-Oto Morganville, księżniczko. - prawie że krzyknął.
-Na litość boską, nie krzycz tak. - zaśmiałam się. - Pamiętaj, musimy jeszcze jechać na stację po Różową.
-Nie da się o niej zapomnieć, wysyła mi smsy co chwilę że chce jej się srać, a nie może, bo w pociągu to nie higieniczne.
Na stacji Morganville wyszłam po Różową. Stała wpatrzona w telefon dokańczając swój felieton. Pracuje w redakcji, pisze pod różnymi pseudonimami o różnych tematach. Zwykle to o odchudzaniu albo o jedzeniu śmieci, jak np. jedzenie z McDonalda.
Wzięłam od niej jeden plecak.
-Chodź.
-Patrz co znalazłam w swojej torbie na jednej ze stacji. Ktoś wrzucił mi gumki do kieszeni. - uśmiechnęła się. - Chcesz?
Uśmiechnęłam się lekko wpatrując w białe opakowanie.
-Nie mam po co je przygarniać. - odparłam.
-Jak to?! Przecież...
-Nie jestem za tym, żeby brać i iść do łózka z pierwszym lepszym z klubu, Danielle.
-Anielica się znalazła. - parsknęła i wzięła torby i ruszyła za mną do samochodu Dana.
-Wiemy gdzie chociaż mieszka ten twój brat? - spytał Dan.
-Popytam ludzi w okolicy, na pewno będzie ktoś coś wiedział na temat Sama.
-A jego nazwisko znasz? Podobno je zmienił. - odezwała się Różowa.
-Wiem... a to przecież nie jedyny Sam w Morganville...
Zatrzymaliśmy się w pobliskim warsztacie. Stamtąd dobiegały hałasy, ktoś toczył jakąś kłótnię. Wyszłam raz z Danem. Weszłam pierwsza, a mój przyjaciel za mną. Stało tam dwóch facetów.
-Bobby, cholera jasna! Mówiłem, że ona ma zostać taka jaka jest! Miałeś jej P I L N O W A Ć.
-Co ja jestem pieprzona niańka?!
-Ehm... przepraszam... - wzięłam krok naprzód. - Nie chcę przeszkadzać...
Ten Bobby minął mnie, lekko trącając mnie ramieniem.
-Co jest? - spytał blondyn.
-Z naszym samochodem coś jest nie tak. Nie chce zapalić. - zaczęłam. - Pomyślałam, że to może coś z silnikiem, to stare bmw... czasem się psuje.
-Nie byliście z tym u mechanika wcześniej? - spytał blondyn.
-To jego wóz. - wskazałam obojętnie na Dana.
-Mogę się tym zająć. - wzruszył ramionami blondyn.
-To podjechałbym jeszcze dziś. - mówi mój przyjaciel.
-Przepraszam... nie zna pan może Sama... wiem, dużo jest Samów w Morganville...
-Ja znam jednego. Ale czy mam pewność, że chodzi o tego samego... - zaśmiał się blondyn.
-Jestem Alice. To Dan. - przedstawiłam się i podałam rękę blondynowi. - Mój brat miał na imię Sam. Parenaście lat temu miałam wypadek, zginęli moi rodzice... zostałam ja i brat...
-Dean. A co do Sama... nie ma rodzeństwa, ale rodziców też nie ma. \
-Mógłbyś... mnie z nim poznać? Poznam go po wyglądzie.
-Pewnie przez parę lat dużo się zmieniło...
-Na pewno go poznam. - zapewniłam Deana.
Dean podał mi adres i zaraz po wynajęciu pokoju w hotelu ruszyłam na podany adres. Dan dziwnie się zachowywał, to znaczy, że jest tu wampir. Tak samo zareagowałam, ale potem przestraszyłam. Nienawidziłam tych istot i wolałabym trzymać sie od nich z daleka.
Zapukałam, otworzył...
Sam...
-Słucham? - mruknął Sam.
-Sam... - szepnęłam.
-Skąd pani zna moje imię? - zdziwił się.
-Jestem Alice... Pamiętasz...?
-Nie bardzo. - odparł obojętnie.
-Jestem twoją siostrą. - spojrzałam na niego.
Zaśmiał się.
-Nie mam siostry. Nigdy nie miałem.
Zabolało. Jednak nie pokazywałam tego. Twardo stałam przed Samem i nie zamierzałam się ugiąć. Nie po to tu przyjechałam.
-To nie jest śmieszne, Sam...
-Odwal się ode mnie! Cholera...!
-Co to za krzyki Sam? - podszedł do nas Dean.-O, to Ty Alice. - uśmiechnął się Dean.
-Musisz mnie pamiętać. - zwróciłam się do Sama ignorując Deana.
-ODCZEP SIĘ, KURWA MAĆ.
-Skąd bym wiedziała, że masz znamię w kształcie kruka na prawym przedramieniu?
-Skąd wiesz że mam kruka, bo mam...
-Bo jestem twoją siostrą...
-Wiedźma jakaś. Wypad. Nie chcę cię widzieć.
-Też mam to znamię. Sam... uwierz mi. Szukałam cię...
-Jesteś wariatką?! Wyjazd!
-Sam, uspokój się. - powiedział Dean. - Porozmawiajcie na spokojnie...
-Wypieprzaj. - Sam odszedł pociągając z bara Deanowi.
-Przepraszam za niego...
Patrzyłam się w puste miejsce gdzie stał wcześniej Dean. Odwróciłam się i bez słowa odeszłam.
-Czekaj no, olej go. Odezwie się pewnie.
Milczałam.
-Też nie wiedziałem że ma siostrę. - ciągnął. - Może na rozluźnienie jakaś kawa?
-Może kiedy indziej. Muszę najpierw załatwić sprawy.
Weszłam do samochodu. Dan o nic nie pytał.
-Masz broń? - spytałam.
-Mam.
-Załatwimy ich. - powiedziałam bez entuzjazmu.
-Nie chcesz ryzykować...
-Mój brat jest łowcą, na pewno mam też coś po tacie.
-Jesteś zwykłym człowiekiem...
-Dan... jedź... proszę... - szepnęłam. - Naucz mnie jak to się robi.
-Co?
-Strzelanie do wampirów, jak być łowcą.
-Nie nauczę cię tego.
-Dan!
-Koniec kropka.
W wynajętym domku letniskowym, który zachciała sobie Różowa panowała napięta atmosfera. Byłam zła na Dana a Dan miał to w dupie. Był stanowczy, nie nauczy mnie jeśli tak sobie postanowi. Nigdy. A obiecał.
-Chcesz coś ze sklepu? - spytał.
-Wal się! - krzyknęłam na niego.
-Próbuję Ci pomóc, Alice! Ale nie jestem pieprzonym workiem treningowym.
Odłożyłam książkę na bok i wyszłam z domku. Poszłam w las, przy sobie miałam broń, którą nawet nie umiałam się posługiwać. Tylko wiedziałam jak je ładować, jak takie bronie składać... W razie czego zawsze mam przy sobie coś na obronę.
Sam musi mnie sobie przypomnieć. Musze dać mu czas... musi mnie pamiętać... musi...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz