poniedziałek, 29 lutego 2016

Od Kory

Obudziłam się już w innym miejscu. Najwyraźniej ewakułacja się udała. Max siedział przy mnie i gładził mnie po głowie.
-Dzień dobry-powiedział.
-Nie umarłam? Czy trawiłam do piekła że tu jesteś?-syknęłam.
-Ciii... Nic nie mów-zignorował moją zaczepkę.-Jesteś słaba. Oszczędzaj siły.
Rzeczywiście. Byłam słaba. Nawet bardzo słaba. Z trudem oddychałam ale jeszcze nie było tak źle.
-Gdzie jesteśmy?-zapytałam.
-20 kilometrów od poprzedniej kryjówki. Łowcy zaczeli węszyć. Musieliśmy uciekać.
-I tak was znajdą.
-Max!-krzyknął Fill.
-Muszę iść a ty odpoczywaj.
Wyszedł. Nie miałam siły się podnieść. Nie jadłam nic od ponad tygodnia. Głód się nadal nasilał. Czasem zastanawiałam się czy istnieje sposób bym żyła.. Ale nie zabijała. Bym nie musiała jeść tego wstrętnego krwistego surowego mięsa.
Usnęłam.

***

Obudziło mnie zamieszanie.
-Jesteśmy tu dwa dni a już mamy uciekać? Nie! Nie będziemy uciekać! Ich jest mniej od nas. Wygramy z nimi-poznałam głos Paula.
-Kora.. Nie możemy ryzykować.-powiedział Max.
Byli w innym pomieszczeniu.
-Miłość do tej suki cię zabije, nas zabije!-krzyknął Fill.
-Nie możemy jej zostawić?-zapytał Cole.
-Jak chcecie to uciekajcie. Nie zostawie jej a ona jest za słaba by ją przewozić. Mogłaby nie przeżyć dłuższej podróży. Już teraz zanim się obudziła spała dwa dni. -powiedział Max.
Chciał ze mną zostać? Nie spodziewałam się że aż tak mu na mnie zależy.. Ale to była jego wina że byłam w takim stanie. To on mi to zrobił. Jego krew zatruła mój organizm.
Jeśli miał racje? I nie przeżyje za długo? Nie chciałam umierać ale też nie chciałam stać się potworem.
-Jeszcze jedno. Nie rozmawiajcie nawrt z tą Katherine. Nie wiem kim ona jest ale mi się nie podoba.
Drzwi się otworzyły i wszedł Max. Usiadł obok mnie i pomógł mi podnieść troche się bym napiła się wody którą przyniósł.
-Oj Kora Kora.. Czemu jesteś taka umarta? Na prawde wolisz umrzeć niż być ze mną?
Sponrzałam się na niego tak że zrozumiał jaka jest odpowiedź. Nie miałam siły mu tego mówić jednak spojrzenie wystarczyło.

***

Dwa dni później obudziło mnie znowu zamieszanie. Coś się działo. Słyszałam krzyki i jak coś upada. Za ścianą najwyraźniej toczyła się jakaś walka. Wstałam ledwo trzymając się na nogach. Byłam cała poobijana. Z dnia na dzień wyglądałam coraz gorzej.
Potargane włosy, ubrania brudne we własnej krwi (po nieudanej próbie samobójczej), blada skóra, lekko przekrwione oczy, liczne siniaki... Nezdomna ofiara przemocy. W tych słowach najlepiej było opisać mój wygląd.
Podeszłam wspierajác się o ścianę do drzwi. Były ze stali i niestety były zamknięte najwyraźniej na klucz.
-Pomocy-powiedziałam najgłośniej jak mogłam co było rzeczywiście równe praktycznie szeptowi.
Hałasy jednak były za głośne. Usłyszałam strzał i aż się wzdrygłam. Co jest grane? Osunęłam się na ziemie nie mając siły już dłużej stać.
-Pomocy.-wyszeptałam znów najgłośniej jak mogłam.
Hałasy ucichły. Słyszałm tylko czyjeś kroki. Położyłam się na ziemi. Byłam zmęczona. Oczy same mi się zamykały. Usłyszałam jeszcze tylko jak ktoś próbował otworzyć drzwi. Potem straciłam przytomność...

Od Alice

  Czekałam na Sama w umówionym miejscu. Pragnęłam spotkać się z nim sama, nie ufałam Deanowi ani nikomu innemu prócz właśnie Samowi. Obok mnie siedziała dziewczyna w ciemnych okularach przeciwsłonecznych zasłaniając swój nadgarstek prawą dłonią nerwowo, cicho rozmawiając ze swoją, prawdopodobnie, koleżanką. Nie należę do osób, które podsłuchują czyjeś rozmowy prywatne, ani w ogóle, ale... ta rozmowa przykuła moją uwagę.
-Nie mogę z tym żyć... to świństwo... - powiedziała ta w okularach.
-Ale jak mogłabym ci pomóc? Ja jestem zwykłym łowcą, co na to poradzę?! Muszę ukrywać naszą znajomość, inaczej sama zostanę podstawiona pod mur przez swoich.
-Ale co ja mam robić?! Cholera... piecze... moje oczy są czerwone, zbladłam, ugryzienie się nasila... boże.. wampiry istnieją... trzeba ostrzec ludzi...
-Nie. Nie zmuszaj mnie, bym cię zastrzeliła, Jenny.
  Dziewczyny zamilkły gdy do kawiarni wszedł Sam.
-W końcu się określiłaś... - powiedział uśmiechnięty, jak zwykle.
  Spojrzałam jeszcze raz na dziewczynę, trzymając w ręku kubek gorącej czekolady. Spojrzenia moje i nowo narodzonej spotkały się.
  Zaraz spuściłam wzrok, gdy poczułam się dziwnie. Udałam, że nic nie słyszałam, ale nowo narodzona chyba wie, że ja wiem.
  Jednak ja tylko słuchałam, nie mam zamiaru nikomu tego powtarzać. Jestem tylko ciekawa wielu rzeczy o '' nie tym świecie o ludziach'', tylko o tym nadnaturalnym,tym czego nie widać gołym okiem.
-Żyjesz? - spytał, a dziewczyny się szybko wyniosły.
-Tak...
-Coś się stało, Ali?
  Spojrzałam na niego nie ukazując lekkiego zdziwienia, że skrócił moje imię. Znów spojrzałam na, już powoli zimną, gorącą czekoladę.
-Nie, nic... tylko... Chciałabym iść do toalety.
  Wstałam i poszłam w kierunku WC. Spojrzałam w lustro, zmyłam twarz zimną wodą dla ochłody, a potem rozpuściłam włosy zdając sobie sprawę, że wyglądam jak totalna wieśniara. Chociaż nie wiem czemu zależało mi na tym, by przy Samie wyglądać w miarę dobrze. Dziwne.
-Wysikałaś się? - zaśmiał się, jednak ja uznałam to za zupełnie normalne pytanie.
  Lekko się uśmiechnęłam.
-Nie byłam oddać moczu muszli klozetowej.
-A co robiłaś? - spojrzał się na mnie, widocznie coś sugerując.
-Hola hola, takie myśli to już twoja brożka! - zaśmialiśmy się.
-A więc, co chciałaś powiedzieć?
-Wiem, że tylko z Tobą mogę porozmawiać... na wszystkie tematy. Tylko na tobie mogę polegać. Miałam przyjaciółkę, Różowa... była tu ze mną, ale zniknęła zaraz po okazaniu prawdy z Panem. Myślę, że to był tylko posłaniec Pana...
-Dlaczego go tak nazywasz? Gardzisz nim...
-Nie mogę nim gardzić. Muszę go szanować, Sam... Nie rozumiesz... - westchnęłam.
  Chciałam wstać, ale złapał moją dłoń i zatrzymał.
-Próbuję rozumieć.
  Milczałam.
  Usiadłam obok niego.
-Przed chwilą siedziała tu nowo narodzona... myślisz, że ktoś ją przemienił... celowo?
-Ktos może tworzyć armię. Z Deanem prowadzimy ciekawe dochodzenie w sprawie z zaginionym dzieciakiem Colem...
-Może jakoś pomóc...?
-Ty już się w nic nie pakuj.
-Ale ja chcę, bardzo chcę. Chce robić coś więcej niż tylko siedzenie i usługiwanie Panu...
-Jesteś za młoda...
-Jestem o rok młodsza od ciebie. - zauważyłam patrząc na niego.
 -Smrodzie, nie podskakuj. Jesteś za młoda i tyle...
-O Ty gnojku! - zaśmiałam się i dałam mu kuksańca. - Proszę! Nic nie nabroję. Chcę tylko być przy tym jak węszycie przy tej sprawie w sierocińcu...
-Skąd wiesz, że był w Domu dziecka?
-Bo było raz w gazecie, że Cole jakiś tam uciekł z domu jakiegoś tam z miasta jakiegoś tam.
-Dokładna jesteś. - zaśmiał się. - Ale ta niedokładność się przydaje, mów dalej.
-Cieszę się, że się przydałam.
-Przydasz. Masz dobry kontakt z dziećmi?
-Nie wiem, a czemu pytasz...? - zdziwiłam się.
-Bo gdy dwóch obcych facetów wejdzie do pokoju np, jego najbliższego przyjaciela i się będzie pytało o wiele trudnych do przełknięcia dzieciaka rzeczy... to wątpię, że będzie się czuł komfortowo. Gdy przyjdzie ładna, miła dziewczyna to pewnie się złamie i powie co wie.
-I ja mam być tą miłą i ładną dziewczyną? - udałam poważną. - Szefie?
-Czyli się zgadzasz? - uśmiechnął się.
-Ależ oczywiście, szefie.
  Zaśmialiśmy się i pojechaliśmy do Domu Dziecka.

  Po tym jak Pani z Domu Dziecka wskazała nam pokój chłopca - przyjaciela Cole'a - Sam przedstawił Deanowi sytuację, dlaczego tu jestem i dlaczego mnie Sam wmieszał. Cieszyłam się, że robię coś więcej niż robienie złych rzeczy dla Pana.
-Co mam mu powiedzieć? - spytałam Sama i Deana.
-Skąd mam wiedzieć? - parsknął dziwnie obrażony Dean.
-Ehm... Dobra... - westchnęłam.
-Po prostu rób swoje. - Powiedział pocieszająco Sam. - Bądź miła. Próbuj z nim szczerze rozmawiać...
  Weszłam do pokoju chłopca o imieniu Stefan. Miał szesnaście lat, był dziwnie zestresowany i załamany. Przerażony - aż śmiałabym określić.
  Zamknęłam za plecami drzwi i powoli podchodziłam do chłopca.
-Hej... Stefan, zgadza się? - zaczęłam, ale on milczał. - Chciałabym z tobą... porozmawiać...
-Na temat Cole'a? Nic nie wiem! - krzyknął i skulił się pod ścianą.
-Chciałabym tylko porozmawiać, dobrze...? Stefan... powiedz mi, co się stało z Cole'em?
-Nie wiem... uciekał czasem...
-Dlaczego uciekał?
-Byłaby pani zadowolona, gdyby była pani w Domu Dziecka, nikt by pani nie chciał... jak większość z nas. On był tym z tych... który się stawiał... ze mną... byliśmy kumplami...
-Jestem Alicja. - przedstawiłam się i podałam mu rękę. Ścisnął ją lekko.
-Wiadomo, ja Stefan...
-Wiemy, że Cole uciekł bo często to robił... chciał stąd uciec?
-Tak. Ale go znajdywali. Teraz... długo go nie ma...
-Czy byłeś świadkiem czegoś, czego boisz się powiedzieć? - spytałam spokojnie. Milczał. - Możesz mi odpowiedziec w każdej chwili, nie stresuj się. Spokojnie, dobra? Poczekam...
-Zaatakowali go dziwni ludzie...
-Zdefiniuj ''dziwni ludzie'', proszę?
-Nie wiem no... byli szybcy, silni...
-Skąd wiesz, że tacy byli? Widziałeś ich?
-W nocy, pod Domem Dziecka... miałem iść za Cole'em... ale zauważyłem tych kolesi... było ich trzech, szybko zabrali gdzieś Cole'a, a ja zamknąłem okno i schowałem się...
-Bałeś się, taka reakcja to nic dziwnego, Stefan... - usiadłam obok niego, a on nagle wtulił się we mnie. - Znajdą go osoby, które wiedzą co robić w takich sprawach...
-Obiecujesz, Alice?
  Milczałam.
-Obiecujesz...?
-Obiecuję, Stefan.
  Poczułam odpowiedzialność za to co przysięgłam. I dopilnuję, by Sam i Dean nie spieprzyli sprawy. Muszą znaleźć Cole'a. Nie zostawię tej sprawy ot tak. I myslę, że Sam mógłby się zgodzić na ewentualne piąte koło u wozu...

Od Katherine

   Ukryłam się w Huston, gdzie miałam święty spokój od łowców. Siałam wszędzie spustoszenie, ale nie próbowałam jeszcze żadnej kropli krwi. Nie wiem dlaczego, przez zaginione ciało Jane nie mogłam pić krwi, nie byłam w stanie. Może dlatego, że Jane jeszcze żyje?
  Po prostu zabijałam, pracowałam jako cichy zabójca, do wynajęcia, na zlecenie, można to nazwać jak się chce. Aż pewnego dnia dostałam nietypową, ciekawą ofertę od nietypowej, ciekawej osoby. Przyjechałam specjalnie znów do Morganville by zapoznać się z sytuacją. Mimo tego, że nie mogłam pić krwi ludzkiej ani zwierzęcej, trawiłam tylko ''zdrową żywność'', jak na chore zrządzenie losu, miałam umiejętności które posiadałam jako ten normalny wampir.
-Nazywam się Dan. - usiadł naprzeciwko mnie w kawiarni. - A Ty zapewne jesteś Katherine. - uśmiechnął się.
-Owszem. A więc, co to za kusząca propozycja?
-Wadzą mi pewne osoby. Łowcy. Mieszkają tu...
-Zaraz, chwila,chwila... - przerwałam mu. - Czy nazywają się Dean i Sam?
-Tak.Widzę, że są ci znani...
  Załamałam się.
-Tak, zgadza się. - westchnęłam. - Byłam z nimi pewien czas, są dosyć nieźli w tym co robią...
-Ale dasz radę, prawda? - oparł się zrelaksowany o oparcie kanapy.
-Wątpię...
-Zapłacę.
  Ryzyokowałam. Już nie grała tu rola pieniężna, chodziło o moje życie, a jak na razie będąc/niebędąc wampirem potrzebuję być nienaruszona zbyt poważnie. A jeśli się wpieprzę znowu w Deana i Sama skończy się to źle dla mnie i dla nich.
-Nie wiem...
-Zapłacę nieśmiertelnością i wampiryzmem o jakim marzysz od pewnego czasu.
-Skąd wiesz...
-Wiem wszystko.
-Skoro tak, to pewnie sam mógłbyś zająć się łowcami.
-Nie zupełnie. Ja muszę być w ukryciu, a oni przeszkadzają mi bo kręcą się obok mojej podwładnej.
  Uniosłam brwi zainteresowana.
-Chyba możemy sobie pomóc. - uśmiechnęłam się zgadzając na propozycję Dana.
-Ale najpierw zacznij od odsunięcia niejakiej... Kory. Zmiennokształtna, sprawiająca problemy. Zaginęła, ale jest bliska śmierci... z tego co wiem ma problemy z wampirzymi koleżkami, a Ty jesteś dobra w uwodzeniu. To jeden z twoich darów, nieprawdaż?
  Uśmiechnęłam się.
-Czyli od czego zacząć, szefie?
-Od Kory.

  Weszłam do domu tych wampirów. Otworzyła mi drzwi jakaś młoda wampirzyca, szczypiorek, nowo narodzona dziecinka która wykonywała prośby tych starszych przez nasilony głód. Wiem jak to wygląda, sama na początku usługiwałam Markowi.
-Przyszłam zobaczyć jak u moich ''braci'' się wiedzie.
-Nie znamy cię. - odparła cicho wampirzyca.
-Jestem Katherine. - podałam jej rękę. - Ta jedna z pierwszych wampirów na świecie, wiesz, szacunek i te sprawy. Mam prawo wszędzie wejść, tutaj również. Gdzie są twoi... ehm... jak to tam nazywasz?
-E....
-Kto to? - spytał jakiś facet.
-Hej, jestem Katherine Pierce, jak leci? - spytałam kpiąco.
-Kim do cholery jesteś, a Ty?! Czemu wpuszczasz kogoś do mojego domu?!
-Halo, na nią pokrzyczysz sobie później, teraz ja tu jestem w seksownej sukience, może zwrócisz na mnie uwagę? - spytałam próbując zmusić go do spojrzenia mi w oczy by użyć daru.
-Wiem kim jesteś. - odparł, chyba przejrzał moją grę. - Czego możesz tu chcieć? Jestem Max.
-Przyszłam odwiedzić Korę. Słuchaj, mam ją albo zgnieść jak robaka, albo się z nią zaprzyjaźnic i chronić przez moją nieśmiertelnością, ale moc Kamienia Filozoficznego jest dla mnie zbyt ważna, by zależało mi na życiu jakiejś tam... ehm... Ach, Kora.
-Ale ja już mam co do niej plany...
  Pogładziłam go po ramieniu, spojrzał mi się w oczy. O to mi chodziło. Nie mógł się ode mnie oderwać, jego wzrok spoczywał na moim.
-Mógłbyś mnie tam zaprowadzić...? - szepnęłam.
-Oczywiście, Katherine.
 
  Czar szybko prysł, ponieważ moje zdolności są równie osłabione czasowo, jak moje życie na tej żałosnej planecie. Kora jest zdezorientowana po części, przyszłam tu by zbadać poziom zagrożenia jakie grozi mnie jeśli przyszłabym tu ją wykraść.
  Poziom niebezpieczeństwa - zerowy.
  Czyli powinno pójść łatwo.


  Na następny dzień szpiegowałam Deana i Sama. Niestety - Sama nie było w domu. Po obskoczeniu wszystkich pomieszczeń w domu, poruszając się przy tym jak kot - bezszelestnie - mogłam stwierdzić, że Deana również nie ma. Zła wróciłam do domu, jednak ku mojemu zdziwieniu, nie mogłam też znaleźć tej całej niewolnicy mojego tymczasowego szefuńcia. Hmm... jak można sie tak poniżać w byciu niewolnicą? Żałosne... doprawdy.

niedziela, 28 lutego 2016

Od Kory

Głód był straszny a tamci zamiast przynosić mi normalnego jedzenia podrzucali mi surowe mięso. Dni ciągnęły się niemiłosoernie długo. Czułam się tak jakby siedziała tu na głodzie z rok a zaledwie byłam tu prawie dwa tygodnie. Czułam się fatalnie. Słyszałam bicie serca ofiar moich oprawców. No oczywiście do czasu kiedy już były martwe. Nic nie mogłam zrobić by ich uratować bo byłam zamknięta w innym pomieszczeniu a nawet gdyby tak nie było.. I tak bałabym się zareagować. Nie ufałam głodowi. Na razie to kontrolowałam ale.. Nie byłam pewna jak długo dam jeszcze radę. Zaciskałam zęby ale mięso mnie "wołało". Jak wilkołaki dają rade?
-Kora zjedz.-powiedział Max.-Nie przeżyjesz tak dalej. Już cię nie poznaje.
Miałam potargane włosy, brudne ubrania od siedzenia tu w tym bałaganie oraz byłam strasznie blada i miałam przekrwione oczy. Schudłam też. Wyglądałam jak bezdomna albo żywy trup.
-Wolę umrzeć niż to zjeść.
-Tak teź się stanie jak nie zjesz. Kora... Skarbie. Teraz żałuje że ci to zrobiłem.
Wściekłam się. Głod także sprawiał że ciężko było mi panować nad emocjami.
-Teraz żałujesz?! Teraz?! Przez ciebie stałam się potworem! Głód jest straszny! Ale jestem.. Na tyle silna by wygrać z nim. Zrozum. Nie będę jadła tego! Nie stane się mordercą. Wole umrzeć.
-Nie pozwole na to.
Wyszedł zostawiając mnie samą.
Musiałam coś zrobić. Wstałam. Czułam każdą kość. Każdy krok był bolesny. Podeszłam chwiejac się do okna. Zamachnęłam się i potłukłam szybe, byly w nim kraty to i tak bym,nie wyszla ale nie to było moim celem. Złapałam jeden kawałek szkła i przeciełam dobie nadgarstki. Krew zaczęła płynąć. Samobójstwo nie było honorowe ale takim czynem nie będę stanowiła już zagrożenia dla nikogo.
Już odpływałam kiedy drzwi się otorzyły i wbiegł Max.
-Coś ty głupia zrobiła?!-krzyknął a ja spojrzałam na niego sennym ale pełnym sadyskwakcji i zadowolonym spojrzeniem.
-To koniec Max. Już nie zniszczysz mi bardziej życia.. Bo nie będę żyła.
Podszedł i wyciągnął mi szko z nadgarstków by rany mogły się zacząć jako tako goić. Porwał jakąś ścierke i obwiązał mi je.
-Zostaw-opierałam się.
-Nie, nie pozwole ci na to.
-Max! Łowcy są coraz bliżej! Za dużo ryzykujemy! Czas się zmywać!- powiedział Paul.
Max wziął mnie na ręce i zaniósł do ich samochodu. Położył mnie na tylnim siedzeniu. Miałam skute ręce i nogi więc mógł wrócić do chłopaków nie bojąc się że uciekne.
Najwyraźniej musieli spakować pewnie rzeczy.
Ja byłam zmęczona i senna. Nie dałam rady długo opierać się i w końcu zasnęłam wyczerpana.
Ostatnim o czym pomyślałam było to kiedy wreszcie to wszystko się skończy. Miałam dość! Dość tego głodu! Dość że zawsze w coś się wpakuje! Dość tego że jestem taka słaba i samotna.. Byłam najwyraźniej typowym,nieudacznikiem. I to mnie wkurzało.

Od Dean'a


Czułem świeże powietrze, trawe i kwiatki ? Moje sny są nawet i dla mnie dziwne.
Nie chciałem otwierać oczu, wolałem zostać w tym śnie na siłe. Nic nie widziałem ale
czułem, było mi wygodnie. Nagle poczułem delikatne mrowienie na szyi, nieznaczne mnie łaskotało,
ale gdy poczułem ugryzienie szybko się zerwałem, złapałem w miejsce ugryzienia i roztarłem robala.
Siedziałem na trawie, i to nie był sen. Gdzie ja jestem ? rozejrzałem się do okoła i spostrzegłem Casa
-Dean. - powiedział spokojnie
-Cas ? Gdzie my jesteśmy ?
Powoli wstałem i otrzepałem ubranie z trawy.
-Nie mogę widzieć się z tobą bezpośrednio, sprawy wychodzą spod kontroli.
-To sen ?
-Iluzja, sen. Teraz leżysz w impali.
-Co ?
Pokręcił głową z niesmakiem.
-Miałeś ciężką nos.
Złapałem się za głowę i przypomniałem sobie co się działo w nocy, trochę przebalowałem.
-No tak. Jak ci pomóc ?
-Pilnuj Sama, lucyfer wybrał do za naczynie którego użyje gdy wyjdzie.
-Jeśli wyjdzie
-Została tylko jedna pieczęć
-co ! Mówiłeś że panujesz nad tym.
-Mówiłem ,że robimy co możemy.
-Jak do tego nie dopuścić.
-Nie wiem. Nie wiemy gdzie znaleźć Abadona. Zniknął.
-Jak to zabić ?
Cas nic nie odpowiedział ale wiedziałem ,że miał na języku ,,nie wiem" czy on w ogle coś wie oprócz tego
,że dom mu się wali ? Nie mam wyboru muszę mu pomóc, i wtajemniczyć w to Sama.
-Jak czegoś  sie dowiesz to.. zadzwoń ! masz telefon.
Obudziłem się w impali. Najgorsze w początku dnia jest wstawanie a ja robie to dziś drugi raz,
najchętniej bym spał do południa ale mam prace do wykonania. Wszedłem do domu, tam Bobby rozmawiał z Samem
-Ooo wstała śpiąca królewna. - powiedział Bobby
-Takie zabawne ?
-Tak - odparł zadowolony z siebie Samy
-Macie już coś ?
-Freddy Wonson wyschnięty na wiór, ugryzienie na szyi, znaleźli go w śmietniku, był bezdomny.
-Wampiry ?
-Na to wygląda.
Sammy spojrzał sie na mie tym swoim podejrzliwym wzrokiem.
-Emm.. Dean ? wszystko gra ?
-Tak, gdyby nie kac.
Zarzuciłem kurtkę i wziąłem dokumenty FBI
-To jak idziemy ?
Chłopaki spojrzeli po sobie ale nic nie odpowiedzieli, oboje się ogarnęli i wyszli za mną.
Nim wsiedliśmy do auta.
-Bobby, na pewno wszytko gra ? może odpoczniesz w domu ?
-Przestań słodzić księżniczko Bello, jest dobrze.
Wsiadł do auta. Spojrzałem się na Sama on na mnie, wzruszyłem ramionami i pojechaliśmy na miejsce.
Byliśmy już w garniturach federalnych i wchodziliśmy do komisariatu prowadzącego tą sprawę.
Podeszliśmy do biura i w trojkę pokazaliśmy dowody FBI
-,,Dean ? Mam coś. Potrzebna będzie mi twoja pomoc" - usłyszałem głos Casa - ,,Alice zna kogoś kto
ma bezpośredni kontakt z Lucyferem, możemy to wykorzystać"
Zamyśliłem się i nie ogarnąłem sytuacji, gdy sie wyrwałem z zadumy zauważyłem ,że każdy na mnie patrzy. Zwróciłem się do chłopaków.
-Nowa sprawa, muszę iść jak tu załatwicie co trzeba zadzwońcie.
Wyszedłem z komisariatu i po chwili pojawił się Cas.
-Jednak możesz się ze mną spotykać!.... chwila to źle zabrzmiało, bardzo źle !
Cas jak zawsze nie wiedział o co mi chodziło z tym spotykaniem, anioły są proste nie rozumieją podtekstów.
-Tak, sprawy nabierają tępa. Musisz znaleźć Alice a ona doprowadzi nas do... - przerwałem mu
-Pana ?
-Można tak to ująć. Zawadą nią.
-Do tego jest potrzebny Sammy on ma z nią lepsze relacje. Po co on ją wypuszczał ?
-W sumie Dean, każdy ma wolna wole.
-Głupia.
Cas zniknął a ja poczekałem na chłopaków w kawiarni.
-Proszę ciasto - powiedziałem do gościa za ladą
-Jakie?
-Czekoladowe z bita śmietaną.
-A cholesterol ?
-Kocham swój cholesterol.
Usiadłem przy stoliku i jadłem. Sammy i Bobby nie mieli problemu ze znalezieniem mnie. Dosiedli się do tego samego stolika.
-Musimy znaleźć Alice. - powiedziałem łapczywie biorąc kolejnego kęsa
-Po co ? Myślałem ,że.. - przerwałem mu
-Ma kontakt z Luckiem.
-A co z wampirami ? Sieją tu niezły zamęt, to nie była jedyna ofiara.
-Alice znajdziemy przy okazji. - powiedział Bobby - zginął też chłopak ,Cole.
-To jedziemy.
Dokończyłem szybko ostatni kęs ciasta i wyszliśmy. Ostatnim mieszkaniem Cola okazał sie dom dziecka,  tam zaczęliśmy.

sobota, 27 lutego 2016

Od Kory

Chodziłam w te i z powrotem na tyle ile pozwalały mi łańcuchy. Musiałam sie stąd wydostać i to koniecznie! Jeśli tu zostanę oni wymyśla coś bym.. jednak została z nimi,. Wiedziałam to. Były trzy wyjścia z tej sytuacji-
Pierwsze- przyłącze sie do nich czego bardzo bym nie chciała
Drugie- ucieknę stąd
Trzecie- będę tu tkwiła do końca życia jeśli nie uda mi sie uciec i będę stawiała im opór.
Czwartego wyjścia nie ma. Bo przecież żaden rycerz na białym koniu nie przybędzie mi na ratunek. Nawet w wierzy nie jestem zamknięta a co mówić bym nadawała sie na księżniczkę.
Drzwi sie otworzyły i wszedł Max.
-To jak? Przemyślałaś naszą propozycję? Nie martw się żadnej kary nie będzie za to ze odeszłaś od nas i potem nam groziłaś a nawet odpuszczę Ci to że mnie zraniłaś.
-Nie dołączę do was! Nie popełnię tego błędu ponownie!
-Skarbie.. Może być tak jak dawniej. Nie musisz brodzić sobie łapek. My zabijamy.. ty tylko milczysz i dotrzymujesz nam towarzystwa. Mi dotrzymujesz towarzystwa.
-Nie! Prędzej was zabije!
-Przestań bawić sie w łowce. Jesteś jedna z nas. Istotą nadnaturalną. Jesteśmy nad ludźmi.
Dotknął mojego policzka delikatnie.
-Nadal możesz być ze mną.
Zmrużyłam oczy i cofnęłam sie o krok.
-Prędzej umrę.
Pokręcił głową i wyszedł.
Zaczęłam krzyczeć.





-Wracaj tu i zakończ to! Zabij mnie! Na co czekasz!
Jednak poszedł sobie.

***

Minął dzień. Nadal siedziałam zamknięta i skuta w tym pomieszczeniu. Oczywiście przynosili mi jedzenie którego ja oczywiście nie jadłam.
-Będziesz sie tak głodzić?-zapytał Fill.
-Śmierć głodowa potrwa długo-odparł Paul.
-Przynajmniej będę wolna.. jak umrę. -prychnęłam.
-Złamiemy Cie .Znowu będziesz z nami.-powiedział Max i wyszli.

***

Po dwóch kolejnych dniach pozwolili mi opuścić to pomieszczenie. Oczywiście nadal miałam skute ręce i pilnowali mnie na każdym kroku. Szliśmy przez magazyn w którym sie zatrzymali. W holu zobaczyłam trzy ciała.
-Co wy u diabła zrobiliście?!-powiedziałam wściekła.
-Co? A to! Nie mamy czasu posprzątać po kolacji. -powiedział Max.
A więc nadal polują. To sie dla nich źle skończy. Weszliśmy do innego pomieszczenia. Były tam dwa materace na ziemi. Na jednym z nich w rogu siedział przestraszony chłopak.
-A to co? wasze śniadanie?-zapytałam zła.
-Nie. to nasz nowy rekrut. Dopiero dwa dni temu dołączył. Jeszcze sie przystosowuje. Dwa z trzech ciał w holu to była jego kolacja.
Spojrzałam na tego chłopaka. Przemienili go. Jak mogli..
Posadzili mnie trochę brutalnie na drugim materacu.
-Stwierdziliśmy że możesz być trochę samotna.
-Łowcy was wytropią.-powiedziałam.
-Nie. Tamci ludzie byli bezdomnymi. Kto ich bedzie szukał? Nikt. A ten tu.. nastolatek z problemami. Mieszkał w domu dziecka. Często uciekał. Personel pewnie stwierdzi ze to jego kolejna ucieczka. Szczerze? Sam do nas przyszedł. -powiedział Max.
-To wam sienie uda. Nie stworzycie tu gniazda.
-A kto powiedział ze tu chcemy go stworzyć? Przeniesiemy sie jak tylko powiększymy rodzinkę.
Zmrużyłam oczy.
-Nie ujdzie wam to płazem! Poniesiecie karę za to wszystko co robicie!
-Śmieszne. -parsknął Fill.
Wyszli a ja zostałam z tym chłopakiem sama.
-Jak masz na imię?
-Cole.
-W coś ty sie biedaku wpakował..
-Mówili ze tak jest lepiej.. ze to inne życie. Że będę miał wszystko co tylko chcę.
-I co masz? Zatęchłą norę, brudny materac na podłodze i głód. Zabijasz.
-A ty niby jesteś lepsza? Siedzisz w tym dłużej!
-Ale nigdy nie zabiłam.
-Patrzyłaś jak oni zabijają. Milczenie i nic nie robienie jest gorsze.
Nic już nie mówiłam .Cole miał racje. No ale co miałam zrobić? Tym razem nie powtórzę błędu. Wtedy byłam świeżo po śmierci Grega. Czułam sie samotna. Fill, Paul i Max zaopiekowali sie mną. Wtedy już nie czułam sie samotna.. ale po paru miesiącach nie dałam rady tak.. uciekłam od nich.. A siłę by to zrobić dał mi list który znalazłam. List od Grega.

***

Po dwóch kolejnych dniach byłam już słaba. Rany które odniosłam w starciu z demonami jeszcze sienie zagoiły. Nadal nie odzyskałam sił a dodatkowe głodzenie się osłabiało mnie. Rano słyszałam jak Paul mówił do Max'a że długo tak nie pociągnę.. że lepiej już mnie zabić. Wiedziałam jednak ze Max sie nie podda. Zależało mu na mnie. Jednak bez wzajemności. Dla mnie był tylko zwykłym paskudnym wampirem który zabija niewinnych ludzi.
Max wściekły otworzył drzwi do pomieszczenia. Cola nie było. Paul i Fill zabrali go na polowanie.
-Co ty Kora robisz?
-Nic co by szło po twojej myśli. -odparłam siedząc w koncie na materacu.
Podszedł do mnie i brutalnie mnie podniósł.
-Szkodzisz sobie. Nie mogę pozwolić byś sie zagłodziła. To co zrobię jest ryzykowne ale może podziała. Mam nadzieję. Słyszałam o paru takich przypadkach. Ty będziesz kolejnym.
Chwycił mnie mocno i ugryzł w szyję.





Krzyknęłam. Bolało niemiłosiernie! On upił tylko trochę mojej krwi jednak byłam wystarczająco osłabiona by stracić przytomność. Gdyby nie to ze mnie podtrzymywał upadłabym.
Kiedy już oderwał usta od mojej szyi rozerwał sobie nadgarstek i przysunął go do moich ust. Jego krew wbrew mi wpływała mi do ust.. Nie chciałam pic jednak zaczęłam sie dławić.

***

Obudziłam sie po paru godzinach. Nie wiedziałam co sie dzieje jednak doskonale słyszałam rozmowę którą prowadziły osoby w innym pomieszczeniu.
-Coś zrobił?
-Przecież ona jest zmiennokształtną! Nie stanie sie wampirem!
-Macie rację.. Nie stanie sie wampirem takim jak ja. Jednak powinna zyskać pewne nasze cechy. Lepszy słuch, węch, wzrok.. oraz będzie łaknąc krwi.
-Zmiennokształtny wampir?
-Nie do końca. Z nią będzie bardziej jak z wilkołakiem. One też łakną krwi a nie są wampirami. Nawet nie tyle krwi jak bardziej surowe mięsko. Słyszałem o paru takich przypadkach. Postanowiłem spróbować. To była jedyna szansa.
-Łowcy zaczęli sie kręcić. Robi sie niebezpiecznie. Nie wiem czy to był dobry pomysł.. Musimy się ukrywać. Ona może narobić nam teraz problemów.
-Niedługo sie stąd wyniesiemy.
-Jak sie czujesz?-usłyszałam głos znacznie bliżej niż tamte.
Spojrzałam na Cola.
-Ale masz oczy... nawet ja tak czerwonych nie miałem.
-Co oni mi zrobili?-zaczęłam łgać.
-Spokojnie. Nie będzie tak źle. Jak sie będziesz karmić.. głód minie.
-Nie rozumiesz... ja nie jestem taka.. Ja nie mogę zabijać.
-Nie musisz. My będziemy zabijać. Ty będziesz.. dostawała resztki. My będziemy pili krew a ty będziesz.. zjadała resztę.
-Ja tak nie robię! Ja.. ja jestem dobra.
-Już nie.-powiedział.

***

Po paru godzinach wyciągnęli mnie na hol. Był tam człowiek. Pożywili sie na nim. Był jeszcze żywy kiedy powiedzieli ze teraz moja kolej.
-Nie-powiedziałam patrząc sie na człowieka i nie odrywając od niego wzroku.
Czułam głód. Zaczynałam czuć głód!
-Kora.. maleńka. on i tak by umarł.-powiedział Maks dotykając mojego ramienia.
Upadłam na kolana. Głód był taki silny ale..
-NIE! -krzyknęłam.-Nie pożywię sie! Jesteście wstrętni i okrutni! Tak nie można!
-Nadal uważasz sie za lepszą?-powiedział wściekł Fill.
-Jestem od was lepsza! Ja nie zabijam!
Zobaczyłam furie w jego oczach, Zamachnął sie i uderzył mnie w twarz. Upadłam.
-Fill!-krzyknął Max.
-Należało sie jej. Niech zrozumie gdzie jej miejsce i jak bardzo jesteśmy dla niej litościwi!
-Nie podnoś na nią ręki! Jeszcze raz a tobie sie oberwie-wycedził przez zęby Max.
Spojrzał na mnie z góry i pokręcił głową z niesmakiem.





-Myślałem ze dasz radę.. Najwyraźniej potrzebujesz czasu.
Zamknęli mnie znów w tym pierwszym pomieszczeniu. Stwierdzili ze kiedy głód stanie sie silniejszy.. poddam sie i pożywię się. Śmieszne. Prędzej sama sie zabije!
Ja nie jestem taka. Ja nie zabijam. Jestem dobra. Mimo wszystko...

Od Alice

  Nie podobało mi się to, że musiałam siedzieć w jakimś pomieszczeniu imitującym pokój. Czekałam, aż któryś z łowców przyjdzie i wyjaśni mi, co to ma znaczyć. Pan będzie wściekły, jeśli nie będzie miał ze mną kontaktu do wieczora. On mnie potrzebuje do wykonywania zadań których on nie może wykonać, bądź po prostu nie ma na to czasu. Raz potrzebował duszy młodej dziewczyny, nie chciałam tego zrobić, ale wtedy opętał mój umysł jednym z demonów i musiałam wykonać jego polecenia i zabiłam dziewczynę bez mrugnięcia. Pan mógł wtedy wymazać ten obraz z mojej pamięci, ale nie zrobił tego z jednego powodu - to za karę, bo nie wykonałam jego polecenia z własnej woli - musiał mnie do tego zmusić.
  Podniosłam się szybko, gdy drzwi zapiszczały nieprzyjemnie, a do środka wszedł Sam. Wściekła podeszłam do niego nadając wściekła na niego, jakim prawem tu jestem. Zasłonił mi usta i uspokajał mnie przez chwilę.
-Skończyłaś? - spytał przewracając oczami.
  Burknęłam coś niewyraźnie, a on zdjął dłoń z moich ust.
-Nie chcę tu być! Możesz mnie wypuścić?
-Nie zupełnie. Powiedz kto jest Panem?
-Usłyszy...
-Nie, tu nie.
-Ehm... Boję się... nie chcę ryzykować...
-Jestem tu, w razie czego będę wymachiwać bronią w tego kutasa. - zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu. - No powiedz. Obiecuję, że nic Ci nie będzie.
  Spojrzałam na niego. Wahałam się.
-Pan... jest Panem Śmierci... - spojrzał się na mnie dziwnie. - Ehm... stałam się jego służącą po tym, jak moja rodzina wkopała się w tajemniczych okolicznościach w niezałatwione sprawy z Panem... Mama wymigała się ze śmierci przez czary, jakich użyła by być nieśmiertelną... ale przez to straciła moc całkowicie - tak czarownice płacą za nieśmiertelność - ale Pan wiedział jak ją omotać. Mama bała się śmierci... Tata za to nie miał pojęcia o życiu mamy, kim jest, co zrobiła, jak bardzo przywiązuje wagę do chęci bycia nieśmiertelną. Pochłonęła ją żądza nieśmiertelności. Pan wykorzystał jej nieuwagę, chwilę napawania się tym... wiedział, że dla niej najważniejsza jestem ja. Byłam jej oczkiem w głowie... a gdy powiedział, że jeżeli nie odda mu siebie i nie zostanie jego służącą... wtedy zabije mnie...
-Ale co to ma do Ciebie? Dlaczego się go boisz?
  Wahałam się.
  Złapał mnie za dłoń i lekko pociągnął na łóżko, bym usiadła obok niego.
-Możesz mi zaufać. - szepnął.
  Nikomu nie mówiłam o tej historii. Ciężko mi było wrócić do dnia, w którym widziałam, jak Pan zabija moją matkę.
-Ehm... Moja matka została przez Pana przechytrzona, bo on chciał również mnie, gdy mama stawiała opór przed masą zadań, które miała wykonywać. Nie widywała mnie, a to ją wykańczało. Ojciec myślał, że mama go zdradza... Wszystko było przeciwko jej, nawet ja, mając parę lat nie chciałam jej widywać. Bo myślałam, że mnie zostawiła. Nie pytałam gdzie jest mama, co się z nią dzieje... ja przestawałam ją kochać... Mama przestała wykonywać jego zadania, przestała być służącą, przestało jej zależeć na nieśmiertelności... Ale było za późno, by wrócić. Pan zabrał jej duszę gdy mama wróciła do domu bo uciekła od niego... do mnie. Przytuliła mnie, powiedziała, że uciekamy... Nie chciałam, przeciągałam to, a Pan znalazł mamę zbyt szybko. Zabił ją, zaczęła powoli się rozkładać na moich oczach, krzyczała... - zaczynałam płakać. - Potem jako dziecko zaznaczył mnie... jako jego własność. Czekał, aż osiągnę osiemnaście lat.
-Jakie to znamię?
  Podwinęłam koszulkę i zaraz pod prawą piersią był znak pentagramu, a w nim czarny kruk. To znak jego własności, ale i opętania przez samą śmierć. Wyjaśniłam mu co to, a on był całkowicie zdziwiony.
-Dlaczego się go boisz?
-Bo to Pan Śmierci...? - zaśmiałam się nerwowo. - Po prostu... wiem, że ma mnie w garści. Moją duszę, bo jest podpisana jego znakiem. Nie pozbędę się go, jeśli sam nie zechce... Jestem zwykłym człowiekiem. Trzyma mnie w garści. Nie mogę się ruszyć z jego władzy... - starłam łzę.
  Ku mojemu zaskoczeniu przytulił mnie. Objęłam go po chwili czując, że tak mi dobrze, że czuję, jak emocje przy nim ustępują.
  Po chwili zdałam sobie sprawę co robię. Odskoczyłam od niego jak poparzona i wstałam.
-Ekhem... Yyy... ten... no... - jąkałam się. - Mogę stąd iść, prawda? Pan będzie wściekły...
-Tu cię nie znajdzie...
-Ale wolałabym go nie denerwować... uwierz mi... Poza tym nie chcę byś się wtrącał. W ogóle...
  Wyszłam marszem i wróciłam do Pana.

  Był zły, ale dał mi zadanie załatwić duszę opętanej osoby. Tak Pan dogadywał się z Lucyferem. Mieli jakieś swoje targi...
  Gdy byłam w mieście i poszukiwałam Katty Rose Watson, która miała siedemnaście lat, ciężarna, opętana, spotkałam na ulicy wysiadających z samochodu Deana i Sama. Sam zauważył mnie od razu, a ja próbowałam przemknąć niezauważona. Gdy moje i jego oczy się spotkały tylko się uśmiechnęłam, podeszłam do taksówki i zamierzałam wrócić do domu Pana.
 -Czekaj,czekaj! Alicjooo! - krzyknął Sam i podbiegł do mnie.
-Ty! Alwaro! - krzyknął Dean. - Śpieszy nam się!
-Spadaj! - machnął na niego Sam. - Wszystko dobrze?
-Tak... mówiłam, żebyś się nie wtrącał...
-Ale ja się nie wtrącam! - podniósł ręce na znak usprawiedliwienia. - Tylko się zastanawiam, czy może chciałabyś wyskoczyć ze mną...
-Chcesz się dowiedzieć więcej? - spytałam, gdy poczułam, że Pan jest zajęty i nie słyszy mnie teraz.
-Ech... Miało to być że niby nie o to chodzi...
  Przegryzłam wargę.
-Interesuje cię to?
-Bardzo.
-To poczytaj sobie w internecie, nie wiem. Nie mogę o tym rozmawiać, poza tym prosiłam, nie wtrącaj się. Pan coś Ci zrobi, nie chcę tego. Nie chcę nikogo mieszać. Od niego nie ma ucieczki. Do końca życia, może nawet wieczność.
  Odeszłam szybko od niego przed siebie ignorując taksówkę.

Od Kory

Powoli dochodziłam do siebie. To znaczy jeśli można tak to ująć. Powinnam umrzeć. Srebro powinno mnie zabić a jednak dalej oddycham i chodzę po tym świecie. Wszystko mnie jeszcze boli i muszę uważać na ledwo gojące sie rany na brzuchu ale daje radę. Sam i Dean jakimś cudem mnie uratowali. Oczywiście nie musieli tego robić. Oszukałam ich będąc pod postacią psa. Zrozumiałabym gdyby postanowili mnie zabić.. a przynajmniej nie ratować. Jednak tego nie zrobili. Wiedziałam już dlaczego Greg przysłał mnie do nich. Nie byli tacy jak reszta łowców. Byli prawie tacy sami jak Greg. Też nie myśleli szablonowo jak pozostali łowcy. Inaczej bym już leżała w ziemi i wąchała kwiatki od spodu.
Tak jak kazał mi Dean poszłam do tego motelu. Wynajęłam pokój 23. Nie wiem ile tu będę. Teraz kiedy już Winchesterowie dowiedzieli sie kim na prawdę jestem.. nie chcą bym sie do nich zbliżała. Dean mi to wyraźnie powiedział na pożegnanie. Byłam zła na siebie. Zawiodłam też Grega.
Pierwsza noc sama w motelowym pokoju.. na łóżku nie na kanapie i w dodatku w ciele człowieka była dziwna. Połowę nocy nie spałam. Polubiłam ciało psa. Jednak.. jako zmiennokształtna nie mogłam za bardzo przyzwyczajać sie do jednego ciała. taka już była moja natura. byłam zmiennokształtną.

***

Następnego dnia odwiedził mnie Dean. Byłam zaskoczona! No i z drugiej strony zła. Kazał mi unikać ich a sam przyjechał do mnie! Ja cała noc sie zastanawiałam co teraz z sobą począć..
-Chcesz ze mną skończyć?-zapytałam ostro jak tylko usiedliśmy.
-Nie musisz sie o to martwić.-powiedział.
Spojrzałam sie na niego zaskoczona i zaciekawiona.
-W takim razie po co składasz mi wizytę.
-Chciałem sie upewnić czy wszystko gra. Jak rany?
-Nadal często muszę zmieniać opatrunki ale nie jest już tak źle. Co prawda długo sie w nic nie przemienię no ale.. nie mam już po co.
-Po co w ogóle ukrywałaś sie pod postacią.. psa?
-A jak inaczej miałam sie do was zbliżyć?
-A po co chciałaś sie do nas.. zbliżyć?
-Obiecałam to Gregowi. Nie dosłownie.. ale zostawił mi list. Napisał w nim że przy was będę mogła kontynuować to co on pomógł mi zacząć.
-A co takiego pomógł ci zacząć?
-Nie zrozumiesz.-wstałam i podeszłam do okna.
Stałam teraz do niego tłem.
-Kiedy zginęła moja rodzina miałam tylko 5 lat. Byłam tam kiedy łowcy zaatakowali nasz dom. ja też mogłam wtedy zginąć. Ukryłam sie w szafie. Taaa.. w szafie. No ale byłam małym dzieckiem. A lepsza szafa niż schowanie sie pod łóżkiem. -parsknęłam odwracając sie do niego- Wśród łowców którzy wybili moich bliskich był Greg. On także miał krew mojej rodziny na rękach.
-Zabił twoich bliskich.. dlaczego sie na nim nie zemściłaś.. a za to wychowywałaś się u jego boku a teraz chciałaś dotrzymać jakiejś obietnicy którą mu dałaś?
Uśmiechnęłam się.
-Nie zabił mnie. Znalazł mnie wtedy w szafie. Przygarnął mnie. Wychował jak własna córkę. Oczywiście w tajemnicy przed innymi łowcami. Wychował mnie na dobrą istotę. A przynajmniej tak sądził.. no cóż nikt nie jest idealny ale nigdy umyślnie nie chciałam powodować zła. Jak to nastolatka miałam trochę wybryków. Ale wracając do tematu. Zabił moja rodzinę i logicznie myśląc powinnam chcieć sie zemścić na nim ale nie.. on nauczył mnie jak być łowcą. Nauczył mnie tylu rzeczy. Ale najważniejszego nauczyłam się sama. Wybaczyłam mu. Nauczyłam sie wybaczać.
-Nadal nie widzę związku z nami. Ze mną i Sammy'm.
-Greg znał waszego tatę. Często razem polowali. Greg wiedział jak bardzo wasz ojciec was kocha. W sumie.. byli przyjaciółmi. Wasz ojciec pewnego dnia zobaczył mnie. Miałam wtedy niespełna 12 lat. Grega nie było w domu i myślał ze coś mu zrobiłam. Chciał mnie zabić ale Greg wtedy wrócił. Długo tłumaczył mu to wszystko. W zamian za to ze wasz ojciec nie zdradzi naszego sekretu Greg obiecał mu że do końca swoich dni będzie starał sie w miarę swoich możliwości czuwać nad wami.. Potem stwierdził że kiedy go zabraknie ja mogę czuć sie samotna.. i bym nie trafiła na złą drogę mam kontynuować jego obietnicę.
-Nikt nie musi nas niańczyć! Nigdy niańki nie potrzebowaliśmy .Dajemy sobie rady. -oburzył się.
-Myślisz ze mnie ucieszyło to? Też nie chciałam opiekować się dużymi chłopcami których wcale nawet nie znałam.
-To po co to zrobiłaś?
-Wiesz.. lepiej jak już pójdziesz.-powiedziałam.
-Jak ty w ogóle masz na imię? Prawdziwe imię..
-Po co ci to wiedzieć? Sam mi powiedziałeś że lepiej będzie jak sie już nigdy nie spotkamy.
-Mieszkałaś u nas dwa miesiące! Mam prawo wiedzieć jak masz na imię..
-Kora zadowolony?



Już mnie zirytował.
-Nawet nie wiesz jak bardzo.-powiedział z sarkazmem.
-Nie musisz już jechać?
-W zasadzie to robię co chcę. -powiedział z wrednym uśmieszkiem.
-To niech ci sie zachce jechać. -powiedziałam.
-Dobrze ale..
Uśmiechnęłam się i postanowiłam mu przerwać.



-Tak lepiej jak już nigdy sie nie spotkamy.. mówiłeś to już a jednak złożyłeś mi wizytę.
-Wolałem Cie jako psa.
-Słuchaj.. chciałeś mnie ogolić.. wiele razy miałeś ochotę mnie zastrzelić! Nie udawaj że wolałeś mnie jako psa. Teraz przynajmniej masz podstawy by sie mnie pozbyć.
-No.. mogłem cie ogolić... ciekawe jakbyś wyglądała w ludzkiej postaci..-powiedział zaciekawiony..
-Nie dałbyś mnie rady ogolić.. jak tylko wpadłeś na ten pomysł ja wpadłam na pomysł by zjeść ci fotele z dziecinki.
-Wtedy bym Cie ubił.
-Jestem szybsza od ciebie.
-Jesteś psem..
-Nie.. mogę być kim chce.. Pies był jedną z alternatyw do wyboru.
-Naprawdę wolałem Cie jako psa.. przynajmniej tyle nie.. ujadałaś.
-Idź już!
Zaczęłam popychać go w stronę drzwi. Wypchnęłam go za nie. Ten się uśmiechnął tym swoim wrednym uśmiechem. Zirytowana zatrzasnęłam drzwi.
-Debil..-powiedziałam opierając sie plecami o drzwi.
-Suka!-powiedział najwyraźniej słysząc jak go nazwałam.
-I dobrze!-odpowiedziałam.
Irytował mnie! Ehh...
Podeszłam do okna. Zobaczyłam jak wsiada do samochodu i odjeżdża.

***

Siedziałam na łóżku wpatrując się w okno bez celu. Znów zostałam sama. I co teraz mam robić?
Nagle na zawołanie coś uderzyło w okno rozbijając je ma miliony małych kawałków które w pewnej części uderzyły we mnie raniąc mnie.
Upadłam na podłogę za łóżkiem unikając większej liczby ran. Jednak upadek uraził mnie w brzuch.
Przez okno wskoczyli Fill, Paul i Max.
-Cześć Kora. Doszły nas słuchy że przestałaś chować sie w cieniu braci i ze zostałaś sama. To jak? Przyłączysz sie znowu do nas?
Wstałam pomagając sobie łapiąc sie za łóżko i tam zostawiając kolejne ślady krwi.
-Powiedziałam byście dali mi spokój! -byłam wściekła.
-Oj Kocie daj spokój.-powiedział Max podchodząc do mnie.
Zamachnęłam się i przecięłam mu ramię kawałkiem szkła które trzymałam w ręce.
-Oj nie ładnie.-syknął-Daliśmy Ci schronienie kiedy ten twój łowca umarł a ty tak nam dziękujesz?
Poczułam uderzenie w tył kłowy i osunęłam sie na ziemie tracąc przytomność.

***

Ocknęłam sie w jakimś pomieszczeniu. Śmierdziało stęchlizna i wilgocią. Panował półmrok. Było tylko małe okienko które oczywiście było zatracone. nawet ja choć byłam drobnej postury nie mogłabym sie przez nie (po pozbyciu krat) przecisnąć.
Drzwi były ze stali. Ja byłam skuta łańcuchami. A konkretnie miałam na szyi metalową obroże która była przypięta do łańcucha który był przypięty do ściany w rogu a zasięg łańcucha był wystarczająco długi.. taa.. bym mogła wstać. Dodatkowo miałam skute ręce.
-Będziesz tam siedzieć dopóki nie nauczysz sie pokory i szacunku.-usłyszałam przez drzwi.
No to świetnie
..

Od Dean'a



Dopieszczałem swoją lalunie, w ten sposób się relaksowałem,
układałem myśli w całość. Głównym tematem w mojej głowie teraz
był pies, ja i Sam kiedyś wiedzielibyśmy co zrobić w takiej sytuacji,
bezwzględnie wyeliminować to coś, ale z czasem nasza praca stała się
głębsza, bardziej zawiła, więc kwesta jej życia jeszcze nie została
podięta. Castiel zniknął i od czasu upicia się nie widziałem go.
Pewnie leczy anielskiego kaca..
Sprawa z Alice się komplikuje, ktoś stoi nad nią, trzeba jej pomóc,
problem polega na tym ,że nie wiemy gdzie jest.
Nagle zauważyłem koło siebie pare stup. Do auta podeszła w ludzkiej
formie psina. Wyjechałem spod auta, wytarłem ręce o ścierkę.
-Co tam ? - spytałem biorąc się za mycie impali
-Em..  przepraszam.
-Za co ? Za to że ośliniłaś wszystko co było możliwe w domu ?
Speszyła się
-Co teraz ze mną zrobicie ?
Dziewczynę zdołaliśmy uratować, troche wymagało to pracy i spała dwa dni
ale w końcu się obudziła. Nie jest w pełni sił i nie wiem czy w ogóle
kiedyś będzie.
Rzuciłem gąbkę do wiadra z wodą i podałem jej ścierę, szczotkę i wosk do skórki
w aucie.
-Tam są twoje kłaki, powodzenia.
-Co ?!
Spojrzała sie na mnie zdębiała trzymając to co jej dałem.
-Tak się zrekompensujesz.
-I tyle ? Jesteście łowcami !
-I ?
-O czymś nie wiem ? coś się zmieniło ? Powinniście mnie zabić gdy tylko było to możliwe. Tacy są łowcy.
-Jak widzisz nie wszyscy - kontynuowałem mysie
Ona wzięła się za środek auta. Przez chwilę była cisza którą później przerwała.
-Moich rodziców zabili łowcy. - powiedziała skruszona
-Jak rozrabiali to się nie dziwie
-Nie prawda ! to nie oni mordowali tylko wataha wilkołaków !
-Skąd ta pewność ?
-Wszystko pamiętam. I wtedy Greg przygarnął mnie, był inny... jedyny w swoi rodzaju
-Co sie z nim stało ?
-Zabiły go wampiry... ale zostawił mi list dzieki któremu trafiłam do was... podobno wy możecie
mi pomóc - głos jej się trochę wahał
-Wiem ,że zginął to była tragedia dla łowców, każda śmierc łowcy jest tragiczna.
Ale jak mamy ci pomóc ? Wykurujesz się i odejdź tak będzie najlepiej.
Rozmowę przerwał Sammy, był przerażony ale starał się to ukryć.
-Dean
Spojrzeliśmy sobie prosto w oczy... wszystko było jasne.
Poszedłem z nim do domu. Bobby leżał plackiem na kanapie.
-Coś mu jest - powiedział Sammy
-,,Wow. Geniusz ! Leży nieprzytomny z byle powodu i na pewno musi myć zdrowy !" - pomyślałem
Zabraliśmy go do auta i zawieźliśmy prosto do szpitala.
Nie czekaliśmy na nic, po prostu go zostawiliśmy i ruszyliśmy w drogę.
Zmiennokształtna siedziała z tyłu samochodu, cicho. Zastanawiała sie pewnie co dalej z nią będzie.
Tez o tym myślałem.
-Emm... już mi lepiej - powiedziała cicho
O wiele bardziej lubiłem ją jako psa. Teraz byłem rozdarty, nie miałem pewności ,że nie rozrabiała,
powinienem z nią skończyć albo coś, może ją po torturować by wyciągną z niej gdzie jest reszta jej stadka.

Zatrzymałem auto.
-Pół kilometra tą droga w prawo dojdziesz do motelu ,,Saskłacz" - dałem jej trochę pieniędzy- zacznij od nowa, i obyśmy się więcej nie spotkali.
Mówiłem to z goryczą na języku, sam nie wiem dlaczego, przecież nie lubie psów.
Wyszła bez słowa biorąc gotówkę, nie patrzyłem jak odchodzi, tylko wyszła z auta a ja odjechałem.
-Dean ?
Nie odpowiedziałem
-Po co to robisz ?
-Tak bedzie lepiej
-Nie poznaje cię, wcześniej... - przerwałem mu
-Wcześniej nie lubiłem psów.
-Nadal masz te no wiesz zmysły ?
-Nie.
Nastała chwila ciszy.
-Stary jedziesz 20 km/h.
-No i?
-Tutaj to minimalna prędkość.
-Co? Bezpieczeństwo to teraz przestępstwo?
Spojrzałem sie na niego i przyśpieszyłem, chwile później byliśmy już w domu.

Nad ranem od razu pojechaliśmy do baru na śniadanie..




Sammy.

Dean był od wczoraj trochę dziwny, taki cichy a teraz co chwila zerkał okno.
Jakby czekał na kogoś. Po głębszych przemyśleniach uważa ,że dobrze postąpił z Lesie.
Właśnie Lesie ? Na pewno ? W końcu nie powiedziała nam swojego imienia.
Nagle do Dean'a ktoś zadzwonił, gdy odebrał odszedł od stolika i wyszedł na zaplecze,
coś ukrywa, nigdy nie odchodził by porozmawiać. Ten anioł namącił mu w głowie.
Czuje ,że przez niego będziemy mieć wiele problemów.
Nagle Dean przyszedł i usiadł tam gdzie wcześniej. Widać było jego poruszenie, rozpacz

-Dean co się stało ?
-Był pies i psa nie ma... dlaczego ?
-Co ?! - zatkało mnie, zawsze potrafił doskonale kłamać tu wyskoczył z takim tekstem - Dean serio
pytam !
-Serio odpowiadam.
Wstał i szybkim krokiem poszedł do ubikacji, chwile później poszedłem za nim ale go już tam nie było.




Dean.

Razem z Cas'em pojawiliśmy sie w szpitalu.
-Co z Bobbym ? - spytałem lekarza wychodzącego z jego sali.
-Choroba postępuje. Jest nie przytomny ale w każdej chwili moze się obudzić albo.... - odszedł




Sammy

Wyszedłem z łazienki i nagle zauważyłem Alice, ona też zauważyła mnie, szybko wstała
i zaczęła uciekać (nie biegła ale bardzo szybko maszerowała)
-Hej czekaj !
Nic nie odpowiadała a gdy wyszła z budynku zaczęła biec, skręciłą między mieszkania.
Wyprzedziłem jej ruchy i złapałem ją dwie uliczki dalej. Ubjołem ja od tułu i zakryłem usta.
-Ciii ciii porozmawiajmy
Nie miała jak odpowiedzieć ale coś mamrotała.
-Będziesz cicho ?
Przytaknęła. Oderwałem dłoń od jej ust.
-Nie mogę !
Obróciłem ją przodem do mnie ale nadal ją trzymałem teraz za ramiona.
-Czego nie możesz ?
-On mnie wykończy, nie mogę o niczym mówić.
-Jestem z tobą, nic ci... -przerwałem - jestem by ci pomóc
-Jak chcesz to zrobić ?! Nie ma jak ! On nas słyszy i widzi w karzdym momęcie
-Jaki on ?
-Nie wiem czym jest...
-Chodz, zawiozę cię w jakieś bezpieczne miejsce.




Dean.

Bobby się ocknął, nagłe zemdlenie nie miało związku z chorobą, coś było u nas w domu i Bobby wiedział co,
ale zapomniał, albo nie chciał powiedzieć. Wiem tyle ,że to go wykończyło, nie może wstać, jest podłączony
do kroplówki i ma piżamę z wcięciem na tyłku. Jak tylko o tym pomyśle fuu....
-Bobby Cas może ci pomóc
-Ten pijak?! Nie ufam niczemu a na pewno nie... - przerwał mu
-Jestem aniołem, ludzie to nasza najważniejsza misja...
-Jak tylko coś zdupczysz to - pogroził aniołowi palcem
Cas już zaczął przykładać się do uzdrowienia Bobbi'ego gdy nagle pojawił się Sammy.
Wleciał do sali, odepchnął Casa.
Ja z aniołem wyszliśmy zaa drzwi. Może Sammy potrzebuje sam pogadać z Bobbym.
Nagle zauważyłem jak Bobby opada bezwładny. Pięknie znowu zemdlał. Sammy wkurzony odwrócił się i szybkim  krokiem zaszarżował na Casa. Zacząłe krzyczeć, to było przerażające !

Oboje się na mnie spojrzeli z głupimi wyrazami na twarzach.
-Em.. Dean ?
-To było straszne !
Cas zażenowany spuścił ze mnie wzrok i spojrzał się na Sama
-Chcę uleczyć Bobbiego
-Jaki masz w tym interes ?
-On jest wam potrzebny a wy mi.

Cas przyłożył dłoń do czoła Bobbi'ego a ten ni z gruszki ni z pietruszki wyzdrowiał.
Nadal był osłabiony ale mógł już z nami wracać.
Byliśmy już w drodze gdy Sammy zaczął.
-W jednym z naszych bunkrów schowałem Alice
-Co !?
-Tam jej nie słyszy jej Pan
-Kto ?
-Nie wiem, ale musimy jej pomóc...

...

Sammy pojechał do Alice. Bobby siedział w swoim fotelu i czytał ze łzami w oczach ( wszystko pamiętał, mógł się uczyć i nie zapominać, to musiało być dla niego coś wielkiego)
A ja usiadłem przy stoliku, nalałem sobie wishki i wypiłem kieliszek, wstałem i pojechałem impalą
do ,,Saskłacza". Pokój 23, moja psina tam była. Chciałem sie tylko upewnić ,że wszystko gra.
-Chcesz ze mna skończyć ? - spytała ostrym tonem, już nie jest taka łagodna, złapała nerwa.
-Nie musisz się o to martwić.

Od Kory

Dojechaliśmy na miejsce. Miałam złe przeczucia. Intuicja podpowiadała mi ze coś sie stanie i byśmy lepiej nie mieszali sie w to. Chłopaki weszli do baru a ja oczywiście musiałam zostać przed. Podeszłam do okna i spojrzałam na wnętrze baru. Przyjrzałam sie każdej osobie tam. I zobaczyłam ich. Demony.
Jako ze byłam zmiennokształtną czyli istotą nadnaturalną wyczuwałam inne rasy istot oraz widziałam ich prawdziwe oblicza.
Pięciu ubranych w czarne skórzane kurtki ludzi opętanych siedziała pryz jednym ze stolików.
Sam i Dean spojrzeli sie w ich strony ale oni nie mogli wyczuć że to demony. Podeszli do baru i gadali z barmanem. Byli ubrani w garnitury.. podawali się za gości z FBI. Przez okno nie słyszałam o czym mówili ale z pewnością mówili o tym że przyjechali tu w sprawie ostatnich morderstw i zaginięć ludzi.
Po chwili wyszli a ja od razu starałam im sie przekazać co jest grane. Tylko jak jak byłam w ciele psa? Nie mogłam sie ujawnić! Zaczęłam więc szczekać.
-Co jest? Lesje? -zapytał Sam.
Warczałam w stronę drzwi od baru.
-Coś wyczułaś?-zapytał Dean i ukucnął przy mnie.
Spojrzałam w stronę demonów a oni patrzyli sie na mnie. oni tak samo nie widzieli we mnie tylko psa. Wstali i wyszli tylnym wyjściem. Najeżyłam sie i warczałam. Zaszczekałam na Sama i Deana po czym zerwałam sie i pobiegłam w stronę tylnego wyjścia. Po chwili usłyszałam jak Sam i Dean biegną za mną. To dobrze. Mozę powinnam dbać by nie narażali się ale oni byli łowcami, to ich praca a ja byłam wychowywana przez łowce. To było ryzyko zawodowe. Nie mogłam pilnować by tylko siedzieli w domu i nic nie działali. Mogłam im za to pomagać.
Wybiegłam za tył baru i zobaczyłam jak demony odjeżdżają na motorach. Nie dogonię ich. Zatrzymałam sie i szczekałam.
Chłopaki dobiegli do mnie i spojrzeli sie w stronę odjeżdżających motorów.
-Co jest Lesje?-zapytał Sam.
-Kim oni są?
Spojrzałam na nich. I jak im to przekazać?
Usiadłam i zastanowiłam się. jak pies może przekazać że tamci to demony?
-Wampiry?
Zawarczałam.
-Wilkołaki?
To samo.
-Demony?
Zaszczekałam merdając ogonem.
-Mądra psina.-poklepał mnie po głowie Sam.
-A ja nadal uważam że to nie zwykł pies.-powiedział Dean.
Poszliśmy do samochodu. Usiadłam na tylnym siedzeniu i zaczęłam sie wiercić.
-Spokojnie Lesje.-powiedział Sam.
-Nie podrzyj siedzeń!-powiedział ostrzegawczo Dean.
Zawarczałam.
-Chyba o tym wie.-powiedział Sam z uśmiechem.
-Ubił bym ja gdyby to zrobiła.
~Jakbym tego nie wiedziała-burknęłam w myślach.
Dean spojrzał się na mnie w lusterku.
Zrobiłam zaciekawioną minę. Zrozumiał mnie? Nie no to nie możliwe..
Ruszyliśmy.
-Mamy kolejny trop. Stary dom w lesie. Barman mówił ze w jego okolicach znaleziono dwa ciała.
Tam też pojechaliśmy.

***




Robiło sie już ciemno. Chłopaki założyli już swoje codzienne ubrania. Zatrzymaliśmy siew okolicach domu. Tak by demony nie usłyszały samochodu. Wysiedliśmy. Chłopaki wzięli broń.
-Może lepiej by została w samochodzie?-powiedział Dean co mnie i Sama zaskoczyło.
Zawarczałam i ruszyłam w stronę domu.
-Chyba twój pomysł sie jej nie spodobał. Nie zostanie.. A jak ja siła zamkniemy twoja dziecinka ucierpi.-powiedział Sam.
Szli za mną.
Przed domem moja intuicja szalała. Z jednej strony miałam ochotę zabrać jakimś cudem stąd chłopaków i nigdy nie wracać a z drugiej strony.. miałam ochotę pozabijać kilka demonów. Druga strona wygrała.
Weszliśmy do domu. Nikogo nie było. Jednak to była złudna myśl. Czułam wszędzie zapach demonów.
Chłopaki ze mną sprawdzili parter. Na pietrze też czysto. Poszliśmy do piwnicy. Jak na niewielki domek piwnica była duża z wieloma pomieszczeniami. W kotłowni znaleźliśmy troje związanych i nieprzytomnych ludzi.
Sam oblał ich wodą święcona. Byli zwykłymi ludźmi.
Usłyszałam a raczej wyczułam ruch za nami. W tej samej chwili troje demonów nas zaatakowało. Sam zabił jednego i Dean tak samo. Trzeci chciał uciec ale rzuciłam się na niego. Uczepiłam się jego szyi. Zrzucił mnie i uderzyłam o ścianę. Zrobiło mi sie ciemno przed oczami. Jak wstawałam zobaczyłam że Dean już zabił tego demona.
Trzech z głowy a gdzie pozostała dwójka?
Wtedy z ciemności wyłonił sie jeden i zaatakował Sama jednak ten szybko zadziałał i przebił go sztyletem. Demon zginał w cele swojej ofiary która z pewnością i tak już nie żyła.
-Dean!-krzyknął Sam.
Spojrzałam w kat. Zobaczyłam ruch. Dean sie odwracał kiedy demon go zaatakował i odepchnął na drewniany stół. Sam już do nich biegł.
Dean sie podnosiła demon już był przy nim. Sam także i już miał sie zamachać by zabić demona kiedy ten go odrzucił na ścianę. Wiedziałam ze ten demon jest silniejszy niż te które zostały zabite. Musiałam działać. Rzuciłam się na niego kiedy stał plecami do mnie. Zrzucił mnie jednak ja nie czekając znowu na niego skoczyłam. I to był błąd. Nie zobaczyłam że wyrwał Samowi jego srebrny sztylet. Poczułam ból w brzuchu. Upadłabym ale mnie przytrzymał za sierść. Wbił nóż ze trzy razy. Same rany by aż tak bardzo nie bolały.. ale to był srebrny sztylet. Srebro działa na takich jak ja jak kwas.
Demon już miał sie zamachnąć by uciąć mi głowę kiedy nagle zawył. Upadł wypuszczając mnie ze swojego chwytu a za nim zobaczyłam Deana z furią w oczach.
Wszystko mnie niemiłosiernie bolało i czułam jak rany po srebrze nie chcą sie goić. Mogłam sobie tylko wyobrazić kałużę swojej krwi.
-Lesje!-usłyszałam (albo to była moja wyobraźnia) krzyk Sama.
Czułam jak tracę siły a w związku z tym nie mogłam być już w postaci psa i po prostu zmieniłam sie w swoją ludzka postać.
Zobaczyłam tylko zaskoczenie w przerażonych twarzach chłopaków. Potem już tylko ciemność...

***

Czy tacy jak ja po śmierci także trafiają do czyśćca? Czy może swoimi dobrymi uczynkami i wielorazowym poświeceniem zasłużyłam sobie na miejsce w niebie? Jestem ciekawa.. 
Jednak nie widziałam żadnego światła.. nic tylko ciemność.. 

Po czasie przez tę ciemność zaczęły przemykać sie obrazy.
Ktoś mnie niósł..
Wnętrze samochodu..
Czyjeś przerażone twarze..
Jakieś głośne rozmowy..
...i ten metaliczny zapach krwi...

Od Kory

Ta Alice mnie intrygowała. Byłam świadkiem tego wszystkiego. Jaki Pan? Kiedy zobaczyłam ją w pokoju Sama jedyne co sprawiło ze poszłam sie z nią przywitać było sprawdzenie tej dziwnej poświat która ja otacza. Jako że nie jestem człowiekiem a istotą nad naturalną widzę rzeczy których nie widzą ludzie, np. aury które otaczają inne istoty. Alice otacza taka blado żółta poświata jednak przenika przez nią podejrzana czarno czerwona aura. To mogło świadczyć tylko o jednym.. jej dusza należała do kogoś.. i ten ktoś nie był dobry. Dlaczego to wiem? Aura jest odzwierciedleniem duszy jak i emocji. Dzięki niej łatwo zorientować się w jakim kto jest nastroju oraz stan jego duszy. Ludzie którzy zaprzedali swoje dusze demonom z rozdroży w zamian za coś i ich życie potrwa 10 lat (z reguły takie są zasady) im bliżej jest odebrania duszy tym ich aura jest bardziej przezroczysta a zajmuje ją coś w stylu czarnej mgły. Mimo umiejętności widzenia aury nie wykorzystuje tego by komuś pomagać. No przynajmniej nie od śmierci Grega bo kiedy żył.. pomagałam mu rozwiązywać sprawy. Wychowywał mnie na łowce. Zmiennokształtny łowca? To coś nowego.

***

Alice wybiegła z domu a Sam za nią. Jednak po chwili wrócił.
-Nie wiem co tu jest grane ale wcale mi sie to nie podoba. Jaki cholerny Pan?-powiedział Sam.
Przekrzywiłam głowę. Wszystko by to wyjaśniało. Czyżby zaprzedała duszę komuś albo była winna coś? Nie podobało mi sie to. Bo jeśli "ktoś ją okłamał" w sprawie że Sam jest jej bratem.. Może ten koś wcale nie kłamał a ona musiała sie zakręcić przy Samie i Deanie? Jeśli ten ktoś chce pozbyć sie braci? Nie mogłam przecież dopuścić do tego. Mogłabym wyciągnąć informacje od Alice ale to by mogło grozić wyjawieniem tego kim jestem. A teraz nie mogłam do tego dopuścić.
Zaszczekałam.
-Głodna?-zapytał Dean.
Warknęłam co miało znaczyć "nie".
-To co?
-Weź ja może na spacer?-powiedział Sam.
-Nie chce mi się.-powiedział i poszedł do salonu po czym rozwalił sie na kanapie.
Ja wskoczyłam na fotel, położyłam sie i patrzyłam sie chamsko na niego.



Rzucił we mnie poduszką i usiadł. Włączył laptop i zaczął przeglądać wiadomości.
-Sam mam chyba sprawę dla nas.
Obgadali wszystko. Mi śmierdziało demonami. Mieli już sie zbierać a ja miałam zostać z Bobym.. Żadne mi takie! Jadę z nimi!
Zbierali sie już. Ja wymyśliłam jak mogę wygrać wycieczkę z nimi.
Zabrałam Deana nóż. To był jego ulubiony. Zaczęłam się nim bawić uważając by nie dotknąć ostrza i tym bardziej się nie zranić. Ten nóż bym na moje nieszczęście srebrny! Srebro na zmiennokształtnych działa tak samo jak na wilkołaki. Może nas nawet zabić.
-Oddaj!-powiedział Dean a ja nie zamierzałam wykonać jego polecenia.



-Nie pojedziesz z nami.-powiedział.
Zaszczekałam wzięłam nóż w pysk uważając na srebrną ostrą części uciekałam.
-Dobra możesz jechać tylko oddaj!-powiedział.
Zadowolona położyłam nóż na podłodze i pobiegłam do samochodu. Sam akurat otwierał drzwi więc wskoczyłam przez nie na tył.
-Dean Ci pozwolił?-zapytał a ja zaszczekałam merdając ogonem.

piątek, 26 lutego 2016

Od Alice

  Dostałam zaproszenie od Sama do jego domu. Początkowo wahałam się czy powinnam... oczywiście, jestem jego siostrą, ale nie wiem, czy tak szybka wizyta w domu jego, jak i jego kumpli to rzeczywiście dobry pomysł.
  Zapukałam. Otworzył drzwi, stał bez koszulki ukazując swój umięśniony brzuch, parki, ramiona - wszystko na co przeciętna dziewczyna zwróciłaby uwagę u takiego faceta. Ale ja jestem jego siostrą - nie powinnam czuć czegoś takiego na widok takiego ciała swojego brata.
  Gdy weszłam do przedpokoju przypomniały mi się słowa Dana, które wypowiedział zaraz przed wyjściem. Oczywiście nakazał mi tu przyjść, nie mogę chronić Sama przed Danem. Wiem, że on jest łowcą a mój Pan... panem śmierci. Nie mogłabym poważać jego postanowień, jego zdania, rozkazów. Byłam mu całkowicie oddana. Przez dług, jaki u niego miałam. Nie mogłam się od niego uwolnić, chyba, że sam mnie uwolni.
  Weszłam do jego pokoju. Duże łóżko, dosyć przestronny pokój, nie było tam zbyt wielkiego syfu, pachniało męskimi perfumami, które od razu przypadły mi do gustu. Zasłonięte rolety wprawiające mnie w poczucie bycia w piwnicy, albo pokoju ciemności. Gdy odsłonił rolety pokój zmienił się jakby, wyglądał lepiej, wszystko byłam w stanie dojrzeć. Oparłam się o framugę drzwi, wpatrując się w Sama, jak ubiera szary podkoszulek. Odwrócił się w moją stronę z lekkim uśmiechem.
-I jak Ci się podoba mój pokój? - spytał. - Pewnie zupełnie nie w twoim guście...
-Teoretycznie nie, ale wiesz co...? Masz fantastycznie wielkie łóżko.
-Chciałabyś się w nim położyć ze mną? - zażartował a ja się uśmiechnęłam.
-Jesteś moim bratem, a tak nie można.
-Wiesz, właściwie, to... - zaczął ,ale nie zdążył dokończyć.
  Do pokoju wleciał husky, szczekał i chodził dookoła mnie węsząc moje czarne rurki od góry do dołu.
-Hej śliczności...! - zaśmiałam się i zaczęłam głaskać psiaka. - Nie wspominałeś o psie...
-Nie było zbytnio okazji. Widać, że Cię polubiła. Nie sposób nie lubić tak cudownej dziewczyny. - wypalił, a i mnie i jemu zrobiło się głupio.
  Czy on ze mną flirtuje?
-Chcesz się czegoś napić?
-Nie przepadam za alkoholem. - zaznaczyłam. - Ale przepadam za kawą i winem.
-Wino to teoretycznie alkohol.
-Wiem, ale wino to alkohol dla niezależnych kobiet.
-Wino zawsze kobiety piją przed seksem, sugerujesz mi coś? - poprowadził mnie do kuchni.
-A Ty chyba flirtujesz z własną siostrą. - zaśmiałam się.
  Po chwili zrobił kawę i podał mi kubek. Zdjęłam skórzaną kurtkę i czekałam, aż rozmowa nabierze tempa. Sam był wpatrzony w szklankę whisky, popijając ją co chwilę.
-Musimy poważnie porozmawiać. - zaczął Sam spokojnym, już mało rozbawionym tonem. -Nie masz się czego bać. Nie gryzę pięknych dziewczyn.
  Uśmiechnęłam się i spojrzałam na niego.
  Do kuchni wkroczył Dean, niespodziewanie pojawił się w przejściu do kuchni a ja przeraziłam się na początku. Po chwili wzięłam głęboki wdech i wydech na znak ulgi, że to nie żaden duch ani nic z tych rzeczy.
-Hej Dean. - przywitałam go, a on podejrzanie kiwnął głową z dziwnym spojrzeniem.
-Nie wydaje mi się, żebyś była siostrą Sama. Bo ja jestem jego bratem. A to oznacza, że musiałabyś być też i moją siostrą, prawda, Alicjo?
  Zaskoczona wpatrywałam się tępo w Deana a potem Sama.
-Co Ty kombinujesz, co? - spytał Sam.
-Ja... - jąkałam się.
  Nie mogłam wydać Pana. Wtedy będzie na mnie bardzo zły. Skrzywdzi mnie. I ludzi, którzy na to nie zasłużyli.
-Gadaj, do cholery! - krzyknął Sam wściekły.
-Ja nie... ja... ktoś mnie okłamał... widocznie się myliłam... nie jesteś moim... bratem...
-Co Ty pierdolisz?! - zaśmiał się kpiąco Dean.
-Po prostu chcemy wiedzieć w jakim, kurwa, celu się wpieprzasz w nasze życie. - odparował Sam.
-Ktoś mnie widocznie okłamał... przepraszam... muszę... ehm... iść. - powiedziałam ze łzami w oczach.
  Pan będzie niezadowolony. A nie wypełniając jego próśb kończy się to dla mnie źle - robi wiele krzywd mnie i zabija jedną osobę, która jest najszczęśliwszą na świecie. Odchodzi następna, rodzi się druga. Często to dzieci zabija, a ja mam świadomość tego, że to przeze mnie się dzieje.
  Wybiegłam z domu a za mną wyszedł Sam.
-O co Ci chodzi do cholery? - spytał.
-Gdybym wam powiedziała nie uwierzylibyście mi. A po drugie... gdybyście wiedzieli nie chcielibyście mnie znać. A po trzecie... muszę wykonywać zadania Pana.
-Pana...? Chwila, jakiego Pana?
-Przepraszam... - zaczęłam płakać i nagle znalazłam się w biurze Pana.
  Zdenerwował się. Krzyknął na mnie bardzo głośno, wtedy zapłonęły mu włosy i dłonie. Zgasły w dwie sekundy, a potem kazał usiąść. Wykonałam polecenie.
-Ja się tu męczę żeby wykończyć tych dwóch, a Ty mówisz Samowi, że MUSISZ SIĘ SŁUCHAĆ PANA?! - znów zapłonął.
  Spuściłam głowę.
-Jesteś MOJĄ służącą, masz sie mnie słuchać! MÓWIŁEM JAKIE SĄ KURWA ZASADY! Twoja matka spieprzyła, dlatego zdechła, jak jej kazałem. A Ty, jeśli nie wykonasz poleceń to trafisz tam gdzie ona i na takich samych zasadach, JASNE!? I ten Twój cały Sam gówno ci pomoże, ten Dean z resztą tak samo.
  Wróciłam do swojego domku letniskowego. Przykryłam się kołdrą i zaczęłam cicho, żałośnie płakać.

wtorek, 23 lutego 2016

Od Kory

Wszyscy wreszcie poszli spać a ja siedziałam na dywanie na przeciwko kanapy. Pijany święty na mojej kanapie? Co to ma znaczyć? Gdzie ja mam spać?
Warknęłam i podeszłam do anioła. Stałam tak na przeciwko jego twarzy i patrzyłam sie na niego zastanawiając się co dalej zrobić..

Położyłam sie na przeciwko na dywanie i wpatrywałam sie dalej w niego. Zaczęło robić sie ciekawie. Cass zaczął coś mamrotać przez sen. Próbowałam zrozumieć co.





Niestety było to w jakimś dziwnym i chyba bardzo starym języku. Zrozumiałam tylko jedno słowo a konkretnie imię.. "Lucyfer"..
Zerwałam sie na nogi. Czyżby... chłopaki mieli sie wmieszać w coś z Lucyferem?! Może to dlatego Dean zniknął na prawie tydzień?!?
Jak miałam dać rade dbać o to by byli żywi skoro możliwe iż wpakują sie w coś z Lucyferem?
Usiadłam. A co jeśli ten Anioł tylko tak powiedział? W końcu nie zrozumiałam nic więcej z tego co mówił.

***

Nastał dzień. Cała noc przespałam na kanapie. Rano postanowiłam nie odstąpić Dean nawet na krok. A co jeśli znowu zniknie?
Chodziłam z nim wszędzie tylko nie do łazienki oczywiście.
-Co jest? hmm?-zapytał w końcu kiedy po raz dziesiąty poszłam z nim do kuchni.
Usiadłam i przekrzywiłam głowę udając że nie wiem o co chodzi.
Przewrócił oczami. Zaczął iść na piętro a ja oczywiście miałam zamiar iść za nim. Zatrzymał mnie tuz przed schodami.
-Siad!
Usiadłam niechętnie.
 -Zostań!
O nie tego nie zrobię! Jednak postanowiłam sie z nim podrażnić.





Zostałam a kiedy tylko zniknął mi na piętrze poszłam jego tropem. Jak sie okazało schował się! I to pod łóżkiem! Radosna zaczęłam go gonić. Ten wturlał sie z łóżka i zaczął biec a konkretnie uciekać.
Ganialiśmy sie jak małe dzieci. Dean wybiegł z domu a ja za nim jednak nie pobiegłam daleko bo wpadłam na Sama.
-Dean! Lesje! Co wy u diabła robicie?-zapytał zły podnosząc zakupy które wypadły mu w czasie zderzenia ze mną.
-Chciałem ja trochę.. zabawić. Cały dzień łazi za mną i pomyślałem że jej się nudzi a ciebie nie było. -powiedział Dean podchodząc do nas.
-To było ją wziąć na spacer a nie bawić siew berka po całym domu!-zaśmiał sie Sam.
Weszliśmy do domu. Nie wiem co mi odbiło ale było fajnie..

***

Minęło parę dni. Nie powiem że sie nudziłam bo było nawet ciekawie!
Rano postanowiłam obudzić Deana. Sama budziłam wczoraj a Boby'ego przed wczoraj.. wiec teraz była kolej mojego.. ulubieńca w sprawach budzenia.
Wskoczyłam mu na łóżko szczekając jednak sienie ruszył. Czyżby sie uodpornił? Nie ze mną takie numery. Zaczęłam go "maltretować".





Drapanie w kołdrę i skakanie podziałały.
-Lesje! Dość! Proszę! Jest dopiero wpół do 6 rano!!!!
Nie na mojej warcie. To jest odpowiednia godzina by wstawać i ja ich nauczę tego.
Po pięciu minutach jak przez cały czas szczekałam i wyłam biegając mu po łóżku wreszcie wstał.
Poszedł do salonu a ja zadowolona z ziębie podreptałam za nim. Tam już Sam z Bobym siedzieli i pili.. po zapachu było łatwo poznać ze kawę.
-Wreszcie wstałeś.. myślałem że nigdy sienie uciszy..-powiedział Boby.
-Poranny piesek z niej.-powiedział Samy popijając kawę.
Dean spojrzał na mnie zły.
-Mamy na dziś w ogóle jakaś sprawę?
-Zobaczmy.
Zaczęli przeglądać gazety i sprawdzać wiadomości w internecie a ja leżałam na podłodze i zaczynałam się nudzić.





Długo już byłam bez przerwy w psim ciele. Na szczęście nie pierwszy raz przez dłuższy czas byłam w innej postaci. Dlatego wiedziałam też że nawet jak dłużej pobędę w psim ciele nie wpłynie to na mnie w jakiś sposób. Choć ta zabawa z Deanem w berka.. To było nie codzienne i nietypowe. Lubiłam go na swój sposób. Może dlatego byłam z reguły najbardziej wredna dla niego.
Jednak Boby'ego i Sama nie omijają moje wybryki. Lubiłam sie z nimi droczyć.

Od Dean'a

Sammy.


Dean'a nie ma już tydzień, nie mogę się do niego dodzwonić, non stop nagrywam mu się na poczte.
,,Hej, to kolejny mój jeszcze inny numer, wiesz co zrobić"
Nigdy taka sytuacja nie miała miejsca. Mart wie się o niego.

Razem z Bobbym siedziałem w starym spróchniałym domu, nie lubie naszych baz nazywać domami więc
to są tylko bazy, ewentualnie dom jako budynek nic więcej.
-Dlaczego grasz w gierkę Alice ? - spytał Bobby
-On jest pewna swojej wersji, a jeśli tak jest naprawdę ? A może ktoś mieszał w jej głowie ?
Nie ważne. Czuje że muszę przy niej być, i pomóc w jakiś sposób.
-Jak ? Lepiej jej będzie bez ciebie, niech prowadzi takie życie o którym ty mażysz. Dom ? rodzina ?
Ty juz tego nie będziesz miał ale ona ma szanse, możesz jedynie w tym jej pomóc.
-Nie przeszkadza mi tak bardzo fakt ,że wieży ,że jestem jej bratem. Pomoge jej ogarnąć
życie i pokieruje ją na założenie rodziny, czuje że to będzie najlepsze co mogę zrobić.
...Bobby ja miałem wtedy 6 miesięcy, nie pamiętam nic z pożaru, może była siostra, może Dean który miał wtedy prawie 5 lat zdoał uratować tylko mnie a o niej zapomnieliśmy, Bobby...
-Głupek ! Nie było siostry ! A na-pewno nie mieszkała z wami w kansas, byłeś ty i Dean do tego John i Mary.
Mary zabił demon, wybuch pożar a ciebie uratował Dean, nieźle jak na tak młodego skurczybyka.
-Po tamtym wydarzeniu wyjechaliśmy z kasnas. Do ostatnich chwil życia Johna ( nie lubię nazywać do tatą, nie mam z nim najlepszych wspomnień) szukaliśmy tego demona, żeby pomścić Mary. Znaczy on szukał, ja zostawałem pod opieką Dean'a.
-Nie oczekuje ,że go zrozumiesz czy polubisz, ale starał się, robił co w swojej mocy żeby wychować was na doskonałych łowców...
-Ale ja nie chciałem być łowcą !
Bobby spuścił wzrok na szklankę z wishey i po chwili walnął nią o blat, był już trochę pijany i zaczął mówić co mu przyszło na język.
-To jest jak ze chrztem! Kurewstwa nie chcesz ale masz ! Sammy (tak mogą na mnie mówić tylko najbliżsi) też nie chciałem aby was uczył tego zawodu ! Gdy on kazał mi was brać na naukę przeładowywania broni ja brałem was
na boisko żebyście bawili się jak inne dzieci ! Gówno mnie obchodziło ,że później zgniewany robił mi wyrzuty i patrzył na mnie tym pogardliwym wzrokiem! Nawet raz się o to biliśmy, on był twardym nauczycielem.. - przerwałem mu
-A ty byłeś ojcem...
-...Ktoś nim musi być. - złagodniał -  Wiesz, że chciał cię uchronić przed byciem łowcą, Dean'a już nie mógł ale ciebie do 8 roku życia trzymał w niewiedzy.
Tępo spojrzałem się zza okno
-Do 8 roku wierzyłem ,że matka zginęła w wypadku samochodowym, a ojciec zajmuje się handlem obwoźnym. Do momentu gdy znalazłem dziennik ojca... - wziąłem łyka
-Poniekąd to twoja ciekawość zaciągnęła cie do tego zawodu
-Byłem głupi - zostawiłem szklankę na stole i położyłem się na sofie. - dzięki za miłe wspomnienia z dzieciństwa,
lubiłem grać z tobą w piłkę, dla mnie jesteś bardziej z rodziny niż ojciec, chociaż nie mamy wspólnych genów.
-Rodzina to nie tylko więzy krwi
Zasnąłem...






Dean.

...
-Bóg ma dla ciebie zadanie, dlatego zostałeś wskrzeszony.
-A te duchy ?
-są światkami, wezwała ich Lilith.
-Po co chce uwolnić lucyfera ? Nie lepiej jej gdy sama sprawuje władzę ?
-On jest nierozerwalnie połączona z Lucyferem, on siedzi jej w głowie gdy tylko chce tak jest też w przypadku każdego innego demona. Oni potrzebują przywódcy a ona chce im go dać. Ma po swojej stronie już wielu zwolenników.
-Nie każdy chce powrotu Lucka ?
-Lucka ? - spojrzał na mnie i przekręcił głową w prawo jak pies próbujący zrozumieć co powiedziałeś
-Lucyfera.
-Aaa... A kim jest Lucek ?
-Nie ważne ! Chodziło mi o Lucyfera. Lucyfer-Lucek to to samo. - wytłumaczyłem mu podirytowany jego tępotą.
-Zniszczy każde piekielne stworzenie które sie od niego odwróciło.
-Mnie pasuje
-Zapanuje chaos
-To juz mniej fajnie.
Cas skomentował to tylko swoim wyrazem twarzy

-Dobra to narazie koniec. Pstryknij mnie do domu.
-Pstryknij ?
-Przenieś
-Aaaa






Bobby.


-Sammy zasnął, Deana nadal nie było a pies zniknął mi z oczu.
Jestem pijany czy nie ? Sammy pewnie uważa że jestem...
Zaprałem się dłońmi o boki krzesła aby wstać i udało się
-A to jednak ze mną jeszcze tak źle
Poszedłem w stronę łazienki ale coś przykuło moja uwagę. Gdy przechodziłem przez uchylone drzwi
do pokoju Deana zauważyłem kobietę.

Wróciłem się aby spojrzeć jeszcze raz i teraz leżał tam pies.


Otworzyłem drzwi na ościerz.
-Widziałem ! - chwiejnałem sie i omal nie upadłem ale złapałem sie klamki, spojrzałem na roześmianą minę psa
-Wygrałaś... dziś mogę widzieć wszystko.
Poszedłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic, dzięki któremu nieco otrzeźwiałem i wróciłem do salonu.  Młody spał na kanapie ,,to dziś nie pooglądam TV, niech się wyśpi" usiadłem na wielkim, miękim i podartym fotelu stojącym obok i zacząłem czytać zapiski. Nagle poczułem lekki podmuch waitru po którym nastąpił potęrzniejszy, lapka obok mnie zgasła a telewizor się włączył. Sam się obudził, przetarł oczy i nagle pojawił sie Dean z aniołem.
Dean był cały poszarpany i ciężko dyszał, Castiel stał obok całkiem zdrów. Podszedł do Deana, wyciągnął z jego brzucha nóż i uleczył go.
-Dzięki stary. - walnął anioła w bark a ten na niego spojrzał się urażony.
-Dean - powiedział tylko nieco głośniej niż zwykle Sammy i to z entuzjazmem - Dean ! - powiedział jeszcze raz dużo głośniej i tym razem wkurzony. Zerwał się z łóżka i podskoczył do Dean'a - Gdzie ty byłeś tyle czasu ? Co sie stało ? Kto to zrobił ! - mówił cały czas wkurwiony na Deana, az ten się zirytował.
-Suka!
-Idiota!
-Debil !
-Dekiel !
-Gadaj !
-Chuj !
-Palant !
-Dajcie spokój. Kłócicie się jak stare małżeństwo. - przerwałem im jakże wnikliwą konferencje
-Małżeństwa mogą przynajmniej wziąć rozwód. Ale ja i on? Jesteśmy jak… bliźniaki syjamskie - mówiąc to wskazywał na Sama palcem.
-To są zrośnięte bliźniaki. - powiedział Sammy
- Widzisz, o co mi chodzi? - ciągnął Dean
Stanąłem między nimi i miałem już coś powiedzieć jakże inteligentnego, jakieś kazanie ale...
-Sam czy ty nadal rośniesz? Wyglądasz na wyższego od ostatniej Wielkanocy.
-Nie sądzę.... (Sammy zawsze był bardzo wysoki)





Dean.


-Zostałem wskrzeszony bo mam pomóc opierzonemu przyjacielowi - zacząłem tłumaczyć
-Dlaczego ty a nie na przykład ja ?
-Bo jestem fajniejszy - wziąłem stojące na blacie obok piwo - Cas, chcesz ? - uniosłem butelkę
-A co to ?
-Piwo.
Podałem mu już otworzone, sobie wziąłem drugie i trzecie podałem Samowi.
-A ja ? - spytał Bobby
Dałem mu mu moje i wziąłem sobie kolejne. Usiedliśmy przy stoliku.
-Jak masz mu pomóc ?
-Musimy załatwić taką ździrę
-Po co ?
-Chce wypuścić Lucka
-Lucyfera ?!
-Taa. Nie jest bardzo groźny
-Nie jest groźny ?! Król piekieł ?!
-To tylko rozpieszczony dzieciak który pogniewał sie na brata i ojca.
Castiel wydawał się nas nie słuchać, powoli delektował sie piwem.
-Kiedy zaczynamy ? - spytał Bobby
-My ?
-Nie masz innego wyjścia.
-Dobre - stwierdził Cas przyglądając sie pustej butelce - gdzie znajdę tego więcej ?
Wszyscy automatycznie spojrzeli się na puste skrzynki po piwach.
-Skończyło się - powiedziałem

Chwilę potem byliśmy już przed sklepem. Niestety był zamknięty.
-Cholera! - krzyknął Bobby
Castiel podszedł do drzwi i je normalnie otworzył.
Nikt się nie spytał głośno ,,jak ?" ale każdy o tym pomyślał.
Jakby nigdy nic weszliśmy do sklepu i zaczęliśmy pakować piwa. Skrzynki zanieśliśmy do auta i wróciliśmy. (z nami jechał też pies a za piwa zapłaciliśmy)
Byliśmy już w domu. Nie rozmawialiśmy więcej o sprawie. Każdy się wykąpał i gdy miałem zamiar iść spać spostrzegłem w koncie Casa... pił.

-Emmm... Ile to już ? - spytałem podnosząc pustą butelkę.
Cas kończąc kolejkę, położył kieliszek i odparł.
- Wziąłem 30 butelek i jeszcze się wracałem
-Co !? - spojrzałem na butelki pod stołem, faktycznie było ich sporo
Castiel zaczął sie kiwać i próbował wstać ale nie udało mu się.
-Cas jesteś pijany ?
-Emm.. Nie !.... tak.
Razem z Samem położyliśmy go na sofie. Dziś pies śpi na podłodze.



poniedziałek, 22 lutego 2016

Od Alice

  Dan siedział w fotelu przeglądając książki adresowe kilka razy z rzędu szukając czegoś. Wpatrywałam się w niego, czekając aż powie cokolwiek. Jednak milczał.
-Po co to robisz? I po co mnie ciągasz za sobą? - spytałam nachylając się nad nim opierając rękami o jego silne ramiona.
-Zasady są proste, Alicjo.
-Mam dość tych zasad. Cały czas jestem pod kluczem...
-Przecież wychodzisz kiedy chcesz. - odparł obojętnie Nie patrząc na mnie.
-Ale ciągasz mnie ze sobą... nie chcesz nauczyć mnie strzelać..
-Nie znasz się na tym i nie jesteś łowcą. I nie. Nie będę uczył cie strzelać. Nie potrzebne ci to.
  Westchnęłam ciężko i padam na fotel obok.
-Chciałabym coś zmienić...
-Jak z Samem?
-Poznał mnie, wiesz? - uśmiechnęłam się. -W końcu znalazłam brata...
  Uśmiechnął się dziwnie, zadowolony jakby z siebie i zamknął książkę adresową. Wstał i złapał kluczyki.
-Jedziemy.
-Gdzie znowu?
-Do domu. - odparł i poszliśmy do samochodu.

  Kilka godzin później siedziałam sama zamknięta w domku. Różowa gdzieś zniknęła, a za to do środka wszedł w końcu Dan niosąc jakąś brunetke na rękach. Rzucił ja na podłogę, ta uderzyła o panele jak kukła.
-Kto to? - spytałam wystraszona.
-Katherine Pierce. Wampirzyca. Wcześniej miał ją w domu Twój Sam, widocznie uciekła bo żaden idiota nie puścił by jej do ludzi.
-Jest niebezpieczna?
-Boi się łowców. Czuje do nich szacunek, ale nienawidzi ich.
-Czy ona...
-Tak, żyje.  To tylko pocisk usypiajacy.
-Po co nam ona ?
-Żebyś przejrzała na oczy kim są naprawdę wampiry. I sam mam plany co do Katherine.
-Ale ja nie chce...
-Nie pytam się czy chcesz. Ja Ci każe.
-Ale... - zaczęłam spokojnie a on uciszyl mnie.
-Pamiętaj o umowie. Jesteś moja, a więc robisz wszystko co chcę.
-Tak... wiem. Przepraszam...
-Nie jesteśmy na Ty. - mruknął z satysfakcją.
-Przepraszam Panie. - szepnęłam.
  Uśmiechnął się i podszedł bliżej mnie a ja spuściłam wzrok.
-Tak lepiej... robie wszystko dla twojego dobra. Odnalazłem Ci brata... pamiętaj ze masz mnie szanować. Jestem w końcu twoim panem.
  Kisnełam głową a on brutalnie mnie pocałował i zniknął.
  Nie jest łowcą, nie jest wampirem, nie jest wilkołakiem,  nie jest człowiekiem. Jest kimś o wiele gorszym niż wampiry czy cokolwiek. A ja muszę wykonywać jego prośby i rozkazy. Nie mam wyjścia. Jestem jego niewolnicą.

Od Kory

Sam z Bobym gdzieś pojechali. Wcześniej zostawili mi coś do jedzenia i picia. Mieli zniknąć na parę godzin dłużej niż zwykle. Mi to odpowiadało ale jednocześnie martwiłam się. W końcu obiecałam Gregowi że będę miała ich na oku. Już Dean mi znikł gdzieś! Niestety nie mogłam nic poradzić w tej sprawie. Sam z bobym zamknęli mi drzwi przed nosem a Dean po prostu wyparował.
Nie mogąc nic począć postanowiłam załatwić parę swoich spraw oraz odpocząć.
Jak tylko odjechali przemieniłam sie w człowieka. Wreszcie mogłam wyprostować wszystkie kości ale nie powiem ze nie lubię przemian bo je uwielbiam!
Wzięłam długą gorącą kąpiel po czym zrobiłam sobie coś do jedzenia.
Kiedy sie już najadłam wyszłam z domu przez okno (z tyłu domu) które zostawiłam uchylone bym mogła wrócić.
Opłaciłam swój pokój w hotelu i przebrałam sie w nim. Może bym poszła na zakupy? Przebywam większość czasu w psim futrze ale ludzkie nowe ubrania też by sie przydały. Jednak nie dziś.
Wyszłam z pokoju hotelowego i skierowałam się na miasto.

***

Miałam wracać bo sie ściemniało kiedy usłyszałam coś. Zatrzymałam się i spojrzałam w ciemną uliczkę między budynkami. Miałam dobry wzrok i widziałam w ciemności dlatego z łatwością dostrzegłam w ciemności ruch. Ktoś tam był. A dokładnie parę "ktosiów". Poczuła mich zapach. Teraz byłam wściekła.
Ruszyłam w ich stronę.
-Ile razy mam wam mówić byście zostawili mnie i moje sprawy w spokoju?-powiedziałam wściekła przypierając do ściany jednego z chłopaków.
-Spokojnie spokojnie Kora. Hmm.. ładnie wyglądasz.. I pachniesz psem. Teraz w psiej postaci pracujesz?
-Nie twój interes!
-Widzieliśmy cię. Jak radośnie biegałaś z tym starym. Jak mu? Boby?
-Odwalcie się!-przycisnęłam mu pazury do gardła po czym odsunęłam sie o parę kroków.
-Coś ty taka agresywna? Nie zaszczepili sie przeciwko wściekliźnie?
-Odwal sie! I zostawcie mnie wreszcie w spokoju!
-Kiedyś z nami pracowałaś. Lubiłaś to.
-Zmieniłam się.
-Widzę. Ale tamta Kora nadal w tobie jest.
-Nie.
-Ten list na prawdę cię zmienił. Szkoda że ci go pokazałem.
Spojrzałam na pozostałych. Było ich w sumie tylko trzech. Fill, Paul i Max. Po śmierci Grega zanim przeczytałam list z nimi mieszkałam. Zaopiekowali się mną. Oczywiście żaden z nich nie był człowiekiem. Byli wampirami. Mimo wszystko, że wydawali sie groźni nie bałam się ich. Oni należą do tych co nie wychylają się za bardzo. Nie lubią ryzykować jednak mimo wszystko, mimo iż teraz jestem znowu wśród łowców.. oni nie dają mi spokoju.
-Jeżeli jeszcze raz zakłócicie mój spokój albo będziecie chcieli zaszkodzić łowcą.. Sama was zabije.
-Wiesz co Kora. Jesteś zdrajcą. Zdrajcą rozumiesz? Mimo iz jesteś prawie taka sama jak my.. bo też nie jesteś zwykłym człowiekiem, jesteś zmiennokształtną. Nadnaturalną istotą. My jesteśmy wampirami. Nie rozumiesz? Zdradziłam swoją rasę, zdradziłaś wszystkie istoty nadnaturalne. Współpracujesz z łowcami. Jesteś zakałą wszystkich istot nadnaturalnych. Hańbisz swoją rodzinę.
Uderzyłam go. Nic to nie da bo złamany nos zagoi mu się szybko lecz miło było patrzeć na to jaki był zaskoczony.
Podnosił sie z ziemi kiedy ja odchodziłam.
-Odejdźcie i nie wracajcie. Zostawcie mnie, Sama, Deana i Boby'ego w spokoju. Jeśli jeszcze raz staniecie mi na drodze.. nie zawaham się.-powiedziałam jeszcze zatrzymując się.
Odeszłam zostawiając ich w tej uliczce.

***

Sam i boby wrócili godzinę po moim powrocie. Przywitałam ich merdając ogonem. Nic im sie nie stało.. całe szczęście. teraz tylko zostało mi się zamartwiać o to gdzie zniknął Dean.

niedziela, 21 lutego 2016

Od Alice

  Stałam przed Danem wysłuchując jego kazania, gdy staliśmy w domu jednego z wampirzych gnid. Dan nie chciał mnie wziąć, ale uznał, że skoro wpakowalam sie sama do samochodu nie ma innego wyjścia.
-Nie powinnaś ze mną jeździć. Zajmij się Samem.
  Spojrzałam na niego spod byka.
-Co cie to obchodzi? - odparłam chłodno.
-Bo jakby nie patrzeć jestem twoim... hmm... opiekunem?
-Mam dwadzieścia lat...
-Mimo wszystko znasz zasady.
  Milczałam.
  Odsunęłam się w prawo do wielkiej gablotki z książkami z jakimiś dziwnymi słowami.
-Po jakiemu to? - spytałam spoglądając na Dana.
  Przeładował broń i spojrzał na mnie. Wygrzebał się spod sterty książek i podszedł do mnie, zerknął na kartkę a potem na mnie.
-To są zaklęcia. Nie wypowiadaj żadnego, bo istnieje prawdopodobieństwo, że nas wysadzi w kosmos lub cokolwiek innego.
-Musze wykonać telefon. - zadzwoniłam do Sama i próbowałam się z nim umówić.

  Udało mi się. Wyszykowana wyszłam z domu i podeszłam do pobliskiego parku. Był punktualnie, nie odzywał się wcale. Wyglądał dziwnie. Jakby blady.
-Kim jesteś i czego chcesz? - spytał wreszcie.
-Jestem twoją siostrą. - odparłam spokojnie, ale gdybym mogła to cisnęłabym w niego soplem lodu. - Musisz mnie pamiętać. Jefferson Square, 1997 rok? 20 maja... Mama i tata zamordowani przez wampry. Od tamtej pory ich nienawidzisz. A o mnie zapomniałeś od kiedy przyszli po mnie do Domu Dziecka. Pokłóciliśmy się, bo bałam się, że zostałam bez ciebie. Dałam Ci wyrzuty sumienia a Ty popchnąłeś mnie na ścianę na strychu, upadłam i uderzyłam głową o parapet. Wtedy zła wyszłam z pokoju i więcej mnie nie widziałeś.
  Zaszokowany wpatrywał się we mnie. Potem się uśmiechnął.
-Widziałem przez okno z piątego piętra.
  Zaśmiałam się.
-Racja, byłeś wtedy z Panią Hoffer na lekcji niemieckiego.
-Pamiętasz wszystko? - zdziwił się.
-Jak widać...
-Nie wierzę, że jesteś moją siostrą.
-Dlaczego?
-Jesteś zbyt seksowna na moją siostrę. - zaczęliśmy się śmiać. - A co zaczęłaś studiować?
-Skończyłam kryminologię w Kanadzie, a teraz przyjechałam tu by Cię odnaleźć gdzie wszystko się zaczęło. - odgarnęłam włosy.
-Nie wierzę, że to ty...
-Tęskniłam za Tobą... - szepnęłam zbyt cicho, by usłyszał.
  Ale usłyszał.
  Przytulił mnie i podniósł z taką łatwością, że sam mnie zaskoczył.
-Myślałem, że się nie zobaczymy...
-Ja też... - uśmiechnęłam się i wtuliłam w niego.
  Odnalazłam brata.