Dopieszczałem swoją lalunie, w ten sposób się relaksowałem,
układałem myśli w całość. Głównym tematem w mojej głowie teraz
był pies, ja i Sam kiedyś wiedzielibyśmy co zrobić w takiej sytuacji,
bezwzględnie wyeliminować to coś, ale z czasem nasza praca stała się
głębsza, bardziej zawiła, więc kwesta jej życia jeszcze nie została
podięta. Castiel zniknął i od czasu upicia się nie widziałem go.
Pewnie leczy anielskiego kaca..
Sprawa z Alice się komplikuje, ktoś stoi nad nią, trzeba jej pomóc,
problem polega na tym ,że nie wiemy gdzie jest.
Nagle zauważyłem koło siebie pare stup. Do auta podeszła w ludzkiej
formie psina. Wyjechałem spod auta, wytarłem ręce o ścierkę.
-Co tam ? - spytałem biorąc się za mycie impali
-Em.. przepraszam.
-Za co ? Za to że ośliniłaś wszystko co było możliwe w domu ?
Speszyła się
-Co teraz ze mną zrobicie ?
Dziewczynę zdołaliśmy uratować, troche wymagało to pracy i spała dwa dni
ale w końcu się obudziła. Nie jest w pełni sił i nie wiem czy w ogóle
kiedyś będzie.
Rzuciłem gąbkę do wiadra z wodą i podałem jej ścierę, szczotkę i wosk do skórki
w aucie.
-Tam są twoje kłaki, powodzenia.
-Co ?!
Spojrzała sie na mnie zdębiała trzymając to co jej dałem.
-Tak się zrekompensujesz.
-I tyle ? Jesteście łowcami !
-I ?
-O czymś nie wiem ? coś się zmieniło ? Powinniście mnie zabić gdy tylko było to możliwe. Tacy są łowcy.
-Jak widzisz nie wszyscy - kontynuowałem mysie
Ona wzięła się za środek auta. Przez chwilę była cisza którą później przerwała.
-Moich rodziców zabili łowcy. - powiedziała skruszona
-Jak rozrabiali to się nie dziwie
-Nie prawda ! to nie oni mordowali tylko wataha wilkołaków !
-Skąd ta pewność ?
-Wszystko pamiętam. I wtedy Greg przygarnął mnie, był inny... jedyny w swoi rodzaju
-Co sie z nim stało ?
-Zabiły go wampiry... ale zostawił mi list dzieki któremu trafiłam do was... podobno wy możecie
mi pomóc - głos jej się trochę wahał
-Wiem ,że zginął to była tragedia dla łowców, każda śmierc łowcy jest tragiczna.
Ale jak mamy ci pomóc ? Wykurujesz się i odejdź tak będzie najlepiej.
Rozmowę przerwał Sammy, był przerażony ale starał się to ukryć.
-Dean
Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy... wszystko było jasne.
Poszedłem z nim do domu. Bobby leżał plackiem na kanapie.
-Coś mu jest - powiedział Sammy
-,,Wow. Geniusz ! Leży nieprzytomny z byle powodu i na pewno musi myć zdrowy !" - pomyślałem
Zabraliśmy go do auta i zawieźliśmy prosto do szpitala.
Nie czekaliśmy na nic, po prostu go zostawiliśmy i ruszyliśmy w drogę.
Zmiennokształtna siedziała z tyłu samochodu, cicho. Zastanawiała sie pewnie co dalej z nią będzie.
Tez o tym myślałem.
-Emm... już mi lepiej - powiedziała cicho
O wiele bardziej lubiłem ją jako psa. Teraz byłem rozdarty, nie miałem pewności ,że nie rozrabiała,
powinienem z nią skończyć albo coś, może ją po torturować by wyciągną z niej gdzie jest reszta jej stadka.
Zatrzymałem auto.
-Pół kilometra tą droga w prawo dojdziesz do motelu ,,Saskłacz" - dałem jej trochę pieniędzy- zacznij od nowa, i obyśmy się więcej nie spotkali.
Mówiłem to z goryczą na języku, sam nie wiem dlaczego, przecież nie lubie psów.
Wyszła bez słowa biorąc gotówkę, nie patrzyłem jak odchodzi, tylko wyszła z auta a ja odjechałem.
-Dean ?
Nie odpowiedziałem
-Po co to robisz ?
-Tak bedzie lepiej
-Nie poznaje cię, wcześniej... - przerwałem mu
-Wcześniej nie lubiłem psów.
-Nadal masz te no wiesz zmysły ?
-Nie.
Nastała chwila ciszy.
-Stary jedziesz 20 km/h.
-No i?
-Tutaj to minimalna prędkość.
-Co? Bezpieczeństwo to teraz przestępstwo?
Spojrzałem sie na niego i przyśpieszyłem, chwile później byliśmy już w domu.
Nad ranem od razu pojechaliśmy do baru na śniadanie..
Sammy.
Dean był od wczoraj trochę dziwny, taki cichy a teraz co chwila zerkał okno.
Jakby czekał na kogoś. Po głębszych przemyśleniach uważa ,że dobrze postąpił z Lesie.
Właśnie Lesie ? Na pewno ? W końcu nie powiedziała nam swojego imienia.
Nagle do Dean'a ktoś zadzwonił, gdy odebrał odszedł od stolika i wyszedł na zaplecze,
coś ukrywa, nigdy nie odchodził by porozmawiać. Ten anioł namącił mu w głowie.
Czuje ,że przez niego będziemy mieć wiele problemów.
Nagle Dean przyszedł i usiadł tam gdzie wcześniej. Widać było jego poruszenie, rozpacz
-Dean co się stało ?
-Był pies i psa nie ma... dlaczego ?
-Co ?! - zatkało mnie, zawsze potrafił doskonale kłamać tu wyskoczył z takim tekstem - Dean serio
pytam !
-Serio odpowiadam.
Wstał i szybkim krokiem poszedł do ubikacji, chwile później poszedłem za nim ale go już tam nie było.
Dean.
Razem z Cas'em pojawiliśmy sie w szpitalu.
-Co z Bobbym ? - spytałem lekarza wychodzącego z jego sali.
-Choroba postępuje. Jest nie przytomny ale w każdej chwili moze się obudzić albo.... - odszedł
Sammy
Wyszedłem z łazienki i nagle zauważyłem Alice, ona też zauważyła mnie, szybko wstała
i zaczęła uciekać (nie biegła ale bardzo szybko maszerowała)
-Hej czekaj !
Nic nie odpowiadała a gdy wyszła z budynku zaczęła biec, skręciłą między mieszkania.
Wyprzedziłem jej ruchy i złapałem ją dwie uliczki dalej. Ubjołem ja od tułu i zakryłem usta.
-Ciii ciii porozmawiajmy
Nie miała jak odpowiedzieć ale coś mamrotała.
-Będziesz cicho ?
Przytaknęła. Oderwałem dłoń od jej ust.
-Nie mogę !
Obróciłem ją przodem do mnie ale nadal ją trzymałem teraz za ramiona.
-Czego nie możesz ?
-On mnie wykończy, nie mogę o niczym mówić.
-Jestem z tobą, nic ci... -przerwałem - jestem by ci pomóc
-Jak chcesz to zrobić ?! Nie ma jak ! On nas słyszy i widzi w karzdym momęcie
-Jaki on ?
-Nie wiem czym jest...
-Chodz, zawiozę cię w jakieś bezpieczne miejsce.
Dean.
Bobby się ocknął, nagłe zemdlenie nie miało związku z chorobą, coś było u nas w domu i Bobby wiedział co,
ale zapomniał, albo nie chciał powiedzieć. Wiem tyle ,że to go wykończyło, nie może wstać, jest podłączony
do kroplówki i ma piżamę z wcięciem na tyłku. Jak tylko o tym pomyśle fuu....
-Bobby Cas może ci pomóc
-Ten pijak?! Nie ufam niczemu a na pewno nie... - przerwał mu
-Jestem aniołem, ludzie to nasza najważniejsza misja...
-Jak tylko coś zdupczysz to - pogroził aniołowi palcem
Cas już zaczął przykładać się do uzdrowienia Bobbi'ego gdy nagle pojawił się Sammy.
Wleciał do sali, odepchnął Casa.
Ja z aniołem wyszliśmy zaa drzwi. Może Sammy potrzebuje sam pogadać z Bobbym.
Nagle zauważyłem jak Bobby opada bezwładny. Pięknie znowu zemdlał. Sammy wkurzony odwrócił się i szybkim krokiem zaszarżował na Casa. Zacząłe krzyczeć, to było przerażające !
Oboje się na mnie spojrzeli z głupimi wyrazami na twarzach.
-Em.. Dean ?
-To było straszne !
Cas zażenowany spuścił ze mnie wzrok i spojrzał się na Sama
-Chcę uleczyć Bobbiego
-Jaki masz w tym interes ?
-On jest wam potrzebny a wy mi.
Cas przyłożył dłoń do czoła Bobbi'ego a ten ni z gruszki ni z pietruszki wyzdrowiał.
Nadal był osłabiony ale mógł już z nami wracać.
Byliśmy już w drodze gdy Sammy zaczął.
-W jednym z naszych bunkrów schowałem Alice
-Co !?
-Tam jej nie słyszy jej Pan
-Kto ?
-Nie wiem, ale musimy jej pomóc...
...
Sammy pojechał do Alice. Bobby siedział w swoim fotelu i czytał ze łzami w oczach ( wszystko pamiętał, mógł się uczyć i nie zapominać, to musiało być dla niego coś wielkiego)
A ja usiadłem przy stoliku, nalałem sobie wishki i wypiłem kieliszek, wstałem i pojechałem impalą
do ,,Saskłacza". Pokój 23, moja psina tam była. Chciałem sie tylko upewnić ,że wszystko gra.
-Chcesz ze mna skończyć ? - spytała ostrym tonem, już nie jest taka łagodna, złapała nerwa.
-Nie musisz się o to martwić.