sobota, 30 stycznia 2016

Od Katherine

  Sterta niepoukładanych kartek z mojego nowego planu, który chciałam szybko zrealizować rozwiała się dość szybko. Zdenerwowało mnie to, postanowiłam, że się zabawię. Mark wiedział, że się obudzę, gdy on będzie siał spustoszenie anonimowo, podłoży mnie pod winną, w końcu on zawsze był anonimowy, nie lubił hałasu i złego zdania na swój temat, nie w takim sensie. Gdy był głodny potrafił wybić pół miasta, zaś ja nie mogłam dopuścić by Markowi stało się cokolwiek. Nienawidziłam go ale jakimś dziwnym cudem moja podświadomość zawsze kazała mi służyć u jego boku bez względu na wszystko.
  Plan B wszedł w grę aż za szybko.
  Musiałam wydostać się z domu, a Bobby mi w tym przeszkadzał.
  Stał w salonie popijając whisky. Był czujny, czułam to.
-Wypuścisz mnie, czy mam sama wyjść drogi Bobby? - podeszłam do niego.
-Miałem cię pilnować. Nie pasujesz mi.
-To, że jestem potworem teoretycznie nie znaczy, że jestem nim w środku. - wskazałam w miejsce gdzie (powinnam) mieć serce.
  Ale mam wyłączone człowieczeństwo. Gdybym je włączyła stałabym się Jane. Tak to działa w moim przypadku. Moje aktualne ciało stałoby się jak kamień a Jane obudziłaby się w swoim ciele.
  Skomplikowane, prawda?
  Przeszłam do kuchni w poszukiwaniu torebek. Nie było to w moim stylu, to było wręcz upokarzające dla Katherine Pierce. Ale na niego nie mogłam się rzucić. Nie teraz gdy prawie zdobyłam zaufanie Deana i Sama, są mi potrzebni.
-Gdzie torebki z krwią? - spytałam zła.
  Po obudzeniu czułam się jak nowo narodzona, więc siła, emocje i wszystko inne było nasilone o wiele bardziej niż u zwykłego wampira.
  Rzuciłam się na niego, bo on tylko się śmiał. Złapałam nóż kuchenny i wymierzyłam go w jego brzuch, moje oczy podeszły krwią. Bobby lekko się przeraził.
-Daj mi zadzwonić.
-Nie.
  Westchnęłam.
-Było miło, Bobby. - odparłam i wbiłam mu nóż w brzuch.
  Krztusił się, dławił krwią a ja podeszłam powoli do telefonu. Wykręciłam numer który dziwnym trafem nie wiadomo skąd miałam wryty w głowie.
  Odebrał Mark.
-Katherine... jak zawsze na moje zawołanie...
-Masz gości.
-Słucham? - zaskoczyłam go.
-W Twoim domu zaraz będą, bądź już są nieproszeni goście. Zajmij się nimi.
  Mark westchnął, jakby zmęczony, rozłączył się.
  Spojrzałam na konającego Bobby'ego i uśmiechnęłam się.
-Przykro mi... A nie, czekaj... jednak nie. - zaśmiałam się.
-Ja... nie... umrę... - wykrztusił i zamarł.
  Oczywiście, nie jest zwykłym człowiekiem. Czułam, że jest nieśmiertelny w jakiś sposób, że nie zabiję go jakimś kuchennym nożem. Stracił przytomność a długo...

  Niedługo potem spotkałam się z Alexem. Niegdyś nasze wojny trwały długie lata, byłam jego narzeczoną ale zdradzał mnie z innymi kobietami a gdy byłam niepotrzebna otruł mnie a niedługo przed moją śmiercią trafiłam do psychiatryka na swoje ostatnie, najgorsze dni. Tego mu nie wybaczyłam, aż do dziś.
  Wyszłam wieczorem z domu w którym urzędowałam i dopilnowałam, by Bobby nie obudził się za tydzień wolny jak ptak. Był związany a na drzwiach do pokoju wisiała kartka z napisem ''Katherine tu była''.
  Z gracją stanęłam przed Alexem.
-Jak zwykle olśniewająco piękna. - uśmiechnął się.
  A ja również. Zawsze miałam do niego słabość, ale pragnął mieć mnie a na boku inne kobiety. Wiedziałam to. On nigdy się nie zmieni.
-Do rzeczy, Alex.
-Mamy Deana i Sama. - uśmiechnął się.
-Obchodzi mnie to, gdzie jest ciało Jane by je ukryć.
-I tak nikt nie wie gdzie ono jest. - wzruszył ramionami. - Nikt nie wie jak cię zniszczyć.
-Mnie nie da się zniszczyć, da się mnie uśpić. Ale nie pozwolę na to...
-Więc mam ci pomóc odnaleźć ciało Jane?
-Tak. - uśmiechnęłam się. - Zanim wpadną na to Sam i Dean. Zaczną szukać ciała by uratować Jane.
-A co z tego będę miał? - zaparł się i wyprostował.
  Zaśmiałam się pod nosem.
-Drugą mnie. - spojrzał na mnie pytająco. - Jane na twoje chore łóżkowe, niewolnicze zachcianki. No i pić z niej krew aż nie uschnie z jej braku. Będziesz mógł ją okaleczać dla swojej przyjemności. To jak?
  Uśmiechnął się szeroko.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz