Obudziłem się przywiązany na krześle, rana jeszcze lekko krwawiła. Sporo krwi ze mnie upłynęło.
Z bólem luzowałem więzy na nadgarstkach, przez długi czas szarpałem sie ze sznurem,
nie miałem nic czym mógłbym je przeciąć.
Bobby: Wredna suka, a mówiłem aby od razu to zabić.
Gotowałem się cały w środku, nie miałem już siły, marzyłem o ciepłej kawie. Nie przestawałem szarpać sie z liną, a gdy już powoli zsuwałem ja z rąk do domu weszła jakaś kobieta. Rozejrzała się po pokojach aż znalazła mnie.
Lisa: Kim jesteś ?
Bobby: Gadaj kim ty jesteś.
Lisa: To ty tu jesteś związany.
Zsunąłem sznur na podłogę wstałem z krzesła przecierając nadgarstek w ręce.
Bobby: Już nie.
Lisa: Krwawisz - wskazała palcem na ranę
Bobby: Rusz się, w kuchni są opatrunki, jestem Bobby.
Usiadłem na sofie
Lisa: Lisa
Poszła do kuchni.
.Dean.
Sammy: Boski plan.
Dean: A ty nic nie wymyśliłeś
Sammy: To nie znaczy ,że miałeś się rzucać na niego wrzeszcząc
Dean: Byłem jak batman... z domieszką tarzana
Sammy: Idiota
Dean: Dupek
Sammy: A teraz masz jakiś genialny plan?
Dean: Myślę..
Sammy usiadł pod ścianą
Dean: Aniele dupku jeżeli faktycznie istniejesz... w co wątpię (dodałem pod nosem) pomóż nam, jakoś się dogadamy.
Sammy: Co ty wyprawiasz ?
Dean: Pomógł byś.
Sammy: Nie jesteśmy katolikami
Nagle zza mną pojawił się anioł, odskoczyłem przestraszony i z satysfakcją spojrzałem na Sama który nie dowierzał w to co widzi.
Castiel: Sam, w tym wasz problem.
Sammy: Nie czuje się jakbym miał problem bynajmniej z tamtego powodu.
Dean: Jak widzisz ktoś nas uwięził, nie mamy jak wrócić do domu.
Po chwili pojawiliśmy się przed drzwiami domu.
Sammy: Wow, co to było
Obaj spojrzeliśmy się na anioła zaskoczeni, a on nie wiedział o co nam chodzi.
Spojrzeliśmy jeszcze na siebie i weszliśmy do domu.
Lisa: Kim jest Katerina ?
Spytała Lisa stojąca w kuchni.
Dean: Znajoma. Gdzie Jane ?
Sammy: Bobby !
Sam zauważył konającego Bobbiego na sofie i zaraz do niego podszedł.
Sammy: Co mu jest ?!
Lisa: To chyba wina waszej ,,znajomej"
Spojrzała sie na mnie.
Podszedłem do Bobbiego.
Dean: Ej żyjesz?
Bobby: Nie, już galopuje jako sarenka po polu
Castiel: Nie ma reinkarnacji
Każdy zwrócił wzrok na Casa.
Sammy: Bierzemy cie do szpitala
Bobby: Kto to ?
Spojrzał badawczo na Casa
Cas: Jestem Castiel.
Bobby: Czym jesteś ?
Cas: Aniołem
Bobby resztkami sił usiadł i wskazał na ranę.
Bobby: Na co czekasz ? Ulecz mnie.
Anioł podszedł i jednym ruchem uleczył ranę Bobbiego.
Cas: Stracił dużo krwi.
Wszyscy przejęli się natychmiastowym zagojeniem rany.
Dean: Castil, dlacz...
Obejrzałem sie za siebię a Castiela już nie było.
Sammy: Nie ma to jak mieć anioła jako przydupasa
Bobby: Na pewno nie robi tego bezinteresownie.
Dean: Okaże się
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz