piątek, 19 lutego 2016

Od Alice

  Dan prowadził auto pogwizdując sobie pod nosem, wyłączył radio i sam zapodawał jakąś nutę, bardzo dobrze mi znaną. Przyjaźnimy się od ośmiu lat, nie wyobrażam sobie, że mogłoby go tutaj ze mną nie być. Jest moim opiekunem, z nim czuje się bezpieczniejsza. 
-Oto Morganville, księżniczko. - prawie że krzyknął. 
-Na litość boską, nie krzycz tak. - zaśmiałam się. - Pamiętaj, musimy jeszcze jechać na stację po Różową. 
-Nie da się o niej zapomnieć, wysyła mi smsy co chwilę że chce jej się srać, a nie może, bo w pociągu to nie higieniczne. 

  Na stacji Morganville wyszłam po Różową. Stała wpatrzona w telefon dokańczając swój felieton. Pracuje w redakcji, pisze pod różnymi pseudonimami o różnych tematach. Zwykle to o odchudzaniu albo o jedzeniu śmieci, jak np. jedzenie z McDonalda. 
  Wzięłam od niej jeden plecak.
-Chodź. 
-Patrz co znalazłam w swojej torbie na jednej ze stacji. Ktoś wrzucił mi gumki do kieszeni. - uśmiechnęła się. - Chcesz? 
  Uśmiechnęłam się lekko wpatrując w białe opakowanie. 
-Nie mam po co je przygarniać. - odparłam. 
-Jak to?! Przecież...
-Nie jestem za tym, żeby brać i iść do łózka z pierwszym lepszym z klubu, Danielle. 
-Anielica się znalazła. - parsknęła i wzięła torby i ruszyła za mną do samochodu Dana. 
-Wiemy gdzie chociaż mieszka ten twój brat? - spytał Dan.
-Popytam ludzi w okolicy, na pewno będzie ktoś coś wiedział na temat Sama. 
-A jego nazwisko znasz? Podobno je zmienił. - odezwała się Różowa. 
-Wiem... a to przecież nie jedyny Sam w Morganville... 

  Zatrzymaliśmy się w pobliskim warsztacie. Stamtąd dobiegały hałasy, ktoś toczył jakąś kłótnię. Wyszłam raz z Danem. Weszłam pierwsza, a mój przyjaciel za mną. Stało tam dwóch facetów.
-Bobby, cholera jasna! Mówiłem, że ona ma zostać taka jaka jest! Miałeś jej P I L N O W A Ć. 
-Co ja jestem pieprzona niańka?! 
-Ehm... przepraszam... - wzięłam krok naprzód. - Nie chcę przeszkadzać...
  Ten Bobby minął mnie, lekko trącając mnie ramieniem. 
-Co jest? - spytał blondyn. 
-Z naszym samochodem coś jest nie tak. Nie chce zapalić. - zaczęłam. - Pomyślałam, że to może coś z silnikiem, to stare bmw... czasem się psuje. 
-Nie byliście z tym u mechanika wcześniej? - spytał blondyn.
-To jego wóz. - wskazałam obojętnie na Dana. 
-Mogę się tym zająć. - wzruszył ramionami blondyn. 
-To podjechałbym jeszcze dziś. - mówi mój przyjaciel.
-Przepraszam... nie zna pan może Sama... wiem, dużo jest Samów w Morganville...
-Ja znam jednego. Ale czy mam pewność, że chodzi o tego samego... - zaśmiał się blondyn. 
-Jestem Alice. To Dan. - przedstawiłam się i podałam rękę blondynowi. - Mój brat miał na imię Sam. Parenaście lat temu miałam wypadek, zginęli moi rodzice... zostałam ja i brat... 
-Dean. A co do Sama... nie ma rodzeństwa, ale rodziców też nie ma. \
-Mógłbyś... mnie z nim poznać? Poznam go po wyglądzie.
-Pewnie przez parę lat dużo się zmieniło...
-Na pewno go poznam. - zapewniłam Deana.

  Dean podał mi adres i zaraz po wynajęciu pokoju w hotelu ruszyłam na podany adres. Dan dziwnie się zachowywał, to znaczy, że jest tu wampir. Tak samo zareagowałam, ale potem przestraszyłam. Nienawidziłam tych istot i wolałabym trzymać sie od nich z daleka. 
  Zapukałam, otworzył... 
  Sam...
-Słucham? - mruknął Sam. 
-Sam... - szepnęłam. 
-Skąd pani zna moje imię? - zdziwił się.
-Jestem Alice... Pamiętasz...?
-Nie bardzo. - odparł obojętnie. 
-Jestem twoją siostrą. - spojrzałam na niego. 
  Zaśmiał się. 
-Nie mam siostry. Nigdy nie miałem.
  Zabolało. Jednak nie pokazywałam tego. Twardo stałam przed Samem i nie zamierzałam się ugiąć. Nie po to tu przyjechałam. 
-To nie jest śmieszne, Sam...
-Odwal się ode mnie! Cholera...! 
-Co to za krzyki Sam? - podszedł do nas Dean.-O, to Ty Alice. - uśmiechnął się Dean. 
-Musisz mnie pamiętać. - zwróciłam się do Sama ignorując Deana. 
-ODCZEP SIĘ, KURWA MAĆ. 
-Skąd bym wiedziała, że masz znamię w kształcie kruka na prawym przedramieniu? 
-Skąd wiesz że mam kruka, bo mam... 
-Bo jestem twoją siostrą...
-Wiedźma jakaś. Wypad. Nie chcę cię widzieć. 
-Też mam to znamię. Sam... uwierz mi. Szukałam cię...
-Jesteś wariatką?! Wyjazd! 
-Sam, uspokój się. - powiedział Dean. - Porozmawiajcie na spokojnie...
-Wypieprzaj. - Sam odszedł pociągając z bara Deanowi.
-Przepraszam za niego...
  Patrzyłam się w puste miejsce gdzie stał wcześniej Dean. Odwróciłam się i bez słowa odeszłam. 
-Czekaj no, olej go. Odezwie się pewnie. 
  Milczałam. 
-Też nie wiedziałem że ma siostrę. - ciągnął. - Może na rozluźnienie jakaś kawa? 
-Może kiedy indziej. Muszę najpierw załatwić sprawy. 

  Weszłam do samochodu. Dan o nic nie pytał. 
-Masz broń? - spytałam. 
-Mam. 
-Załatwimy ich. - powiedziałam bez entuzjazmu. 
-Nie chcesz ryzykować...
-Mój brat jest łowcą, na pewno mam też coś po tacie.
-Jesteś zwykłym człowiekiem...
-Dan... jedź... proszę... - szepnęłam. - Naucz mnie jak to się robi. 
-Co?
-Strzelanie do wampirów, jak być łowcą. 
-Nie nauczę cię tego.
-Dan!
-Koniec kropka. 

  W wynajętym domku letniskowym, który zachciała sobie Różowa panowała napięta atmosfera. Byłam zła na Dana a Dan miał to w dupie. Był stanowczy, nie nauczy mnie jeśli tak sobie postanowi. Nigdy. A obiecał. 
-Chcesz coś ze sklepu? - spytał.
-Wal się! - krzyknęłam na niego. 
-Próbuję Ci pomóc, Alice! Ale nie jestem pieprzonym workiem treningowym. 
  Odłożyłam książkę na bok i wyszłam z domku. Poszłam w las, przy sobie miałam broń, którą nawet nie umiałam się posługiwać. Tylko wiedziałam jak je ładować, jak takie bronie składać... W razie czego zawsze mam przy sobie coś na obronę. 
  Sam musi mnie sobie przypomnieć. Musze dać mu czas... musi mnie pamiętać... musi... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz