szczerze ? Nie znam jej, parę razy była u mnie na warsztacie z autem i tyle, od tamtego czasu
przychodzi co jakiś czas. - znów wlepiłem wzrok na piwo i po chwili ciszy spytałem - jestem pijany ?
-Em.. trochę już tego wyżłopałeś ale się trzymasz.
-Jestem tu samochodem
-To najwyżej wrócisz pieszo
Odsunąłem piwo
-O nie, to ja już lecę, jak coś to wpadnij z Jane do mnie, za free zrobię wam przegląd - dodałem dwuznacznie puszczając oczko z uśmieszkiem i wyszedłem.
Nie byłem pijany, tylko lekko otępiały. Otwierałem właśnie drzwi do impali gdy na rogu budynku koło baru zauważyłem Lisę, jakiś kolej na nią wrzeszczał, uderzył ją. Szybko podbiegłem i jednym gongiem w twarzy, walnąłem nim o ścianę, zakłopotany wbiegł miedzy budynki, coś mi w nim nie odpowiadało, i chyba nie chciałem wiedzieć co. Złapałem Lisę za ramię, była rozpalona.
-Nic ci nie jest ? Kim on jest ?
Wyrwała mi rękę z dłoni i wkurzona odparła.
-Nikt taki, dzięki za...
-Nie ma sprawy
I wyszła z zaułka, poszła dalej wzdłuż chodnika, ciut mnie to zaskoczyło i pomyślałem że
raczej nie chce mieć z nią jakiś bliższych kontaktów.

Od Jane (Moiry)

  Weszłam zaraz za Aną do biura Rogera. Szef stał wpatrując się w okno, jakby zmartwiony. Spojrzałyśmy na siebie z Aną lekko zaskoczone, o co może mu chodzić. On zaś odwrócił się i patrzył na mnie przez chwilę, a potem na Anę i jakby coś go tknęło zaraz zesztywniał. Zapalił papierosa, odwrócił się znów do mnie i mojej koleżanki po czym wziął dużego bucha.
-Chodzi mi o to, że kręcą się tu podejrzane typy. - zaczął nie patrząc na nas. - Martwi mnie to, bo mogą to być różne śmiecie, a w mieście ostatnimi czasy ich pełno. Chodzi mi o dobro miasta, a Ośrodek Imprezowo-Wakacyjny jest dosyć dobrym miejscem na zniszczenie mojego dobrego imienia i nazwiska a tym samym, niestety, zawrócenie w głowie kilku naiwnym dziewczynom...
-Ale zaraz... - odezwała się Ana. - Jak to? Skąd może pan wiedzieć kto jest tymi podejrzanymi osobami...?
-Widzę to. - spojrzał na Anę znacząco, a ona jakby... zrozumiała...?
-Zaraz, czy tylko ja tu czegoś nie rozumiem? - spytałam przerywając im tajemniczo porozumiewawcze spojrzenia. - Chcę wiedzieć o co chodzi...
-O to... em... że moi ludzie wiedzą kto stoi za różnymi zabójstwami, próbują ich złapać, ale uciekają do lasów, za miasto albo tutaj.
-Do lasów? - zdziwiłam się, a Ana spojrzała znacząco na Rogera.
-Jane, po prostu uważaj na siebie.
-Ana też powinna na siebie uważać...
-Tak, masz rację, Ana też. Każdy, nawet pracownik tutaj może być podejrzany. Zwróćcie na to uwagę. To wszystko.
  Wyszłyśmy z gabinetu Rogera.
-Dziwne... Ty coś wiesz, prawda? O czym ja nie mogę wiedzieć?
  Ana wyprostowała się.
-Nie, skąd... wiesz... ech, Jane. Po prostu martwię się o brata a Roger wie, że go mam. Martwi się. O dobro wszystkich się martwi.
-Ach, no tak... masz rację.
-Znowu ten typ tu stoi. - westchnęła Ana. - Denerwuje mnie.
  Zaśmiałam się.
-Mnie również, po prostu potraktuj to jako zabawę. - puściłam do niej oczko. - Zabawa z naiwnym i natrętnym facetem jest nawet śmieszna. Najczęściej jej nie wyłapują.
-Nie lubię takich... ehm... zabaw.
-Jak na osiemnastoletnią dziewczynę jesteś naprawdę poważna.
-Po prostu kilka razy się na facetach przejechałam a nie szukam żadnego. Po prostu nie chcę z nikim zawierać nowych znajomości...
-Rozumiem... - westchnęłam. - Spławić go?
-Jeśli sprawi ci to przyjemność.
  Uśmiechnęłam się.
-Jesteś fantastyczna. - odparłam i podeszłam z Aną do baru.
-Coś jeszcze podać? - spytała Ana.
-Wasze imiona.
-Piszesz książkę? - spytałam go. - Znajdź inne natchnienia do Twojej książki z imionami.
-Ależ ja tylko... - zaczął z uśmiechem, ale nie dokończył.
   Alex podszedł do baru i walnął w stół aż szklanka Deana podskoczyła. Patrzył się na mnie, jakby chciał mnie zabić tu i teraz, rozerwać na strzępy. Ana złapała mnie odruchowo za łokieć. Serce biło mi jak oszalałe, bałam się go, gdy robił się taki... nieprzyjemny.
-Idziesz ze mną. - powiedział.
  Spojrzałam na Anę i na Deana. Przegryzłam wargę i po chwili zastanowienia odeszłam od baru. Ana zatrzymała mnie.
-Nie idź z nim. - szepnęła.
-Zdaje się, że nie mam wyjścia. - wzruszyłam ramionami bezradnie i poszłam z Alexem.
-Siadaj. - pokazał na kanapę.
  Usiadłam, a on naprzeciwko mnie.
-Myślisz, że jestem debilem? - zaczął.
-O co ci chodzi?
-O to, że, kurwa mać, robisz ze mnie kretyna.
-Wyjaśnij o co...
-O co chodzi? Roger mnie wywalił z pracy tylko dlatego, że poszłaś do niego i nagadałaś, że chcę zrobić krzywdę Anie.
  Wyprostowałam się.
-Nic takiego nie mówiłam...
-Mówiłaś. Nie kłam.
-Dobra, faktycznie, martwiłam się o nią, wspomniałam Rogerowi, żeby miał na ciebie oko, ale nic innego nie mówiłam...
-Jasne. Słuchaj, jeżeli jeszcze raz staniesz mi na drodze po prostu cie załatwię. Ciebie, twoją siostrę, ojca i matkę. Wszystkich ci wybiję na twoich oczach, zniszczę cię a twoje życie stanie się piekłem. Rozumiesz?
  Zaskoczona wpatrywałam się w niego powstrzymując zły. Kiwnęłam głowa, że rozumiem. Alex nagle uśmiechnął się, jak gdyby nigdy nic i wstał, po czym zacisnął swoje wytatuowane dłonie i odszedł kiwając głową w stronę Any z pełnym uśmiechem, jakby podejrzewał, że ona to słyszała.
  Wstałam, nogi miałam jak z waty i z trudem doszłam do baru obok Any. Dean nadal tam siedział i powoli popijał piwo.
-Co się stało? - spytała Ana szepcząc mi do ucha.
-Nic. - uśmiechnęłam się nerwowo.
-Przecież...
-Nic ważnego.
  Stałam przy barze jakby nieobecna wpatrywałam się w przestrzeń. Oparłam łokcie na blacie, a podbródek oparłam na dłoniach. Ktoś pomachał mi przed twarzą dłonią, obudziłam się i wyprostowałam.
-Śpiąca królewno, mogę znać twoje imię? - spytał Dean.
-Nie mam ochoty na zabawy w imiona.
-Przecież to nic takiego.
-Słuchaj... po prostu mam dość, okay? Dość tego, że wszyscy się mnie czepiają, cokolwiek zrobię dobrego dostaję w twarz, jeszcze jakiś nieznajomy pyta się o imię moje i mojej koleżanki z pracy...
-Poprawka, ona imienia mi nie da, ale czuję, że Ty się złamiesz.
-Nie mam ochoty, może innym razem. - poszłam na zaplecze i zwolniłam się do domu.
-A Ty gdzie? - spytała Ana.
-Przepraszam Cię, musiałam się zwolnić... dasz radę beze mnie?
-Jasne... trzymaj się. Jakby coś... masz mój numer.
-Pewnie, dziękuję.
-Odprowadzę cię może? - spytał całkiem poważnie Dean.
-Słuchaj, jak już zabierasz się za jedną dziewczynę to trzymaj się tej jednej. A pewnie masz ich na swoim koncie miliony.
-Milion pięćset.
-Ach, dowcipniś.
  Stanęłam zła i wysłuchiwałam go, prawie mówiąc mu moje imię i zgadzając się, by iść z nim by mnie odprowadził. Nagle w drzwiach zobaczyłam swoją siostrę i mamę. Uśmiechnęłam się zaskoczona.
-Mówiłam, że to zły pomysł. Przepraszam Moira, wiedziałam, żeby ją gdzies zamknąć, nie wiem, w piwnicy... - moja siostra nadawała jak szalona idąc z matką w moją stronę.
  Byłam lekko zdziwiona.
-Kto to? - szepnął mi do ucha Dean.
  Spojrzałam na niego. Matko, był ode mnie wyższy o głowę. Prawie tak samo jak Ana.
-Ech... wiesz co... to jest moja zwariowana rodzinka. Jej część, w zasadzie...
-Słuchaj Jane, ja nie wytrzymam z twoją siostrą nerwowo! - zaczęła mama.
-Mamo...
-Jane, ja wiem, jesteś w pracy... a to kto? - spytała patrząc na Deana.
-To... dziwny nieznajomy facet. - sprostowałam.
-Jak to nieznajomy? A jak ma na imię?
-Dean. - odparł.
-No to już... nie taki nieznajomy, prawda Jane?
  Zakryłam twarz dłońmi zrezygnowana i zawstydzona.
  Słyszałam, jak Ana chichocze za moimi plecami.
-Ty się tam nie śmiej! - krzyknęłam do koleżanki a ona nadal się śmiała pod nosem.
-Może jedźmy do domu? - spytała zrezygnowana siostra.
-Oczywiście! Bo tam będzie twój tatuś i on wszystko naprawi co żeś narobiła, prawda!?
-Mam wolne. - powiedziałam cicho i delikatnie. - A więc jedziemy. - Popchnęłam je do drzwi.
  Spojrzałam w stronę napuchniętej i czerwonej ze śmiechu Any i na Deana.
-Przepraszam... do zobaczenia.
-Trzymam za słowo. - odparł aż za szybko Dean.
  Uśmiechnęłam się tylko i poszłam z moją mamą i siostrą do samochodu Sarah. Ciekawe, co tym razem mojej mamusi nie pasuje...

Od Diany (Anastazji)

Pierwszy dzień a raczej noc w pracy była udana. Szef powiedział że się dobrze spisuje więc mam tę prace. Ucieszyłam się. Jane także okazała się miła. Dobrze było jednak kogoś tu poznać.
Kiedy rano wróciła do domu czekało już na mnie śniadanie. Alka jednak nie było w domu. Poszedł do szkoły. Zjadłam szybko tosty i wzięła prysznic po czym położyłam się spać.


Kiedy wstałam Alek był już w domu.
-Hej-powiedziałam przebierając oczy.-Jak tam w szkole?
-Dobrze. Wiesz.. Poznałem kogoś.
-Jakąś dziewczynę?-zapytałam.
-Nie.. Chłopaka. Starszy ode mnie. Mówił mi że razem pracujecie.
-Co? Kto?
-Alex. Miły jest. Zaproponował że pokaże mi parę ciekawych miejsc w Morganville.
-Alek rozmawialiśmy na ten temat. Nawet go nie znasz.
-Ty też go nie znasz dobrze.
-Wiem tylko tyle że gra w barze w którym pracuje. Nawet z nim nie rozmawiałam.
Czułem że jest coś jeszcze o czym mi nie powiedział.
-Coś się jeszcze stało?
-Em.. Wiesz... Pracujesz z nim więc wiesz..
-Co?
-To wampir.
Teraz do mnie dotarło.. Czułam obecność w barze wampira ale nie wiedziałam kto to.
-Nie podoba mi się to.
-Ale on jest neutralny!
-A jaką masz pewność że nie pracuje dla Marka?!
-Wiem to. Czy byśmy tu siedzieli normalnie i rozmawiali gdyby był jednym z łowców? Już byśmy byli złapani albo byśmy uciekali.
-Nie podoba mi się to. Chyba lepiej będzie jak..
-Co? Znowu się spakujemy i uciekniemy? Nie chcę! Tu jest bezpiecznie! Nic nam nie grozi. Na prawdę Ana.
-Alek lepiej nie ryzykować.
-Chce wreszcie zacząć od nowa. Poznać kolegów. Skończyć szkołę. Żyć normalnie.
-Wiesz że to nie takie proste..
-Na razie nie musi!y uciekać. Proszę..
-Dużo ryzykujemy..
-Wiem ale zaufaj mi.
-Ufam Ci ale to co innego.
-Prosze..
Spojrzałam na niego. Na prawdę mu zależało by tu zostać ale bałam się.
-No dobrze. Ale jak tylko coś zacznie mnie niepokoić. Coś się stanie, będzie wskazywało na niebezpieczeństwo. Spakujemy się i uciekniemy.
-Dobrze.
Przytulił mnie.


Znowu miałam nocną zmianę. Do baru przyszłam trochę wcześniej. Zajęłam swoje miejsce. Jane jeszcze nie było. Za to był Alex. Podszedł do baru.
-Jedno piwo.-powiedział.
Zaczęła je nalewać.
-Nie mieliśmy się okazji poznać. Jestem Alex.
-Diana-podałam mu piwo.
-Mogę mówić Ana?
Ana.. Jak Anastazja. Zawsze wybierała skojarzone imiona.
-Tak.
-Poznałem twojego brata.
-Mówił mi.
-Co was tu sprowadza? Nie jest nas tu dużo..
Mając na myśli nas chodziło mu oczywiście o wampiry.
-Prywatne sprawy.
-Długo już jesteście..?
-Trochę.
-A reszta rodziny?
-Zadajesz dużo pytań.
-Chcę cię lepiej poznać. Może kiedyś po pracy się wybierzemy gdzieś?
-Nie wiem. Zajęta jestem.
-Brat sobie poradzi.
-Nie o to chodzi..
-Codziennie nie jesteś na pewno na tyle zajęta by nie dać się namówić nawet na małe piwo.
-No nie wiem..
Do baru weszła Jane. Spojrzała na nas i zrobiła dziwną jakby zmartwioną minę poczym ruszyła w naszą stronę.
-Przemyśl to jeszcze.-powiedział Alex i odszedł spoglądając ją Jane.
-Niepokoił Cię?-zapytała podchodząc do mnie.
-Nie. Chciał mnie tylko poznać.
-Uważają na niego. Bywa dziwny.
Jane była człowiekiem. Najwyraźniej o wampirach nie wiedziała. Może dlatego sądziła że Alwx bywa dziwny. Nie wiem.


Koło północy do baru przyszedł chłopak który zaczepiał mnie w sklepie.
-Witam ślicznotki. Dwie w tym samym miejscu. Fascynujące.
-Podać coś?-zapytałam.
-Tak.
-Co takiego?
-Swoje imię z dodatkiem numeru telefonu.
-A do picia?
-A do picia po proszę piwo.
Nalałam mu.
Zagadywał jeszcze trochę do Jane. Dziwny ale miły chłopak.
-Ja jestem Dean a wy?
-Dziewczyny można was prosić?-zawołał nagle szef.
-Przepraszamy- powiedziałam i wraz z Jane poszłyśmy na zaplecze do szefa. Ciekawe co chciał..

sobota, 16 stycznia 2016

Od Jane (Moiry)

  Fajna była ta dziewczyna. Czuć od niej dobro, a przynajmniej ja to odczuwałam. Nie było dziś w pracy Alexa, pewnie przyjdzie pod wieczór jak zwykle, jako DJ. A z koncertem się nic nie udało, nie mogłam uwierzyć, że fałszywy dowód od jego kumpla okazał się kompletną klapą.
-Gdybyś potrzebowała jakiejkolwiek pomocy jestem na tamtej kanapie - wskazałam palcem. - Trafiają się tu nie zbyt przyjemni goście więc jeżeli będzie jakiś problem to nie rób nic głupiego... ja ostatnio pozwoliłam by nerwy wzięły górę i dostałam zmianę pracy chwilowo na mycie aut... Ale Ty jesteś nowa, więc pewnie Roger przymknie na Ciebie oko.
-Dzięki. - powiedziała, jakby dziwnie zaskoczona. - Gdyby coś było nie tak to wiem do kogo się zwrócić.
  Uśmiechnęłam się i usiadłam w kanapie. Miałam wolne do wieczora, czyli jakąś godzinę zanim zasiądę na swoim honorowym miejscu nalewania drinków obok Any. A tymczasem przyszła nasza klubowa księżniczka - Alex. Uśmiechnął się i usiadł obok mnie.
-Hej ślicznotko. - mrugnął do mnie. - Wkurwiłem się, że nie poszliśmy na ten koncert. Obiłem mordę temu kłamcy i oszustowi. Mówiłem, że to cholernie zły pomysł.
-Nie musiałeś lecieć do niego z łapami, wiesz? - westchnęłam. - Mamy nową koleżankę w pracy. Już ją lubię.
-Jaka? - ciekawy zmrużył oczy i odwrócił się by przejrzeć klub.
-Stoi przy barze.
  Jego jakby zmroziło, jakby... czegoś nagle się dowiedział i to było bardzo ważne. Coś, co wpłynęło na niego zbyt mocno by mógł sobie to darować i przełożyć na inną chwilę. Musiał to coś zrobić teraz.
-Słuchaj... ja...
-Nie. Alex... ja wiem, że martwisz się o swoje stanowisko w barze... ale DJ-ka jest tylko przekazana dla Ciebie. Słuchaj, wiem! Może wyskoczymy gdzieś razem, weźmiemy Anę... po pracy?
  Jakby się uspokoił i usiadł s powrotem na miejsce.
-No... dobra. A gdzie?
-Do miasta?
-Ale konkretnie?
  Zmrużyłam oczy zdziwiona. Co go to tak naprawdę obchodzi gdzie pójdziemy? To mało ważne. Ważne jest to, żeby Ana zaklimatyzowała się z ekipą pracującą tutaj i żeby nabrała pewności siebie, żeby zaprzyjaźniła się z kimś tutaj. Skoro jest nowa... pewnie chciałaby mieć z kimś do pogadania od czasu do czasu.
-Co cię to tak interesuje?
-Bo chciałbym po prostu wiedzieć.
-Wiesz co... - wstałam. - Może lepiej nigdzie nie pójdziemy. Sama sobie zorganizuję czas z Aną.
  Wyczułam, że coś do niej ma a to mi się nie spodobało. Postanowiłam go spławiać jak najdalej od Any. Nie można pozwolić by cokolwiek jej się stało. Po Alexie można spodziewać się wielu rzeczy a nie chcę się dowiadywać co dokładnie może wykombinować.
-Jak to?
-Zachowujesz się dziwnie.
-Jak dziwnie?
-Może pójdziemy do innej pracy... albo ją przed tobą ostrzegę...? - zaczynałam stawać się wredna.
-Moira, nie igraj ze mną....
-Jak do mnie powiedziałeś? - zbliżyłam się do niego i nachyliłam nad nim. - Nigdy tak do mnie nie mów, jasne?
-Bo co? - uśmiechnął się.
-Bo przestanie być tak kolorowo.
-Nie zadzieraj ze mną.
-Grozisz mi?
-Tak.
-Spieprzaj.
  Poszłam do Rogera i powiedziałam mu, by nie pozwolił zbliżyć się Alexowi do Any. Więc wyszedł z gabinetu z góry i stał z Aną przy barze pilnując jej i tym samym Alexa. Powiedział jej, że niby ją sprawdza czy dobrze pracuje i czy da sobie tu radę, ale tak naprawdę wiedziałam, że chroni jej. Alex mimo wszystko czuje respekt do Rogera, wiadomo, ma jakieś szeroko postawionych kumpli którzy pewnie zrobili by z moim przyjacielem porządek, ale chyba i tak byłby skłonny zrobić krzywdę Anie.
  Przeszłam koło domków letniskowych prosto na chodnik i przejazd do ośrodka. To nie był taki letniskowy ośrodek tylko... można powiedzieć, że imprezowy. Nie często się takie coś spotyka, ale Roger jest burmistrzem miasteczka i naprawdę przykłada się do tego, by miasto było porządne i było gdzie poimprezować, spędzać wakacje... trochę to wszystko posegregowane ale i tak szacunek za to co stara się zrobić. Ma dobre serce.
-Przepraszam.
  Wpadłam na kogoś. Odsunęłam się i spojrzałam na blondyna, dość wysokiego.
-Nie codziennie wpadam na piękne kobiety.
  Uniosłam brwi patrząc się na niego.
-A ja codziennie spotykam facetów, którzy podrywają losowe dziewczyny.
-Nie ma co się dziwić, jeśli oni latają za Tobą cały czas.
  Zaśmiałam się.
-Jestem Dean.
  Uśmiechnęłam się lekko.
-A ty? - spytał oczekując, że powiem mu swoje imię.
-Z grzeczności powinnam się przedstawić... ale pozostawmy mnie jako anonimową.
-Dlaczego? - spytał ciekawy.
-Bo lubię być tajemnicza. - zaśmiałam się. - Albo po prostu trzymać kogoś w ciekawości.
  Podałam mu rękę.
-Moira... ale mów mi Jane.
-Dlaczego?
-Lubisz zadawać pytania ''dlaczego?'' z tego co zauważyłam.
-Czasem zacina mi się płyta przy pięknych dziewczynach.
-Ach, bo jest ich wiele. - zaśmiałam się. - Nie mam czasu na rozmowy, przepraszam... zaczynam pracę za dziesięć minut.
-Gdzie pracujesz?
-Za dużo pytań, panie Dean.
-Odpowiedz.
-Odpowiem na pytania kiedy będzie na to czas i miejsce. - nadal się uśmiechałam. - Skoro jesteśmy przy Ośrodku Rogera to możliwe, że pracuję gdzieś tam.
  Pokręcił głową i zaśmiał się.
-Jest tam wiele ładniejszych dziewczyn, panie Dean. A teraz może do zobaczenia. - kiwnęłam głową i odeszłam szybko w stronę ośrodka.

piątek, 15 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)

Minęło parę dni. Jako ze zapowiadało sie wszystko normalnie pozwoliłam Alkowi zapisać się do szkoły. W sumie mu się nie dziwię że nalegał. Od zawsze lubił się uczyć. JA nie mogłam sobie jednak pozwolić na edukowanie się. Musiałam znaleźć pracę. Najlepiej gdzieś niedaleko. Dlatego też postanowiłam zapytać w barze który był niedaleko motelu.
Akurat zastałam szefa.
-Dzień dobry Panu.
-Witam. W czym mogę pomóc?
-Chciałam zapytać się o pracę.
-Hmm ostatnio mieliśmy trochę przeludniony skład ale wczoraj odeszła jedna z dziewczyn więc znalazłoby sie miejsce.
Poszliśmy do jego biura omówić wszystko.

Po kilkunastu minutach wyszłam. byłam zadowolona. Dostałam pracę praktycznie z miejsca i miałam zacząć na nocną zmianę. Martwiłam sie trochę o Alka ze zostanie sam w domku na noc ale był już dużym chłopcem. Musi dać sobie radę a jak na razie nic mu nie grozi. Znałam go na tyle że na pewno nie przyjdzie mu nic głupiego do głowy pod moją nieobecność.
Zrobiłam jeszcze drobne zakupy i wróciłam do domku. Postanowiłam wykonać parę domowych obowiązków. Posprzątałam domek tak że nadawał sie wreszcie do zamieszkania co zajęło mi 3 godziny oraz zrobiłam pranie. Przy dzisiejszej technologii wszystko było dużo łatwiejsze.
Alek wrócił popołudniu akurat wtedy kiedy skończyłam robić obiad. Usiedliśmy przy niewielkim stoliku przy którym pomieściły by się zaledwie trzy osoby i jedliśmy.
-Znalazłam pracę w miejscowym barze.
-W barze?
-Żadna praca nie hańbi.
-No ale..
-Zaczynam od razu. Niestety zaczynam od nocnej zmiany. Dasz sobie radę?
-Nie mam 5 lat a 112 siostro.
-Dobrze ale czy aby na pewno?
-Słuchaj. Zapomniałaś o czym sobie obiecywaliśmy? Obiecywaliśmy sobie że pomimo wszystkiego jakoś sobie damy radę i będziemy sie trzymać razem. Nie pracujesz na końcu miasta a zaledwie kilkaset metrów dalej od motelu. W razie problemów chuć żadnych nie będzie mogę przyjść do ciebie.
-Dobrze. Ale tylko pod takim warunkiem będziesz wychodzić.
-Może i ja bym sobie znalazł coś dorywczego?
-Jesteś za młody.
-Byłem młodszy kiedy przygotowywano mnie do przejęcia władzy jako car. Dam sobie radę z praca dorywczą.
-Ucz się. Będziesz starszy to porozmawiamy.
-Mam 112 lat! -zaśmiał się.
-To nadal za mało.
Pocałowałam go w czoło i zabrałam puste naczynia. Pozmywałam, wzięłam prysznic, przebrałam się i poszłam do pracy upewniając sie jeszcze że Alek będzie bezpieczny.

Weszłam do baru i od razu poszłam na swoje miejsce. Za barem stała już jakaś dziewczyna. Przynajmniej nie będę pracowała sama.
-Hej to ty jesteś Diana? Szef mi o tobie mówił. Ja jestem Jane. Miło ze wreszcie nie będę na nocnej sama.
-JA też sie cieszę. Bałam sie że będę sama. Miło mi ciebie poznać.-powiedziałam z uśmiechem.
-Rosjanka?
-Aż tak bardzo słychać?
-Trochę. JA jestem miejscowa. Od dawna tu jesteś?
-Niecały tydzień.
-Z rodzicami sie wprowadziłaś?
Trochę za dużo pytań ale dziewczyna wydawała sie miła.
-Z bratem.
-Sami? Ile masz lat?
-Dziś kończę osiemnaście.
Plus jakieś 98 lat ale to nic ważnego prawda?
-To najlepszego! Nie no tak nie może być! Już ci robię drinka urodzinowego!
-Ale w pracy..
-Szef przymknie oko.
Zrobiła dwa drinki i wypiłyśmy. Po chwili przyszedł jakiś chłopak i złożył zamówienie na piwo. Dobrze że to ja nalewałam piwa a nie robiłam drinki. Nie to ze nie umiałam bo w końcu jestem Rosjanką to znam sie na tym trochę ale właśnie trochę. Ani za dobra nie jestem ani zła. Piwa nie było sztuką nalewać.

środa, 13 stycznia 2016

Od Diany (Anastazji)

-Z kim rozmawiałaś?-zapytał Alek kiedy kładłam zakupy na stole.
-Z nikim nie rozmawiałam. Jakiś chłopak mnie zaczepił. W tych czasach nie traktuje sie już kobiet z szacunkiem jak za naszych czasów.
-Mogę załatwić tę sprawę. Nikt nie będzie zaczepiał mojej sipstry kiedy ona sobie tego nie życzy.
-Alek spokojnie. Jestem już duża a poza tym jestem starsza od ciebie o 3 lata łobuzie.
-I co z tego? To chłopak powinien chronić swoją rodzinę a nie kobieta.
-Czasy się młody zmieniły. Trzeba wreszcie to zrozumieć.
-Nie chce.. Ja chcę żyć normalnie.
-Oj Alek Alek.. Żyjemy najbardziej normalnie jak możemy.
-Powinnaś sobie kogoś znaleźć.
Przerwałam wypakowywanie zakupów i spojrzałam na niego.
-Chyba sobie żartujesz. Chyba nie pamiętasz jakie mam szczęście do mężczyzn oraz jakie byłoby to niebezpieczeństwo.
-Oj tam. Potrzebujesz kogoś.
-Nie, Alek. Tak mi dobrze. Na prawde. Za życia gdyby nie to że mną manipulowano także z pewnością wolałabym być sama. Mniej zmartwień.
-E tam.
Przewróciłam oczami. Ci chłopcy to są jednak z innej planety.
-Właśnie.. Po jak ciebie nie było dużo myślałem o tym by żyć normalnie. Na prawde chciałbym pójść do szkoły.
-Ale wiesz że mimo wszystko długo tu nie będziemy. Góra dwa czy trzy miesiące.
-To i tak dużo! Zwykle po paru tygodniach się przenosimy. Proszę..
-Dobrze ale za tydzień. Wtedy na swoim fałszywym dowodzie skończę osiemnaście lat i wedle tutejszego prawa będę pełnoletnia i będę mogła stać się twoim prawnym opiekunem. Bez tego będę musiała użyć na dyrekcji hipnozy by Cię przyjeli. A wiesz żs tego nie lubię i wolę unikać.
-Za tydzień.. To wcale nie tak długo. Dam rade.
-Dobrze a teraz szykujmy się powoli spać. Już robi się późno.