sobota, 27 lutego 2016

Od Alice

  Nie podobało mi się to, że musiałam siedzieć w jakimś pomieszczeniu imitującym pokój. Czekałam, aż któryś z łowców przyjdzie i wyjaśni mi, co to ma znaczyć. Pan będzie wściekły, jeśli nie będzie miał ze mną kontaktu do wieczora. On mnie potrzebuje do wykonywania zadań których on nie może wykonać, bądź po prostu nie ma na to czasu. Raz potrzebował duszy młodej dziewczyny, nie chciałam tego zrobić, ale wtedy opętał mój umysł jednym z demonów i musiałam wykonać jego polecenia i zabiłam dziewczynę bez mrugnięcia. Pan mógł wtedy wymazać ten obraz z mojej pamięci, ale nie zrobił tego z jednego powodu - to za karę, bo nie wykonałam jego polecenia z własnej woli - musiał mnie do tego zmusić.
  Podniosłam się szybko, gdy drzwi zapiszczały nieprzyjemnie, a do środka wszedł Sam. Wściekła podeszłam do niego nadając wściekła na niego, jakim prawem tu jestem. Zasłonił mi usta i uspokajał mnie przez chwilę.
-Skończyłaś? - spytał przewracając oczami.
  Burknęłam coś niewyraźnie, a on zdjął dłoń z moich ust.
-Nie chcę tu być! Możesz mnie wypuścić?
-Nie zupełnie. Powiedz kto jest Panem?
-Usłyszy...
-Nie, tu nie.
-Ehm... Boję się... nie chcę ryzykować...
-Jestem tu, w razie czego będę wymachiwać bronią w tego kutasa. - zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu. - No powiedz. Obiecuję, że nic Ci nie będzie.
  Spojrzałam na niego. Wahałam się.
-Pan... jest Panem Śmierci... - spojrzał się na mnie dziwnie. - Ehm... stałam się jego służącą po tym, jak moja rodzina wkopała się w tajemniczych okolicznościach w niezałatwione sprawy z Panem... Mama wymigała się ze śmierci przez czary, jakich użyła by być nieśmiertelną... ale przez to straciła moc całkowicie - tak czarownice płacą za nieśmiertelność - ale Pan wiedział jak ją omotać. Mama bała się śmierci... Tata za to nie miał pojęcia o życiu mamy, kim jest, co zrobiła, jak bardzo przywiązuje wagę do chęci bycia nieśmiertelną. Pochłonęła ją żądza nieśmiertelności. Pan wykorzystał jej nieuwagę, chwilę napawania się tym... wiedział, że dla niej najważniejsza jestem ja. Byłam jej oczkiem w głowie... a gdy powiedział, że jeżeli nie odda mu siebie i nie zostanie jego służącą... wtedy zabije mnie...
-Ale co to ma do Ciebie? Dlaczego się go boisz?
  Wahałam się.
  Złapał mnie za dłoń i lekko pociągnął na łóżko, bym usiadła obok niego.
-Możesz mi zaufać. - szepnął.
  Nikomu nie mówiłam o tej historii. Ciężko mi było wrócić do dnia, w którym widziałam, jak Pan zabija moją matkę.
-Ehm... Moja matka została przez Pana przechytrzona, bo on chciał również mnie, gdy mama stawiała opór przed masą zadań, które miała wykonywać. Nie widywała mnie, a to ją wykańczało. Ojciec myślał, że mama go zdradza... Wszystko było przeciwko jej, nawet ja, mając parę lat nie chciałam jej widywać. Bo myślałam, że mnie zostawiła. Nie pytałam gdzie jest mama, co się z nią dzieje... ja przestawałam ją kochać... Mama przestała wykonywać jego zadania, przestała być służącą, przestało jej zależeć na nieśmiertelności... Ale było za późno, by wrócić. Pan zabrał jej duszę gdy mama wróciła do domu bo uciekła od niego... do mnie. Przytuliła mnie, powiedziała, że uciekamy... Nie chciałam, przeciągałam to, a Pan znalazł mamę zbyt szybko. Zabił ją, zaczęła powoli się rozkładać na moich oczach, krzyczała... - zaczynałam płakać. - Potem jako dziecko zaznaczył mnie... jako jego własność. Czekał, aż osiągnę osiemnaście lat.
-Jakie to znamię?
  Podwinęłam koszulkę i zaraz pod prawą piersią był znak pentagramu, a w nim czarny kruk. To znak jego własności, ale i opętania przez samą śmierć. Wyjaśniłam mu co to, a on był całkowicie zdziwiony.
-Dlaczego się go boisz?
-Bo to Pan Śmierci...? - zaśmiałam się nerwowo. - Po prostu... wiem, że ma mnie w garści. Moją duszę, bo jest podpisana jego znakiem. Nie pozbędę się go, jeśli sam nie zechce... Jestem zwykłym człowiekiem. Trzyma mnie w garści. Nie mogę się ruszyć z jego władzy... - starłam łzę.
  Ku mojemu zaskoczeniu przytulił mnie. Objęłam go po chwili czując, że tak mi dobrze, że czuję, jak emocje przy nim ustępują.
  Po chwili zdałam sobie sprawę co robię. Odskoczyłam od niego jak poparzona i wstałam.
-Ekhem... Yyy... ten... no... - jąkałam się. - Mogę stąd iść, prawda? Pan będzie wściekły...
-Tu cię nie znajdzie...
-Ale wolałabym go nie denerwować... uwierz mi... Poza tym nie chcę byś się wtrącał. W ogóle...
  Wyszłam marszem i wróciłam do Pana.

  Był zły, ale dał mi zadanie załatwić duszę opętanej osoby. Tak Pan dogadywał się z Lucyferem. Mieli jakieś swoje targi...
  Gdy byłam w mieście i poszukiwałam Katty Rose Watson, która miała siedemnaście lat, ciężarna, opętana, spotkałam na ulicy wysiadających z samochodu Deana i Sama. Sam zauważył mnie od razu, a ja próbowałam przemknąć niezauważona. Gdy moje i jego oczy się spotkały tylko się uśmiechnęłam, podeszłam do taksówki i zamierzałam wrócić do domu Pana.
 -Czekaj,czekaj! Alicjooo! - krzyknął Sam i podbiegł do mnie.
-Ty! Alwaro! - krzyknął Dean. - Śpieszy nam się!
-Spadaj! - machnął na niego Sam. - Wszystko dobrze?
-Tak... mówiłam, żebyś się nie wtrącał...
-Ale ja się nie wtrącam! - podniósł ręce na znak usprawiedliwienia. - Tylko się zastanawiam, czy może chciałabyś wyskoczyć ze mną...
-Chcesz się dowiedzieć więcej? - spytałam, gdy poczułam, że Pan jest zajęty i nie słyszy mnie teraz.
-Ech... Miało to być że niby nie o to chodzi...
  Przegryzłam wargę.
-Interesuje cię to?
-Bardzo.
-To poczytaj sobie w internecie, nie wiem. Nie mogę o tym rozmawiać, poza tym prosiłam, nie wtrącaj się. Pan coś Ci zrobi, nie chcę tego. Nie chcę nikogo mieszać. Od niego nie ma ucieczki. Do końca życia, może nawet wieczność.
  Odeszłam szybko od niego przed siebie ignorując taksówkę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz