Bobby wyjął jakąś fiolkę z szafki i położył na stole.
Bobby: Mamy wszystko... prawie. Brakuje krwi
Dean: Krwi ?
Bobby: Wampira
Sammy: To nic trudnego
Bobby: Ale krwi wampira który ją przemienił.
Sammy: To jednak problem.
Spojrzałem na Jane
Dean: Wiesz gdzie może być ?
Jane spojrzała przez ramię gdzieś obok mnie, mi w oczy gdy chyba sb przypomniała
gdzie może być Mark.
Jane: Pewnie w rezydencji... wątpię że się ukrywa.
Dean: Sam pakuj tyłek do auta, mamy Patisona do zabicia
Byliśmy juz w drodze, w aucie słychać było jeden z utworów kansas.
Sam: Nie powinniśmy zostawiać Bobbiego z Jane
Dean: Ufam jej, jeżeli w ogóle można ufać potworowi.
Samy: Boje się o Jane, Bobby za nią nie przepada.
Dean: Najwyżej zamknie ją w klatce, może jej nie uszkodzi.
Sammy przełączył muzykę, automatycznie uderzyłem go w dłoń i wróciłem do poprzedniego kawałka.
Dean: Sammy, znasz zasady, kierowca rządzi muzyką, pasażer siedzi cicho.
Dojechaliśmy do rezydencji Marka. Chwilowo obserwowaliśmy ja siedząc w aucie.
Dean: Ciekawe ilu ich tam jest
Sammy: Na pewno zbyt wielu
Dean: Wyrównajmy szanse
Wysiadłem, z bagażnika wziąłem spluwę i rzuciłem ją Samowi, sobie wziąłem kolejną plus kołek i pare srebrnych naboi, nie zabiją wampira ale trochę go spowolnią.
Sammy: Ja pójdę w prawo a ty w lewo od frontu.
Dean: Nie ma mowy, idziemy razem na prawo
Sammy spoważniał i karcąco się na mnie spojrzał.
Sam: Rok, pracowałem bez ciebie, uwierz potrafię o siebie zadbać, idz na lewo.
Poszedłem na prawo razem z Samem, mruknął tylko coś pod nosem, zdenerwowany.
Z tyłu domu znaleźliśmy właz do piwnicy. Była ciemna, zimna, przypominała sale tortur niekiedy, ale klatki były puste,
nikogo tu już nie przetrzymywał.
Błąkaliśmy sie po jego rezydencji jeszcze jakiś czas niezauważeni aż go znaleźliśmy. Obserwowaliśmy go schowani za drzwiami
korytarza, on był w przestrzennym salonie.
Sammy: Więc, jaki jest plan?
Dean: Pracuję nad nim.
Sammy: Nie masz żadnego planu, prawda?
Dean: Pracuję nad nim.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz