piątek, 29 stycznia 2016

Od Katherine

  Otwierając oczy widziałam wszystko inaczej. Nie wiedziałam kim jestem, co tu robię, no i w ogóle gdzie jestem. Czułam się inaczej, obojętność do otaczającego mnie wokół świata ogarnęła moje czarne jak pustka oczy i poczułam głód. Niewyobrażalny głód i zdezorientowanie.
  Podniosłam się. Leżałam w lesie, skądś go znałam. Ruszyłam przed siebie powoli, tanecznym krokiem zadowolona z nie wiadomo czego. 
  Nasunęła mi się nagle myśl.
  Wróciłam. Ja znów żyję. Jako inna osoba. Znałam to oblicze. Znałam osobę ze zdjęć gdy patrzyłam na siebie w lustrze ale teraz się nią stałam. 
  Weszłam na drogę, światła czarnego miniwana nie spowodowały, że zmrużyłam oczy. Nie drgnęłam w strachu przed tym, że zaraz zginę. 
  Wróciłam. Nareszcie żyję. 
-Nic pani nie jest...?  - wysiadł z samochodu jakiś blondyn. 
  Znajomy mi z twarzy, ale skąd go znam?
-To ja, Sam. Jane... Ty żyjesz? - zdziwił się ale ruszyłam na niego, w sekundę stanęłam przed nim. 
  Moje oczy zmieniły się, widziałam je w jego oczach. 
-J-Jane...? - sięgał po coś. 
  Czułam jak powoli sunie prawą ręką do kieszeni w czarnej skórzanej kurtce. 
-Nie pamiętasz mnie? O Boże... pomogę Ci z tego wyjść... Nie możesz być tym o czym myślę..
  Przekręciłam głowę z lekkim uśmiechem. 
-Ja nie potrzebuję pomocy, Sam. - odparłam czystym, anielskim, lekko chrypliwym głosem. 
-Przypomnij sobie mnie. Jane... 
-Nie jestem już Jane. - pokręciłam głową z uśmiechem.
-Co?
-Jestem Katherine. 
-Nie możliwe...  
-Wróciłam, łowco. A jesteś dla mnie zagrożeniem... wszyscy jesteście. Ale to miasto będzie niedługo moje... jak miało być kiedyś. 
-Nie możliwe, że to ty...
-Jednak żyję. 
  Wstrzyknął coś w moją szyję. Straciłam przytomność.
  
  Ból głowy, lekki jej zawrót, głód. To ostatnie było nie do wytrzymania, ale starałam się trzymać na nogach gdy wstałam. Spojrzałam przed siebie, poznałam to pieprzone miejsce. Grobowiec, w którym spoczywałam. Ktoś mnie z niego uwolnił, czyżby Mark? Jemu zawsze chodziło o Anę, jeśli dobrze pamiętam. A mi zawsze chodziło o Morganville. No i ból, cierpienie ludzi... 
  Słaba, wycieńczona z głodu podążyłam tunelem do starych, mocnych krat. Stał tam Sam i jakiś inny facet. Chyba nazywał się... Dean. Pamięć z mojego poprzedniego umysłu zachowała się. 
-Nie możecie mnie tu więzić. - powiedziałam wychodząc z mroku. 
-Możemy. - przytaknął Sam. 
-Ile tu jestem? 
-Tydzień. - odparł niewzruszony Sam. 
-W jakim celu mnie więzicie?
-W takim, że jesteś zagrożeniem dla Morganville i nie tylko. 
-Mój drogi Samie, ja jestem ta sama Jane co wcześniej. 
-Tak? - spytał zdziwiony Dean. 
-Udowodnię, że jesteś Katherine. 
  Rozciął sobie nadgarstek i poczułam woń słodkiej krwi. Powstrzymałam pragnienie i zrobiłam smutną minę. 
-Myślisz, że się na ciebie rzucę? Gdybym była Kath pamiętałabym, że Alex zamknął nas w swoim domu i więził? Co się potem działo...? Sam...?
-To chyba serio jest Jane. - powiedział do Sama Dean. 
-Nie wierzę... Sama mówiłaś...
-Byłam przerażona. Może dzieją sie takie rzeczy po tym co działo się wtedy... Ech... nie mogę myśleć o tym co oni mi tam robili... Zmienili mnie w... wampira... - zaczęłam płakać. - Wypuście mnie... ja nawet nie dotknę krwi... jak mam się odżywiać?! Co mam robić!? 
  Kraty zniknęły, były zaczarowane. Rzuciłam się w objęcia Deana. 
-Dziękuję... tak bardzo wam dziękuję... 
-Pomożemy Ci. - powiedział Dean. 

  W jakims obcym mi domu podeszłam do lustra które stało w toalecie. Spojrzałam na siebie. Tak, tak wyglądała prawdziwa Jane. Uśmiechnęłam się do siebie, byłam zadowolona, że w końcu żyję. 
  No i nie mogłam w to uwierzyć.
  Wróciłam.
  Katherine żyje, a wraz z nią cząstka Jane. 
  Dwa sobowtóry w jednym ciele. 
  Wróciłam. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz