Tego wieczora działo się więcej niż można było przypuszczać. Ktoś przyjechał. Wyjrzałam przez mini okno na zewnątrz. Wysiadł z samochodu Dean i Ana.
-Przyjechali! - prawie że krzyknęłam.
-Co? - spytał znudzony i wyluzowany facet którego imienia nadal nie znałam.
-No... moi znajomi!
-Szukają śmierci? Idioci. - nawet nie ruszył się z miejsca.
Na zewnątrz wyszedł Alex.
-Hej Diano. Mogę w czymś pomóc?
-Właściwie szukamy naszej koleżanki, kojarzysz pewnie Jane? - zaczął Dean.
-I że ona ma być u mnie? - odparł luźno Alex.
Uderzyłam w szybę i chciałam krzyknąć, ale złapał mnie ktoś i zakrył usta.
-Co to było? - spytała Ana.
-Dochodziło to z piwnicy...
-Ta. To stary dom, różne są tu odgłosy.
-Jasne... - mruknął Dean.
-Idziecie ze mną oboje. - warknął Mark. - Sam, rusz tyłek.
Sam wstał i wyjął pistolet z dziwną strzykawką. Strzelił w niego ale pojawiła się reszta zbyt szybko jak na tempo ludzi. Sam kazał mi uciekać ale to jemu udało się zwiać. Powiedział że wezwie pomoc. Wybiegł tylnymi drzwiami a ja rzecz biorąc sama wpadłam w ręce tamtych wampirów.
-Ty zapłacisz za to co on mi zrobił! - wrzasnął Mark i wynieśli mnie.
W sekundę znalazłam się w samochodzie i odjechaliśmy zanim Dean i Ana się zorientowali a gdy Sam pojawił się przy Alexie... Mój porywacz ulotnił się i zostali sami moi przyjaciele.
Siedziałam przywiązana do drewnianego krzesła w ciemnym pomieszczeniu. Nade mną paliła się żarówka. Byłam poobijana, krew leciała mi z czoła i nie czułam lewej ręki. Opadałam z sił. Nagle usłyszałam głos Marka.
-Popatrz, kto do nas zawitał.
Stał przede mną Sam. Był blady.
-A to spotka ciebie jak nie zaczniesz gadać...
Nagle Sam zaczął się dusić, potem przestał oddychać. Kaszlał. Coś dziwnego zaczęło się z nim dziać.
-Przestań... proszę... - powiedziałam słabo. - Nie mieszaj go w to...
-Wszyscy są zamieszani. - podniósł do góry ręce Mark.
-Co mam zrobić... żebyś... przestał krzywdzić wszystkich dookoła?
-Chodzi mi o ciebie i Anę. Ale na razie lepiej by było mieć ciebie u boku.
-Co masz na myśli?
-Była kiedyś taka... Katherine. Ale zabiłem ją, oczywiście była człowiekiem. Potem zmieniłem ją w wampira ale moja krew źle na nią zadziałała, pożyła sto lat i umarła bezpowrotnie. Ale za życia umarlaka była cudowna, a ty... zdaje się, jesteś jej sobowtórem. Była miłością mojego życia, kochanką i najlepszą morderczynią w dziejach.
-Co ja mam do tego?
-To, że chyba nie wiesz, o czym do ciebie mówię.
-Nie mam sił rozumieć...
-Więc się zgódź.
-Na co...?
-Na zostanie wampirem przy moim boku. Wtedy nic się nie stanie twoim przyjaciołom.
Obudziłam się cała w swojej krwi, na zimnej ziemi, obolała. Wampiry? Sobowtór? O co w tym wszystkim do cholery chodzi? I gdzie jestem...?!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz