środa, 13 stycznia 2016

Od Jane (Moiry)

  Szef przyszedł do mnie i stanął obok baru. Czyściłam właśnie szklanki i układałam je by wszystko wyglądało jakoś przyzwoicie, a nie wszystko porozwalane tu i tam.
-Jane... - westchnął ciężko. - Słuchaj... nie możesz tu pracować.
  Zaskoczona spojrzałam na niego odkładając szklankę na bok.
-Coś źle zrobiłam...? Za to wczorajsze przepraszam... nerwy mnie poniosły...
-Ten typ oczywiście nie pokaże się w tym lokalu ale muszę cię przenieść na myjnię.
-Myjnię? - powtórzyłam zaskoczona.
-Wiele dziewczyn dorabia u mnie na myjni między tym barem a domkami letniskowymi. Pewnie rzuciła ci się w oczy. Dziewczyny ze średnich szkół szukały pracy więc dałem im tamtą bo tu w barze nie miałem wolnego miejsca. Ale zmieni cię ktoś. A potem jak trochę ochłoniesz to... wrócisz tu.
-A ile będę dostawać...?
-Nic się nie zmieniło, tylko robota. - mrugnął do mnie z uśmiechem. - Zaczniesz od jutra.
-Dobrze szefie.
  Forester, mój szef, był bogatym czterdziestolatkiem bez żony. Ma syna, już dorosłego. Nie bywa tu w ogóle, chyba, że na myjnie przywrócić samochód do porządku. Był dla mnie bardzo miły. Zawsze jest. Mam wrażenie, że czasem wie co czuję...

  Do pracy przyszłam wraz ze swoją siostrą. Tak... postanowiłam z nią zacieśnić więzy. Doszła do nas jedna z naszych starych kumpeli, Maura. Maura używa zbyt dużo czarnej kredki na oczach, dużo tuszu... i w ogóle jest gotką mającą 160 cm wzrostu, dosyć wredna i cyniczna. Mało mówi, ale dużo słucha.
  Było tu sporo samochodów a ja czułam się idiotycznie. Ale żadna praca nie hańbi - nawet mycie samochodów na parkingu. Podjechał jakiś facet, około dwudziestu lat, może więcej. Dosyć wysoki. Poszedł do baru a Maura rzuciła mi znudzone spojrzenie zmęczonego grubego kota i wzięła w rękę gąbkę.
-Żartujecie sobie, że będę myć jakieś pieprzone auta.
-Nie chcę tu siedzieć sama. - odparłam Maurze.
-Poza tym... praca fajna.
  Wzruszyłam ramionami, przerwałam mycie auta i włożyłam słuchawki do uszu i włączyłam głośną muzykę. Zaczęłam poruszać biodrami i kontynuowałam mycie auta. Po chwili podszedł do mnie ktoś i puknął w ramię, albo to ja swoim tyłkiem wpadłam na niego zupełnie niechcący. Zarumieniłam się wyjęłam słuchawki z uszu a on stanął naprzeciwko mnie roześmiany i lekko zaskoczony.
-Ile płacę? - spytał a ja westchnęłam.
-Pracuję dla szefa tego całego ośrodka. Myję samochody a on mi płaci. Pan nic nie płaci. - nie przerywałam mycia.
-Wiem. - uśmiechnął się. - Jestem jego synem.
-Oh... Nie wiedziałam.
-Rzadko tu bywam... nie każdy może mnie kojarzyć lub znać. - uśmiechał się dalej.
  Wyjął portfel.
-Mówiłam, że nic pan nie płaci. - westchnęłam.
  Wyłożył trzydzieści dolarów na maskę a ja zaskoczona aż przestałam myć samochód. Spojrzałam na niego i zaśmiałam się nerwowo a on nadal się uśmiechał.
-Nie przyjmę tego. - pokręciłam głową a moja siostra za plecami faceta zaczęła skakać i kiwać głową, żebym wzięła kasę.
-To zbyt wiele.
-Napiwek. Może pani przyjmować napiwki? - zaśmiał się.
-Mogę... ale tego nie można nazwać napiwkiem.
-Do zobaczenia. - wsiadł do auta i odpalił silnik.
  Moja siostra podeszła do mnie i wzięła kasę z maski i wsadziła mi do stanika. Spojrzałam na nią zaskoczona.
-Tacy klienci mogą nam się trafiać częściej... - mruknęła pod nosem.
-Jak to dwuznacznie zabrzmiało...
-Dwuznacznie? - zaśmiała się. - Musze wracać do domu. Mamusia.
  Przewróciłyśmy oczami.
-Współczuję i powodzenia.

  Na następny dzień szef wysłał mnie do baru na wieczór - jedna z dziewczyn pracująca tu nie dawała sobie rady i nie pojmowała tego, jak robić drinki i co z czym mieszać. Zostanę miksologiem! Będę całe swoje życie robiła driny, nalewała piwa i wódy dla pijanych bądź (jeszcze) nie facetów i (rzadko kiedy) kobiet a gdy będę wracać z pracy zastanę w domu swojego setnego kota który nawet sie do mnie nie przytuli ani nie da pogłaskać. Będę samotną babą pracującą w barze od kilkunastu lat bez studiów.
  No właśnie. Nie wiem co mam robić na studiach. Nie wiem kim być. W szkole byłam dobrą uczennicą a przez to nie mam pojęcia jak sobie ułożyć życie. Na razie jakoś zdam prawko, o ile sobie na nie zarobię i w ogóle... nie mam ręki do samochodów, tylko znam się na markach. Gdy jakiś wybiorę - ten ma jakąś nieuleczalną wadę a ojciec się denerwuje. Raz wybierałam mu samochód bo bardzo chciałam jako mała dziewczynka być jego doradcą w różnych... jak ja to nazwałam... ''życiowych'' wyborach.
  Do baru podszedł DJ-GeJ, jak go tu wszyscy nazywali. Jednak czuło się do niego respekt, trenował boks, miał wszędzie jakieś dziary. Na lewej ręce, na kciuku widniał napis H-O-P-E, a na drugim L-E-S-S. Miał około 190 cm wzrostu, więc był wielkoludem w porównaniu do moich krótkich nóżek i całej mnie. Bo moje 170 cm nie dorówna niestety 190 cm Alexa. Jego skóra zawsze była lodowata, gdy pierwszy raz dotknął mnie przeciskając się do zaplecza aż podskoczyłam, ale on nie zareagował na moją dziwną reakcję.
  Alex puknął w blat a ja podskoczyłam.
-Wystraszyłeś mnie, głupku. - zaśmialiśmy się.
-Mam bilety na The Weeknd. Idziesz ze mną.
-Ach, więc MAM iść z Tobą? - uśmiechnęłam się.
-Ta. Będzie kilka moich znajomych. Poznacie się.
-Nieee sądzę, nie jestem dobra w nawiązywaniu nowych znajomości.
-To trudno. - wzruszył ramionami. - Idziesz.
-Ale czekaj, mam dziewiętnaście lat, gdzie jest koncert?
-W Chichago w Grand Milk Hotel.
  Parsknęłam.  
  GMH jest jednym z najlepszych, trudno dostępnych sali koncertowych. By tam wejść musisz mieć 21 lat i dowód osobisty.
-Nie wpuszczą mnie.
-E tam. Wejdziesz niezauważona albo coś sie wymyśli.
-Chcę iść na ten koncert! - westchnęłam. - Dawno na żadnym nie byłam... ej...
-Co?
-Mam pewien pomysł...
-Jaki?
-Fałszywy dowód.
-Nie jestem nastolatkiem, żeby bawić się w takie coś.
-Zrobi się to nielegalnie, to jasne. Ale będzie idealnie podrobione. Za darmo.
-Żartujesz sobie.
-Alex, a co masz do stracenia? - uśmiechnęłam się.
-Nic. - wzruszył ramionami. - Ale nie chcę mi się paprać z typkiem który nam to załatwi.
-Znasz kogoś?
-Ech... ta. Georga. Mój dawny przyjaciel.
-Dawny?
-Długa historia, mało ważna. Jane, on jest dobry w te klocki. Ale nie można mu ufać.
-Zaryzykuję. - mrugnęłam do niego a on odszedł.
  Czasem się dziwię, że jestem tak porywcza do wielu rzeczy, a zwykle to cicha myszka ze mnie...
  Załatwić dowód fałszywy to jedno, ale najpierw muszę zaopatrzyć się w telewizor do swojej cudownej kawalerki i inne potrzebne rzeczy...


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz