wtorek, 23 lutego 2016

Od Dean'a

Sammy.


Dean'a nie ma już tydzień, nie mogę się do niego dodzwonić, non stop nagrywam mu się na poczte.
,,Hej, to kolejny mój jeszcze inny numer, wiesz co zrobić"
Nigdy taka sytuacja nie miała miejsca. Mart wie się o niego.

Razem z Bobbym siedziałem w starym spróchniałym domu, nie lubie naszych baz nazywać domami więc
to są tylko bazy, ewentualnie dom jako budynek nic więcej.
-Dlaczego grasz w gierkę Alice ? - spytał Bobby
-On jest pewna swojej wersji, a jeśli tak jest naprawdę ? A może ktoś mieszał w jej głowie ?
Nie ważne. Czuje że muszę przy niej być, i pomóc w jakiś sposób.
-Jak ? Lepiej jej będzie bez ciebie, niech prowadzi takie życie o którym ty mażysz. Dom ? rodzina ?
Ty juz tego nie będziesz miał ale ona ma szanse, możesz jedynie w tym jej pomóc.
-Nie przeszkadza mi tak bardzo fakt ,że wieży ,że jestem jej bratem. Pomoge jej ogarnąć
życie i pokieruje ją na założenie rodziny, czuje że to będzie najlepsze co mogę zrobić.
...Bobby ja miałem wtedy 6 miesięcy, nie pamiętam nic z pożaru, może była siostra, może Dean który miał wtedy prawie 5 lat zdoał uratować tylko mnie a o niej zapomnieliśmy, Bobby...
-Głupek ! Nie było siostry ! A na-pewno nie mieszkała z wami w kansas, byłeś ty i Dean do tego John i Mary.
Mary zabił demon, wybuch pożar a ciebie uratował Dean, nieźle jak na tak młodego skurczybyka.
-Po tamtym wydarzeniu wyjechaliśmy z kasnas. Do ostatnich chwil życia Johna ( nie lubię nazywać do tatą, nie mam z nim najlepszych wspomnień) szukaliśmy tego demona, żeby pomścić Mary. Znaczy on szukał, ja zostawałem pod opieką Dean'a.
-Nie oczekuje ,że go zrozumiesz czy polubisz, ale starał się, robił co w swojej mocy żeby wychować was na doskonałych łowców...
-Ale ja nie chciałem być łowcą !
Bobby spuścił wzrok na szklankę z wishey i po chwili walnął nią o blat, był już trochę pijany i zaczął mówić co mu przyszło na język.
-To jest jak ze chrztem! Kurewstwa nie chcesz ale masz ! Sammy (tak mogą na mnie mówić tylko najbliżsi) też nie chciałem aby was uczył tego zawodu ! Gdy on kazał mi was brać na naukę przeładowywania broni ja brałem was
na boisko żebyście bawili się jak inne dzieci ! Gówno mnie obchodziło ,że później zgniewany robił mi wyrzuty i patrzył na mnie tym pogardliwym wzrokiem! Nawet raz się o to biliśmy, on był twardym nauczycielem.. - przerwałem mu
-A ty byłeś ojcem...
-...Ktoś nim musi być. - złagodniał -  Wiesz, że chciał cię uchronić przed byciem łowcą, Dean'a już nie mógł ale ciebie do 8 roku życia trzymał w niewiedzy.
Tępo spojrzałem się zza okno
-Do 8 roku wierzyłem ,że matka zginęła w wypadku samochodowym, a ojciec zajmuje się handlem obwoźnym. Do momentu gdy znalazłem dziennik ojca... - wziąłem łyka
-Poniekąd to twoja ciekawość zaciągnęła cie do tego zawodu
-Byłem głupi - zostawiłem szklankę na stole i położyłem się na sofie. - dzięki za miłe wspomnienia z dzieciństwa,
lubiłem grać z tobą w piłkę, dla mnie jesteś bardziej z rodziny niż ojciec, chociaż nie mamy wspólnych genów.
-Rodzina to nie tylko więzy krwi
Zasnąłem...






Dean.

...
-Bóg ma dla ciebie zadanie, dlatego zostałeś wskrzeszony.
-A te duchy ?
-są światkami, wezwała ich Lilith.
-Po co chce uwolnić lucyfera ? Nie lepiej jej gdy sama sprawuje władzę ?
-On jest nierozerwalnie połączona z Lucyferem, on siedzi jej w głowie gdy tylko chce tak jest też w przypadku każdego innego demona. Oni potrzebują przywódcy a ona chce im go dać. Ma po swojej stronie już wielu zwolenników.
-Nie każdy chce powrotu Lucka ?
-Lucka ? - spojrzał na mnie i przekręcił głową w prawo jak pies próbujący zrozumieć co powiedziałeś
-Lucyfera.
-Aaa... A kim jest Lucek ?
-Nie ważne ! Chodziło mi o Lucyfera. Lucyfer-Lucek to to samo. - wytłumaczyłem mu podirytowany jego tępotą.
-Zniszczy każde piekielne stworzenie które sie od niego odwróciło.
-Mnie pasuje
-Zapanuje chaos
-To juz mniej fajnie.
Cas skomentował to tylko swoim wyrazem twarzy

-Dobra to narazie koniec. Pstryknij mnie do domu.
-Pstryknij ?
-Przenieś
-Aaaa






Bobby.


-Sammy zasnął, Deana nadal nie było a pies zniknął mi z oczu.
Jestem pijany czy nie ? Sammy pewnie uważa że jestem...
Zaprałem się dłońmi o boki krzesła aby wstać i udało się
-A to jednak ze mną jeszcze tak źle
Poszedłem w stronę łazienki ale coś przykuło moja uwagę. Gdy przechodziłem przez uchylone drzwi
do pokoju Deana zauważyłem kobietę.

Wróciłem się aby spojrzeć jeszcze raz i teraz leżał tam pies.


Otworzyłem drzwi na ościerz.
-Widziałem ! - chwiejnałem sie i omal nie upadłem ale złapałem sie klamki, spojrzałem na roześmianą minę psa
-Wygrałaś... dziś mogę widzieć wszystko.
Poszedłem do łazienki, wziąłem szybki prysznic, dzięki któremu nieco otrzeźwiałem i wróciłem do salonu.  Młody spał na kanapie ,,to dziś nie pooglądam TV, niech się wyśpi" usiadłem na wielkim, miękim i podartym fotelu stojącym obok i zacząłem czytać zapiski. Nagle poczułem lekki podmuch waitru po którym nastąpił potęrzniejszy, lapka obok mnie zgasła a telewizor się włączył. Sam się obudził, przetarł oczy i nagle pojawił sie Dean z aniołem.
Dean był cały poszarpany i ciężko dyszał, Castiel stał obok całkiem zdrów. Podszedł do Deana, wyciągnął z jego brzucha nóż i uleczył go.
-Dzięki stary. - walnął anioła w bark a ten na niego spojrzał się urażony.
-Dean - powiedział tylko nieco głośniej niż zwykle Sammy i to z entuzjazmem - Dean ! - powiedział jeszcze raz dużo głośniej i tym razem wkurzony. Zerwał się z łóżka i podskoczył do Dean'a - Gdzie ty byłeś tyle czasu ? Co sie stało ? Kto to zrobił ! - mówił cały czas wkurwiony na Deana, az ten się zirytował.
-Suka!
-Idiota!
-Debil !
-Dekiel !
-Gadaj !
-Chuj !
-Palant !
-Dajcie spokój. Kłócicie się jak stare małżeństwo. - przerwałem im jakże wnikliwą konferencje
-Małżeństwa mogą przynajmniej wziąć rozwód. Ale ja i on? Jesteśmy jak… bliźniaki syjamskie - mówiąc to wskazywał na Sama palcem.
-To są zrośnięte bliźniaki. - powiedział Sammy
- Widzisz, o co mi chodzi? - ciągnął Dean
Stanąłem między nimi i miałem już coś powiedzieć jakże inteligentnego, jakieś kazanie ale...
-Sam czy ty nadal rośniesz? Wyglądasz na wyższego od ostatniej Wielkanocy.
-Nie sądzę.... (Sammy zawsze był bardzo wysoki)





Dean.


-Zostałem wskrzeszony bo mam pomóc opierzonemu przyjacielowi - zacząłem tłumaczyć
-Dlaczego ty a nie na przykład ja ?
-Bo jestem fajniejszy - wziąłem stojące na blacie obok piwo - Cas, chcesz ? - uniosłem butelkę
-A co to ?
-Piwo.
Podałem mu już otworzone, sobie wziąłem drugie i trzecie podałem Samowi.
-A ja ? - spytał Bobby
Dałem mu mu moje i wziąłem sobie kolejne. Usiedliśmy przy stoliku.
-Jak masz mu pomóc ?
-Musimy załatwić taką ździrę
-Po co ?
-Chce wypuścić Lucka
-Lucyfera ?!
-Taa. Nie jest bardzo groźny
-Nie jest groźny ?! Król piekieł ?!
-To tylko rozpieszczony dzieciak który pogniewał sie na brata i ojca.
Castiel wydawał się nas nie słuchać, powoli delektował sie piwem.
-Kiedy zaczynamy ? - spytał Bobby
-My ?
-Nie masz innego wyjścia.
-Dobre - stwierdził Cas przyglądając sie pustej butelce - gdzie znajdę tego więcej ?
Wszyscy automatycznie spojrzeli się na puste skrzynki po piwach.
-Skończyło się - powiedziałem

Chwilę potem byliśmy już przed sklepem. Niestety był zamknięty.
-Cholera! - krzyknął Bobby
Castiel podszedł do drzwi i je normalnie otworzył.
Nikt się nie spytał głośno ,,jak ?" ale każdy o tym pomyślał.
Jakby nigdy nic weszliśmy do sklepu i zaczęliśmy pakować piwa. Skrzynki zanieśliśmy do auta i wróciliśmy. (z nami jechał też pies a za piwa zapłaciliśmy)
Byliśmy już w domu. Nie rozmawialiśmy więcej o sprawie. Każdy się wykąpał i gdy miałem zamiar iść spać spostrzegłem w koncie Casa... pił.

-Emmm... Ile to już ? - spytałem podnosząc pustą butelkę.
Cas kończąc kolejkę, położył kieliszek i odparł.
- Wziąłem 30 butelek i jeszcze się wracałem
-Co !? - spojrzałem na butelki pod stołem, faktycznie było ich sporo
Castiel zaczął sie kiwać i próbował wstać ale nie udało mu się.
-Cas jesteś pijany ?
-Emm.. Nie !.... tak.
Razem z Samem położyliśmy go na sofie. Dziś pies śpi na podłodze.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz