niedziela, 28 lutego 2016
Od Dean'a
Czułem świeże powietrze, trawe i kwiatki ? Moje sny są nawet i dla mnie dziwne.
Nie chciałem otwierać oczu, wolałem zostać w tym śnie na siłe. Nic nie widziałem ale
czułem, było mi wygodnie. Nagle poczułem delikatne mrowienie na szyi, nieznaczne mnie łaskotało,
ale gdy poczułem ugryzienie szybko się zerwałem, złapałem w miejsce ugryzienia i roztarłem robala.
Siedziałem na trawie, i to nie był sen. Gdzie ja jestem ? rozejrzałem się do okoła i spostrzegłem Casa
-Dean. - powiedział spokojnie
-Cas ? Gdzie my jesteśmy ?
Powoli wstałem i otrzepałem ubranie z trawy.
-Nie mogę widzieć się z tobą bezpośrednio, sprawy wychodzą spod kontroli.
-To sen ?
-Iluzja, sen. Teraz leżysz w impali.
-Co ?
Pokręcił głową z niesmakiem.
-Miałeś ciężką nos.
Złapałem się za głowę i przypomniałem sobie co się działo w nocy, trochę przebalowałem.
-No tak. Jak ci pomóc ?
-Pilnuj Sama, lucyfer wybrał do za naczynie którego użyje gdy wyjdzie.
-Jeśli wyjdzie
-Została tylko jedna pieczęć
-co ! Mówiłeś że panujesz nad tym.
-Mówiłem ,że robimy co możemy.
-Jak do tego nie dopuścić.
-Nie wiem. Nie wiemy gdzie znaleźć Abadona. Zniknął.
-Jak to zabić ?
Cas nic nie odpowiedział ale wiedziałem ,że miał na języku ,,nie wiem" czy on w ogle coś wie oprócz tego
,że dom mu się wali ? Nie mam wyboru muszę mu pomóc, i wtajemniczyć w to Sama.
-Jak czegoś sie dowiesz to.. zadzwoń ! masz telefon.
Obudziłem się w impali. Najgorsze w początku dnia jest wstawanie a ja robie to dziś drugi raz,
najchętniej bym spał do południa ale mam prace do wykonania. Wszedłem do domu, tam Bobby rozmawiał z Samem
-Ooo wstała śpiąca królewna. - powiedział Bobby
-Takie zabawne ?
-Tak - odparł zadowolony z siebie Samy
-Macie już coś ?
-Freddy Wonson wyschnięty na wiór, ugryzienie na szyi, znaleźli go w śmietniku, był bezdomny.
-Wampiry ?
-Na to wygląda.
Sammy spojrzał sie na mie tym swoim podejrzliwym wzrokiem.
-Emm.. Dean ? wszystko gra ?
-Tak, gdyby nie kac.
Zarzuciłem kurtkę i wziąłem dokumenty FBI
-To jak idziemy ?
Chłopaki spojrzeli po sobie ale nic nie odpowiedzieli, oboje się ogarnęli i wyszli za mną.
Nim wsiedliśmy do auta.
-Bobby, na pewno wszytko gra ? może odpoczniesz w domu ?
-Przestań słodzić księżniczko Bello, jest dobrze.
Wsiadł do auta. Spojrzałem się na Sama on na mnie, wzruszyłem ramionami i pojechaliśmy na miejsce.
Byliśmy już w garniturach federalnych i wchodziliśmy do komisariatu prowadzącego tą sprawę.
Podeszliśmy do biura i w trojkę pokazaliśmy dowody FBI
-,,Dean ? Mam coś. Potrzebna będzie mi twoja pomoc" - usłyszałem głos Casa - ,,Alice zna kogoś kto
ma bezpośredni kontakt z Lucyferem, możemy to wykorzystać"
Zamyśliłem się i nie ogarnąłem sytuacji, gdy sie wyrwałem z zadumy zauważyłem ,że każdy na mnie patrzy. Zwróciłem się do chłopaków.
-Nowa sprawa, muszę iść jak tu załatwicie co trzeba zadzwońcie.
Wyszedłem z komisariatu i po chwili pojawił się Cas.
-Jednak możesz się ze mną spotykać!.... chwila to źle zabrzmiało, bardzo źle !
Cas jak zawsze nie wiedział o co mi chodziło z tym spotykaniem, anioły są proste nie rozumieją podtekstów.
-Tak, sprawy nabierają tępa. Musisz znaleźć Alice a ona doprowadzi nas do... - przerwałem mu
-Pana ?
-Można tak to ująć. Zawadą nią.
-Do tego jest potrzebny Sammy on ma z nią lepsze relacje. Po co on ją wypuszczał ?
-W sumie Dean, każdy ma wolna wole.
-Głupia.
Cas zniknął a ja poczekałem na chłopaków w kawiarni.
-Proszę ciasto - powiedziałem do gościa za ladą
-Jakie?
-Czekoladowe z bita śmietaną.
-A cholesterol ?
-Kocham swój cholesterol.
Usiadłem przy stoliku i jadłem. Sammy i Bobby nie mieli problemu ze znalezieniem mnie. Dosiedli się do tego samego stolika.
-Musimy znaleźć Alice. - powiedziałem łapczywie biorąc kolejnego kęsa
-Po co ? Myślałem ,że.. - przerwałem mu
-Ma kontakt z Luckiem.
-A co z wampirami ? Sieją tu niezły zamęt, to nie była jedyna ofiara.
-Alice znajdziemy przy okazji. - powiedział Bobby - zginął też chłopak ,Cole.
-To jedziemy.
Dokończyłem szybko ostatni kęs ciasta i wyszliśmy. Ostatnim mieszkaniem Cola okazał sie dom dziecka, tam zaczęliśmy.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz