środa, 16 marca 2016

Od Alice

  Zamknęłam się w pokoju i po kilku godzinach ktoś postanowił zapukać. Ja w tym czasie zebrałam swoje rzeczy i wystawiłam za drzwi jedną niewielką walizkę. Kora, mając za plecami Sama i Deana spojrzała się na mnie zaskoczona.
-Wyprowadzasz się? - spytał Dean zdziwiony. 
-Tak. Mam dość mieszkania tutaj. Nie zrozumcie mnie źle... ja po prostu... wydaje mi się... wydaje mi się, że lepiej będzie, jeśli zniknę z waszego życia. 
-Ale gdzie pójdziesz? 
-Pan wszystko mi zabrał... ale myślę, że w banku pieniądze na koncie jeszcze mam. - uśmiechnęłam się lekko do całej trójki. 
-Alice... - zaczął Sam. - Przecież nie musisz się nigdzie wyprowadzać...
-Nie prowadzicie hotelu ani przytułku dla bezdomnych. Nie jestem dla was bliską osobą, jestem po prostu jak porzucony pies który nie ma dokąd pójść a schroniska są dla niego niedostępne. Nie wiem ile mogłam siedzieć wam na głowach, szczególnie wam. - spojrzałam na chłopaków. - Dziękuję za wszelką pomoc, ale... wiem, że któreś z was na pewno mnie tu nie chce, a jeśli nawet nie, to i tak nie mogę wam siedzieć na głowach... macie swoje sprawy, po co wam dodatkowo jedna, poszkodowana lekko baba? 
  Wyszłam na zewnątrz nie słuchając ich. Cała trójka kazała mi usiąść na murku obok drzwi wejściowych, zrobiłam tak. Usiadł obok mnie Sam, Kora nie za bardzo się odzywała, bo nawet chłopaki nie dali jej dojść do słowa. 
-Gdzie pójdziesz? Hm? A jeśli nie masz nic na koncie bankowym? Jeśli ten cały pan coś spieprzył? Skąd możesz wiedzieć co będzie jak od nas odejdziesz?
-To już moja sprawa. - odparłam. - Zrozumcie, na pewno dobrze robię. Nie chcecie mnie tu, albo jedno z was, albo dwoje, nie ważne. Po prostu chodzi tu o to, że nie mogę dłużej u was mieszkać i ślęczeć wam na głowie. 
-Nie dobrze ci u nas było czy co? - spytał Dean mrużąc oczy. 
-Dobrze... Ale sam rozumiesz. - spojrzałam na niego porozumiewawczo, a on odwrócił wzrok. 
-Co to było? - spytała Kora. 
-Co?
-Te spojrzenia?
-Chyba Alice myśli, że jej tu nie chciałem. 
-Nie chodzi o Ciebie, na pewno nie. - parsknęłam. - Prędzej się powieszę niż obchodziłby mnie twój marny los. 
-Mhm, to co w takim razie miało znaczyć spojrzenie które mi posłałaś? - uśmiechnął się. 
-Przestańcie, Jezu. - warknął Sam. - Co skłoniło cię do odejścia? - spytał.
  Spojrzałam na niego. 
-Po prostu siedzę wam na głowie. Wiem, że macie ważniejsze sprawy niż prowadzenie hotelu i opiekowanie się dziewczyną, która was nawet nie obchodzi, a jeśli nawet, nie jestem nikim bliskim. Przyjacielem, znajomą, jestem przypadkowa. I tu chodzi o to, że zajmuje miejsce w waszym domu niepotrzebnie, czuje się lepiej, Pan zniknął, chyba... 
-To Pan Śmierci, nie może sobie ot tak zniknąć. - zaśmiał się Dean. 
-Zamknij się. - nakazałam Deanowi za jego trafną, złośliwą uwagę. 
  On nadal się śmiał. 
-Brednie. - warknęła Kora. - Jeśli chcesz zostać to zostań, nikt cię nie trzyma tu na siłę. Wrócisz tu, prędzej czy później. 
-Nie mogę tego zrobić. 
-Drzwi tego domu są zawsze otwarte! - powiedział teatralnym głosem Dean. 
  Uśmiechnęłam się pod nosem, ale zaraz zachowałam powagę. 
  Złapałam walizkę i spojrzałam na świętą trójcę. 
-Odwieźć...
   Dean nie dokończył, przyjechała taksówka.
-Nie, dziękuję wredoto. - uśmiechnęłam się złośliwie. 
-Widzę wyostrza ci się charakterek. 
-Nie pasuje coś?
-Ależ pasuje. - zaśmiał się a ja westchnęłam naburmuszona i wsiadłam do taksówki. 

  Miałam wrażenie, że coś tam zostawiłam. Ale zawsze się takie wrażenie ma, jeśli skądś się wyjeżdża, prawda? Nie wrócę tam, jeśli raz już coś powiedziałam, to słowa dotrzymam. Wynajmę sobie jakieś... małe... mieszkanie w centrum. 
  Tak jak postanowiłam tak zrobiłam. Szybko sprzedano mi jakieś stare mieszkanie w kamienicy, musiałam sobie je urządzić i wywalić stąd graty. Było ich pełno i pomyślałam, że nie dam sobie z tym rady sama szczególnie o piętnastej. Wyszłam na korytarz i miałam zamiar zapukać do kogoś, poprosić o ewentualną pomoc w wyniesieniu gratów, ale zadzwonił telefon. Odebrałam, to Marcin. 
-Hej Alice. 
-Czego chcesz?
-Spotkać się? 
-Ech... - westchnęłam ciężko. - Wiesz co? Przyda mi się pomocna dłoń... 
-Gdzie przyjechać?
-Stara kamienica zaraz na rogu Tent Street 86. 
  
  Był w mgnieniu oka, przyjechał swoim czarnym bmw i zaparkował zaraz przy wejściu do kamienicy. Zmienił się. Bardzo. 
-Nowe ciało? - spytałam. 
-Ta, stare jakoś mi... nie służyło.
-Źle czułeś się w swoim ciele?
-Tak, poza tym tamta akcja z tą dziewczyną... nie za bardzo mi posłużyła. 
  Przypomniało mi się to jak widziałam ich razem, jak oszukiwał mnie i jak miał dziecko z inną kiedy ze mną był zaręczony.
-Przepraszam, nie wiedziałem, że nadal cię to boli...
-Nie boli. - udałam uśmiech.
  Uwierzył.
-Wynieś te ostatnie szafki, kartony i pudła... pozostanie tylko sprzątnąć...
-Chcesz tu mieszkać? Żartujesz sobie...
-Sprzedawali od zaraz...
-Nie ma się co dziwić...
  Postawiłam lampę na środku przestronnego salonu i przesunęłam fotel. 
-Będziesz spać na tym fotelu?
-Nie, stać mnie jeszcze na kanapę i miękki materac z kompletem pościeli do spania. - uśmiechnęłam się. 
-Żartujesz sobie chyba. - parsknął.
-Nie, dlaczego? Ty zawsze byłeś ten ułozony, dobra rodzina, dobry synek z dobrego domu i kupa kasy a potem medycyna i praca praca, a potem zdrada za zdradą. 
  Uśmiechnął się i spuścił wzrok. 
-Całkiem sporo w tym racji. - powiedział z uśmiechem. 
  Podeszłam do okna i patrzyłam na zatłoczone ulice dążące do miasta i do wyjazdu z niego. 
-Coraz bardziej liczba mieszkańców maleje... przez zabójstwa i liczne wypadki. Te niewyjaśnione. 
-Masz mi za złe to co zrobiłem wtedy? - spytał. 
  Spojrzałam się na niego.
-Dawno o tym zapomniałam, Marcin. 
-Teraz jestem Stefan. - mrugnął do mnie. 
-Stefan? Serio? 
-Czyli nie masz mi nic za złe?
-Stefan, staram się od nowa żyć. 
-Od takiego startu zaczynasz?
-A ty od ataków na ludzi będąc chirurgiem? 
-Nie zabijam. Już nie. 
-Ach tak? - zaskoczył mnie ale nie ufałam mu.
-Od dwóch lat tego nie robię. Od kiedy odeszłaś starałem się to ograniczyć.
-Wtedy nie wiedziałam że istnieje w ogóle coś takiego jak wilkołak, wampir, czarownica, i zniewolona przez śmierć. 
-Próbowałem pomóc...
-Nie wyszło, rozumiem to. Nie tylko ty próbowałeś mi pomóc. Nie da się, czaje. Teraz przepraszam ale wolałabym zostać sama i posprzątać kurze umyć okna, podłogi... 
-Spodziewasz się kogoś jeszcze?
-Jestem ostatnią osobą, która musiałaby ci się tłumaczyć ze swoich poczynań, Stefan. 
  Nic już nie powiedział, a wyszedł z mieszkania.

sobota, 12 marca 2016

Od Alice

  Siedziałam w salonie z Deanem, Samem, Bobbym i Korą. Dobrze się bawiliśmy, było fajnie. Czułam brak sił, czułam jak słaba jestem psychicznie. A także nadal czułam obecność pana, coś kombinował. Byłam jedyną osobą która znała go i jego plany, miała dostęp do różnych papierów, tajemnic, do całego Pana. Jednak miałam także świadomość tego, że on coś planuje, coś związanego ze mną. 
  Dawno temu, gdy miałam osiemnaście lat usunął moją pamięć i zamienił ją na inną. Byłam zupełnie innym człowiekiem, inną Alice z innym życiem. Życie może mnie zaskoczyć nie raz, nie wiem jakie miałam życie kiedyś,  czy na pewno miałam na imię Alicja...
  Usłyszałam dźwięk swojego telefonu, przeprosiłam towarzystwo i sięgnęłam powoli, łapiąc się za bolący brzuch, do stolika. Nieznany numer - jednak postanowiłam odebrać.
-Słucham?
-Alice? - usłyszałam głos mężczyzny, znajomy. 
  Od razu dostałam jakby... wizji, retrospekcji... widziałam mężczyznę, trochę starszy ode mnie, przystojny, wysoki... Weszłam do mieszkania, zapukałam. Byłam szczęśliwa. Drzwi otworzyła mi młoda, atrakcyjna dziewczyna.
 
-Nic nie zamawialiśmy... - mówi dziewczyna. 
-A nie przepraszam, chyba pomyliłam mieszkania...
-Kto to kochanie? - usłyszałam głos mężczyzny. 
  Znajomy. 
  Poszłam w głąb mieszkania mijając kobietę. Zobaczyłam mężczyznę, tego samego przystojnego... tego bardzo mi skądś znajomego. 
  Zamarł. 
-Marcin? - szepnęłam ze łzami w oczach. 
  Obok niego było łóżeczko, a w nim małe dziecko. 
-Możesz mi wyjaśnić kto to? - spytała kobieta. 
-Jestem... Jestem jego narzeczoną... 
-Co? - zaśmiała się dziewczyna. 
  Spojrzałam w prawo, ujrzałam zdjęcie na komodzie. Był tam mój narzeczony z dzieckiem i tą kobietą. Spojrzałam znów na Marcina a potem na dziecko.
-Ile ma? - spytałam. 
-Brandon ma siedem miesięcy... możesz mi powiedzieć, Marcin, co ona odwala? 
  On jednak milczał, nie patrzył na żadną z nas. 
-Jest moim narzeczonym, idiotko! - warknęłam zrozpaczona. - Boże! 
  Wybiegłam z mieszkania. Pobiegł za mną, a ja dałam mu w twarz i bez słowa poszłam marszem przed siebie poprawiając torbę na ramieniu. Wycierałam łzy dłonią szukając w torbie chusteczek. 

-Jesteś tam? Alice?
-Marcin...? - spytałam zaszokowana. 
-Kopę lat... 
-Po co dzwonisz? - głos mi zadrżał. 
-Próbowałem się dodzwaniać przez dwa lata od kiedy dałaś mi soczyście w morde... - zaśmiał się. - Ale nie było takiego numeru albo po prostu nie odbierałaś...
-Ehm... Od pewnego czasu zmieniałam numer... 
-Może się spotkamy? Dawno się nie widzieliśmy...
  Rozłączyłam się i zablokowałam numer.
  Marcin nie jest dobry... Nie jest... I nie powinnam znów zaczynać... 

niedziela, 6 marca 2016

Od Kory

Jakoś to wszystko wydawało mi sie podejrzane a przy Alice czułam się dziwnie, tak nieswojo.
Czekałam zniecierpliwiona na Sama i Deana. Kiedy wreszcie wrócili Alice i Bobby już spali.
-Chłopaki.. czuje w kościach ze niedługo stanie sie coś niebezpiecznego.-powiedziałam siadając na blacie w kuchni.
-Jesteś bardzo spostrzegawcza. Jesteśmy łowcami.. nasze życie polega na niebezpieczeństwie.-powiedział Dean.
Pokazałam mu język.
-Dobra ja idę spać bo jestem wykończony a wy tylko sie tu nie pozabijajcie.-powiedział Sammy i machnął na nas ręką.
-Dean na prawdę mnie to niepokoi. Słuchajcie.. jeśli ten jej "Pan" ma na nią taki wpływ i jeśli jej dusza jest w jego posiadaniu to jaką mamy pewność że on nie wie co kombinujemy? Może ona tylko zgrywa skrzywdzoną dziewczynkę a tak na prawdę jest zła? Może donosi mu o każdym naszym kroku... Nie znam jej i nie chce oceniać ale jak na nią patrze... Zamiast normalnej aury.. widzę czarną poświatę. Podobnie jest kiedy ktoś nie ma duszy lub jeśli ja sprzedał.. Istota żywa bez duszy.. jest jak marionetka.
-I co mamy zrobić?
-Nie wiem...
-No to tak samo jak ja. Nie wiemy dokładnie kim jest ten jej "Pan" ale staramy sie rozwiązać sprawę. Zacytuje Sama "Mamy pomagać wszystkim ludziom".
-Dla mnie jest tu coś bardzo podejrzanego.

***

Następnego dnia nie mieliśmy żadnych nowych informacji i nadal ani śladu "Pana". Chłopaki zamiast tego szukali jakiś innych spraw.
-Mam. Trzy ciała bez serca.
-Wilkołaki.
-Jadę z wami.-powiedziałam.
-Wykluczone.-powiedział twardo Dean.
Alice jeszcze spała. Sam był dopiero zajrzeć u niej a Bobby czytał w swojej sypialni.
-Kora jesteś jeszcze za słaba.-powiedział troskliwie Sammy.
-Dam rade już jest dobrze. Działając odzyskam szybciej siły.
-Nie ma mowy.
-Nie zapomnijcie ze nie jestem człowiekiem. Ze zmiennokształtnymi jest inaczej niż z ludźmi.
-Dobrze ale trochę przeszłaś. -powiedział Sammy.
-Dam rade. Jeśli nie weżniecie mnie ze sobą znajdę sposób by tam sie dostać bez waszej pomocy a lepiej działać w grupie niż solo.
Dean patrzył sie na mnie zły.
-Tylko nie zostaw sierści na siedzeniu.
-Nie jestem już w postaci psa!
-Mimo wszystko nadal wolałem cie w tamtej postaci.
-A mogłam ci pogryźć te fotele.
-Byłabyś trupem.-powiedział pokazując na mnie palcem.
-Tak wiem skarbie.-puściłam mu całusa i poszłam sie naszykować.
Kiedy już byłam gotowa poszłam do salonu. Byli tam wszyscy.
-Jak sie czujesz Alice?-zapytałam.
-Lepiej, dziękuje.
-Mam pomysł na jutrzejszy dzień więc zbieraj siły!-powiedziałam.
Chłopaki spojrzeli sie na mnie zdziwieni najbardziej Dean.
No dobra.. dziwnie i nieswojo czułam sie przy niej.. tak jakby mi zagrażała lecz postanowiłam spróbować. Nie znam jej.. może jest tak jak mówi.. nie wiem. Tak czy inaczej jutro chce ja zabrać na małe zakupy. I jej i mi przydadzą sie nowe ubrania.


***

Jechaliśmy samochodem. Ja siedziałam z tyłu. Dojechaliśmy na miejsce. Chłopaki przebrali się by wyglądać jak agenci FBI.
-I mamy problem... nie mamy ubrań ani lewych dokumentów dla ciebie.-powiedział Dean.
-Spokojnie. Na szybko ogarnęłam parę zabaweczek.
Podałam im torbę. Dean spojrzał do środka zdziwiony.
-Obroża? Smycz?
-W końcu podobno to ataki zwierząt.. wiec przyda wam się wam piesek ze sprawnym noskiem.
-Dasz radę sie przemienić? -zapytał Sammy.
-Raczej tak. Nabrałam już trochę sił a mój organizm już dawno pozbył sie srebra. Nie powinno być problemu. Przemienię się a wy założycie mi obrożę i zapniecie na smyczy. Na kaganiec się nie zgadzam.
Dean zaczął sie śmiać ale kiedy sie na niego spojrzałam prawie się udusił.
Zamknęłam oczy i szybko sie przemieniłam. W pierwszego psa jaki przyszedł mi do głowy. Oczywiście husky i w dodatku tego samego pod którego postacią byłam u chłopaków.
Dean założył mi obrożę i zapiał na smyczy. Ruszyliśmy w stronę komisariatu.

piątek, 4 marca 2016

Od Alice

-Nie rozumiecie co tam się działo. - szepnęłam do Deana.
-Ale sama nie chcesz nam wyjaśnić!
-Nie krzycz na nią. - warknął Sam. - Wyjdź. Sam z nią porozmawiam.
  Dean coś mruknął pod nosem i wyszedł. Sam usiadł obok mnie na łóżku, ale szybko się odsunęłam przerażona.
-Dlaczego się mnie tak boisz?
-Zgwałcono mnie...
-C...Co?!
-W szpitalu psychiatrycznym...
-Byłaś w normalnym szpitalu...
-Byłam w psychiatryku jakiś czas. Potem jakoś trafiłam do tego zwykłego szpitala na oddział specjalny... potem od izolatki... potem gdy... dochodziłam do siebie... trafiłam na salę gdzie byli inni ludzie...
-Kto cię zgwałcił?
-Gwałcono mnie dwa, może trzy razy w tygodniu. Był tam... był tam taki pielęgniarz... Bił mnie kiedy krzyczałam i wołałam o pomoc...
-Kurwa mać! - wkurzył się Sam. - Przepraszam... wkurwia mnie takie bestialstwo! Ja pierdole!
  Milczałam.
-Nie musisz się mnie bać. Deana też nie. Bobby też cię nie skrzywdzi. Nikt nie ma zamiaru ci robić krzywdy.
  Do pokoju wszedł Dean.
-I jak?
-Gwałcił ją w psychiatryku jakiś pielęgniarz.
-Co?!
-Parę razy dziennie. Rozumiesz to? Pierdolony gnojek.
-Była w psychiatryku?
-Parę dni. Z tego co mówi.
-Cholera... - powiedział zaskoczony Dean. - Zrobimy porządek z tym typem a potem załatwimy nasze sprawy. To powinno pójść szybko.
-Zostawimy ją tu? - spytał z troską Sam.
-Popierdoliło cię? Ma tu Bobby'ego i Korę.
  Sam spojrzał na mnie a ja na niego.
-Kora, zaopiekuj się Alice. - poprosił Dean.
-Co mam robić dokładniej?
-Jest w ciężkim stanie psychicznym... pytaj, sprawdzaj, kontroluj czy nic jej nie jest, czy nie potrzebuje czegoś.
 
  Snułam się po domu bez celu, gdy Kora pytała o coś z lekkim uśmiechem kręciłam przecząco głową, a ona nadal mnie pilnowała wzrokiem jak małe dziecko.
-Wygląda dziwnie. - usłyszałam głos Bobbyego.
-Co masz na myśli?
-Jest wychudzona, ma siniaki, jest blada... co oni jej robili?
-Nie wiem. Nie powinniśmy w to wnikać. Widać, że dużo przeszła, potrzebuje pomocy. Nie wiem na jaką skalę... ale ma nas. Naszą czwórkę.
-Myślę, że Dean się będzie próbował jej pozbyć.
-Dlaczego?
-Dean pewnie nie chce robić z tego domu hotelu. Ma dość nieustannych gości.
-Niedługo się wyniesiemy, wiesz, nie prosiłam o to by mi pomogli ani Alice też o to nie prosiła. Na pewno nie będę prosić się o łaskę, jeśli będzie trzeba odejdę zaraz zabierając Alicję ze sobą. Dean czasem przesadza...
-Za to Sam ma dobre serce do obcych...
-Wiem. Ale niestety Alice musi tu z nimi zostać... na jakiś czas, do póki nie wyjaśnią sprawy z tym całym Panem. To większy kawałek chleba.
-Racja...
   Dalej nie słuchałam rozmowy, poszłam do pokoju i usiadłam na łóżku patrząc na swoje posiniaczone, wychudzone dłonie. Nie wiedziałam nawet, co tu robię i dlaczego tu jestem, skoro jestem niechcianym gościem... czemu nie mogę stąd odejść...?
  Chyba... kojarzy mi się... że... chyba... nie mam domu... już nie...

Od Dean'a

-Co z nią ? - spytał Sammy
-Chyba już okej, szkoda ,że to nadal pierdzielony zmiennokształtny.
-Dean !
-Co ?!
-To nasza przyjaciółka
-Kiedyś było to łatwiejsze, potwór ? potwór, to ciach i po problemie.
Sammy olał moją wypowiedz i poszedł do pokoju w którym leżała Kora, zaniósł jej jakieś
zdrowe śniadanko, krowy dwie, ja byłem za tym żeby dać jej frytki.
(dostała śniadanie do łóżka ponieważ po takim zabiegu może nie być w stanie wstać)
Wyszedł od niej i usiadł w salonie przed laptopem.
-Słuchajcie ta Lilith została stworzona na znak protestu - powiedział Sammy nie odrywając wzroku
od laptopa.
-Co ? Kogo ?
-Lucyfera, po tym jak sprzeciwił się ojcu został wypędzony z nieba i z ludzkiej duszy stworzył
 pierwszego demona, Lilith.
Nagle pojawił się tuż za mną Cas.
-W 1972 roku demon Azazel opętał ciało księdza i jego rękami zgładził 9 zakonnic.
 Ten czyn pozwolił mu na skontaktowanie się z Lucyferem. Upadły anioł powiedział mu
 o 66 pieczęciach i o tym, że po uwolnieniu będzie potrzebował specjalnego naczynia.. ludzkiego
 ciała, które demon będzie musiał odnaleźć.
Na samą wzmiankę o Azazelu robiło mi się nie dobrze, skurwiel zabił naszą matkę !
-Nadal nie wiemy co jest ostatnią pieczęcią - dodał Bobby
-Podejrzewamy ,że jest nią przywódca demonów a ,że Lilith nie dowodzi musi się znaleźć ktoś kto to będzie robił. - ,,Dean, wiesz ,że Sam jest tą osobą, dziwne ,że jeszcze nie zaczął się przemieniać"-
usłyszałem ten głos w głowie. Nie miałem jak odpowiedzieć ale się zdenerwowałem.
Nagle Kora zaczęła dawać oznaki życia (usłyszeliśmy skrzypienie łóżka) Sammy od razu poszedł do niej a ja wygarnąłem aniołowi.
-Nie ! On jest zupełnie normalny.
-Dean, jestem aniołem wiem co mówię.
-Wyjazd mi stąd !
-Nie czekaj ! - wyszedł z pokoju Sammy - Dean, on mówi prawdę mam chwilę gdy nie czuje się sobą
-To jeszcze nic nie znaczy, każdy tak ma
-To co innego - teraz zwrócił sie do Casa- wiesz jak temu zapobiec ?
-Azazel nie żyje
-Bo go zabiliśmy - wtrąciłem zły
-Coś musi cię oczyścić. - odpowiedział Cas całkowicie mnie ignorując
Nagle w drzwiach od sypialni stanęła Kora.
-Co jest chłopaki ?
-O widzę ,że Lesie już wydobrzała - powiedziałem złośliwie
-Spadaj - odparła z lekkim uśmiechem
-Nie powinnaś wstawać z łóżka - powiedział Sammy zatroskany
-Nic mi nie będzie mamo - powiedziała już mniej uśmiechnięta i usiadła na sofie w salonie- to co
 jest grane ? - spytała
-Nic szczególnego kolejna sprawa ale najpierw musimy iść do Alice, zobaczyć jak sobie radzi,
 nie dzwoniła ani nie odbiera. - powiedział Sammy
-To dwie macie pod opieką ? Ja wydobrzeje i spadam stąd, nie będę wam przeszkadzać.
-Zostań ile chcesz - powiedział Sammy i automatycznie ja i Bobby się na niego spojrzeliśmy
 z wyrazem typu ,,co ty pierdolisz?"
-Cas zostajesz czy jedziesz z nami ? - spytałem zakładając grubą skórzaną kurtkę.
Po moich słowach Cas zniknął, był wkurzony.
-Też jadę - chciała się podnieść z kanapy ale zaraz ciężko na nią upadła - dobra ja tu posiedzę
 z Bobb'im
-Dobry pomysł - powiedziałem

W szpitalu byliśmy już chwilę później, Alice nie obudziła się prawie w ogóle od tej pory, może raz,
co chwile tylko nieznacznie się szarpała, coś mało przyjemnego musiało jej się śnić.
Siedzieliśmy przy jej łóżku i czekaliśmy ,może właśnie teraz się ocknie.
Nagle do sali weszła pielęgniarka, podała jej jakiś zastrzyk i wtedy Alice wydała z siebie nieznaczny
krzyk.
-Co to było - zerwałem sie z miejsca
-Pobudzający, dlatego tak zareagowała..  ostatnio majaczyła przez sen, nic konkretnego.
Pielęgniarka wyszła, była bardzo dziwna.  Podszedłem do Alice i potrząsnąłem nią trochę.
-Ej młoda, wstawaj, nie ma lenistwa.
-Dean! - krzyknął Sammy
-No co? - spojrzałem się na niego zdziwiony
-Tak nie
Spuściłem ręce i usiadłem s powrotem na miejscu.
-Dobra
Nagle aparatura do której była podłączona Alice zaczęła świrować
-Dean tracimy ją !
Do sali wbiegli lekarze i kazali nam wyjść, przez szybkę w drzwiach widać było jak ją reanimują.
-Szybko Sam !
-Co ?!
-Wymyśl coś !
-Niby co ?
-Kosiarz nie może jej dostać w swoje łapy !
-Dean nic nie możemy zrobić.
-Pierdolisz
Szybko wszedłem do pustej sali obok i podpoiłem sie pod aparaturę.
-Sammy !
Zawołałem brata. Wbiegł do sali i zatrzymał sie ze zdziwieniem widząc co zrobiłem.
Wypiłem płyn wprowadzający w stan między życiem a śmiercią, tak przynajmniej pisało na ulotce,
potrzebowałem czegoś co mnie załatwi ale nie na dobre.
-Za 4 minuty reanimuj mnie.
Lek zaczął działaś dopiero po jakieś minucie, była to najdłuższa minuta w tym tygodniu,
ale gdy już zadziałał, było dziwnie, wstałem z łóżka i obserwowałem jak Sammy czyta ulotkę na
defibrylatorze a ja leżę na łóżku, fuuu śliniłem się ! Ale jaki przystojny jestem.
Wybiegłem z sali i poszedłem do Alice, lekarze już przerywali reanimacje, odpuścili, stwierdzili
,że już nie żyje. Ale ona jeszcze żyła! Nagle gdy lekarze wyszli zauważyłem jak jakaś brunetka stoi
w koncie i sie przygląda.
-Hej ! Kim jesteś ? - spytałem
-Dean, nie możesz tego zatrzymać, przyszłam po nią.
Powoli sunęła w stronę Alice, nie szła ale sunęła jakby unosiła się w powietrzu.
-Daj mi tylko chwilę !
-Dean nie mogę... umarłeś ? - nagle ze zdziwieniem spytała
-Nie do końca.
Nagle kosiarz (ta brunetka) wyciągnęła rękę w stronę Alice i po chwili duch Alice wychodził z ciała.
Spanikowałem, szybko rzuciłem się w ich stronę, ducha Alice wepchnąłem s powrotem jedną ręką a drugą dźgnąłem kosiarza srebrnym nożem ale to nic nie dało, kosiarza można zabici tylko jedynie jego własną kosą, z drugiej strony Alice wróciła do siebie, obudziła się żywa. Nie widziała nas
ponieważ jesteśmy tylko duchami ale my ją tak.
-Nie powinieneś, popsułeś ca....- wypowiedz kosiarki przerwał Sammy
Udało mu się mnie reanimować.
-Co tak szybko! Nie skończyłem.
-Dean minęło 5 minut
-Serio ?
-Tak. Co z Alice ?
-Żyje
Wyrwałem aparaturę i te różne kabelki z siebie i razem poszliśmy do Alice.
Sammy przyjaźnie ja przytulił
-Jak dobrze ,że żyjesz - powiedział Sammy puszczając ją z objęć.
Ja stałem w drzwiach z założonymi rękoma.
-Nie ma za co.
-Co się stało? - była oszołomiona. Nic dziwnego.
-Jedziesz z nami - dodałem
-Dean tu jest bezpieczniejsza. - powiedział Sammy
-Serio? Tu w tym pokoju patrzy się na nią kosiarz, taka niezła dupa brunetka, i chętnie by ją sobie
wzięła i sądzę że następnym razem nie da nawet szansy na jej uratowanie.

Pół godziny później dotarliśmy do domu, ja, Sammy i Alice. Pokój gościnny zajęła Kora więc Alice
musiała chwilowo zadowolić sie pokojem Sama.
-Co to ? Przytułek ? - spytał ironicznie Bobby
-Wydobrzeją to sobie pójdą.
-Ta, pomogę im w tym. - usiadł koło Kory na sofie, ona się spojrzała na niego zdziwiona - no co?
 Po pokoju Dean'a następny jest mój.

czwartek, 3 marca 2016

Od Kory

Dean i Sam spojrzeli sie na mnie zaskoczeni moim przejęciem.
-Wampira, blondyn.. średniego wzrostu.. ale czy to ważne?
-Paul.. A reszta?
-Uciekli. Mamy jednak Cola. Dlaczego oni cie trzymali? Z tego co nam wiadomo wampiry nie trzymają się ze zmiennokształtnymi.
-Ja.. ja ich znam. Poznałam ich po śmierci Grega ale to nie jest ważne. Zabiliście Paula.. Fill nie puści wam tego płazem. Znajdzie was i będzie chciał zabić. Macie mnie wiec Max także tu przybędzie a poza tym nie zostawił by Fill'a.
-To dobrze że tu przyjdą. Zabijemy ich.-powiedział Dean jak gdyby nic i napił sie piwa.
-Nie.. oni.. nie są źli.. Zboczyli z drogi. Kiedyś tacy nie byli.
-Bronisz wampiry które Cie skrzywdziły?
-Dean, Sam ja wiem ze tego nie rozumiecie ale..
-Masz w sobie krew jednego z nich. Nic dziwnego ze ich bronisz.-usprawiedliwił mnie Dean.
Nie chciałam sie z nimi kłócić, i tak by nie zrozumieli a poza tym nie miałam na to siły.
-Jak długo Cie przetrzymywali?
-Porwali mnie parę godzin po tym jak pojechałeś ode mnie.-powiedziałam opierając się o oparcie kanapy.
Powoli znów robiłam sie senna.
-Co Ci zrobili?
-W sumie to tylko mnie trzymali.. no i Max.. nakarmił mnie swoja krwią. To ja sama sie głodziłam oraz próbowałam popełnić samobójstwo.
-Jesteś na głodzie?-zapytał Sam.
-Tak. Od ponad tygodnia nic nie jadłam. Od kiedy zostałam zatruta ich krwią co wywołało głód. Mogłabym sie pożywić.. miałam na to mnóstwo okazji jednak ja nie chcę. Wiem ze jeden raz sprawi ze będę to robiła potem bez możliwości kontroli.
-Dlaczego Cola przemienili? Zakładali gniazdo?
-Tak ale.. Cole sam tego chciał. Powiedział mi to jak tylko go tam zobaczyłam. Uważa że takie życie jest lepsze od tego jakie miał.
-Mówiłem by go zabić..-powiedział Dean.
Sam sie na niego spojrzał.
-To nastolatek! Niewinny..
-Zabijał. -powiedziałam.- Ale można go uratować.
-Jak tylko dorwiemy tego Maxa.
Zamknęłam oczy tylko na chwilkę.
-Kora?-usłyszałam głos Sama.
-Emm tak?-otworzyłam oczy.
-Coś Ci dolega?
-Nie.. tylko zmęczona jestem.
-Połóż się spać.-powiedział Dean. -Przypilnuję Cię.
Uśmiechnęłam się zamykając oczy i kładąc sie na kanapie.

***

Obudziło mnie zamieszanie. A dokładnie huk. Otworzyłam oczy i zobaczyłam jak Sam przelatuje przez cały pokój i uderza o ścianę. Podniosłam sie do pozycji siedzącej i w drzwiach zobaczyłam Filla.
Ruszył w stronę Sama. Nic nie mogłam zrobić bo byłam przykuta kajdankami do nogi kanapy.
-Fill nie!-krzyknęłam tylko.
-Zamknij sie! To twoja wina!-krzyknął i złapał Sama za gardło po czym podniósł go i teraz Sam bezwładnie wisiał z trudem łapiąc oddech.
-Gdzie jest twój braciszek?! Ten co zabił Paula?!
-Mnie szukasz?
Spojrzałam w drzwi i zobaczyłam Deana.



Fill puścił Sama i skierował siew stronę Deana. Zaczęła sie walka jednak po chwili Fill skończył bez głowy.
Krzyknęłam. Patrzyłam się na ciało niegdyś bliskiej mi osoby.
-Sammy wszystko dobrze?-podbiegł do niego Dean.
-Taa..-powiedział młodszy brat podnosząc się z podłogi.
Obok mnie pojawił się Max... zaczął siłować sie z kajdankami. Rozerwał je.
-Max uciekaj!-powiedziałam akurat kiedy Winchesterowie zobaczyli go.
Ruszyli w naszą stronę kiedy zaatakował ich Col. Max widząc to nie mógł dopuścić by dzieciakowi coś sie stało i także ich zaatakował.
-Kora uciekaj!-krzyknął Max odwracając sie do mnie..
Źle zrobił. Właśnie w tym momencie Dean przebił go kołkiem. Cole zobaczył to i to było ostatnie co zobaczył bo Sam uciął mu głowę.
-Nie! Nie ni nie..-upadłam na podłogę i zaczęłam czołgać sie do ciała Maxa.
Położyłam sobie jego głowę na kolanach.
-Max..
-Czyli to ten? Sam trzeba wziąć jego krew dla Kory.-powiedział Dean jednak cały czas patrzył sie na mnie.
Czułam to. Jednak ja nie odrywałam wzroku od twarzy Maxa. Może i zrobił mi wielka krzywdę.. ale po śmierci Grega udzielił mi schronienia a teraz.. też nie chciał dla mnie źle. W jego rozumieniu oczywiście. On mnie kochał. Bez wzajemności oczywiście.. To dla mnie tu przyszedł. I dla mnie zginął. Nie ważne kim by był.. i jak wiele złych rzeczy by uczynił. Z miłości do mnie oddał życie. Ta świadomość bolała.
-Kora wstawaj.-podniósł mnie za ramie Dean.
Głowa Maxa upadła na ziemię bezwładnie.
Dean wyprowadził mnie z pokoju a zaprowadził mnie do jakiejś sypialni. Pomógł mi usiąść na łóżku.
-Tam jest łazienka. Umyj sie bo jesteś cła w wampirzej krwi. Zaraz przyniosę ci antidotum.-powiedział.
Jednak nie wyszedł.. a ja nie wstałam.
-Co to było? Dlaczego przejęłaś sie jego śmiercią?  Zrobił Ci to! Przez niego cierpisz.
-Nie zrozumiesz..
-Czułaś do niego coś?
-Nie.. tylko wdzięczność.. za to ze wtedy kiedy zostałam sama zaopiekował się.. Jego śmierć.. była.. nie chce o tym rozmawiać.
-Dobra.

***

Wzięłam długi prysznic. Cały czas czułam na sobie krew Maxa. Z łazienki wyszłam dopiero kiedy usłyszałam pukanie zniecierpliwionego Deana. Założyłam jakaś koszulę i dresowe spodnie któregoś z nich co mi przynieśli. Oczywiście były o wiele za duże ale lepsze to niż być owinięta w ręcznik a moje stare ubrania nie nadawały sie już nawet do oddania do prania.
Z mokrymi włosami wyszłam z łazienki.
Usiadłam na łóżku. Czułam sie po wzięciu prysznica trochę lepiej.
-Mimo wszystko wyglądasz już lepiej.-powiedział Dean.
Podał mi szklankę w której była krew Maxa. Czułam ją. Po dłuższym zastanowieniu.. zamknęłam oczy i zaczęłam pić.
-Do dnia maleńka..-powiedział.

Od Alice

  Nie wiem co się stało. Nie wiem też czy żyję.
  Siedziałam na krześle w pokoju, jakby biurze, w którym zawsze był Pan. Ten pokój był zamknięty gdy zjawiali się tam dziwni ludzie. Byli spokojni, szli jak nawiedzeni. Pan mówił, że to opętane osoby, a czasem przychodził sam Lucyfer. Czyli dostał się do świata ludzi. Pan mu pomaga.
-Nie jestem zadowolony, że kręcą się obok ciebie łowcy...
-Nie musisz się martwić, Panie. Ja tylko chcę... kogoś tu poznać...
-Wiesz, że ten kogo poznasz bliżej traci życie? Pamiętasz?
  Kiwnęłam głową.
-A teraz zostawiam cię pod opieką prawdziwych specjalistów.
-Jakich specjalistów? - spytałam ciekawa.
-Jesteś czasem jak dziecko, droga Alicjo. Musisz się jednak przekonać, że życie to istne piekło. A jego panem jest Śmierć i Lucyfer. Niestety, ty zostałaś mi dawno zapisana po twojej matce.
-Co za specjaliści? - dowiadywałam się.
-Dobrze się tobą zajmą.

  Otworzyłam oczy. Leżałam. Dziwne białe pomieszczenie lśniło nadmiarem czystości, leżał obok mój telefon na szafce nocnej i kartka. Chciałam po nią sięgnąć, ale zabolał mnie brzuch. Podwinęłam kołdrę i koszulkę, miałam opatrzoną jakąś ranę.
  Zwróciłam uwagę na ręce, na prawej miałam bandaż.
  Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, skąd mam te bandaże, czemu jestem w szpitalu... ale pamiętałam tylko twarz Deana i dźwięk strzału który powtarzał się w mojej głowie jak echo.
-Przywitaj swoich kolegów, Alicjo. - usłyszałam jakiś głos.
-Kto tu jest? - prawie że krzyknęłam.
  Ale nikt nie odpowiedział.
  Byłam na sali sama, dwa łóżka były puste. Na trzecim leżała nieprzytomna dziewczynka. Spojrzałam w lewo, a tam ujrzałam pojawiające się cienie co jakiś czas.
  Przyglądałam się im, gdy jeden z cieni wyciągnął do mnie rękę... zainteresowało mnie to. Cień, który ''żyje''? Może mam zwidy? Pewnie tak... jasne, że tak! Przecież to nie normalne!
  Gdy nasze dotyki się spotkały, zabolało mnie to. Jakby po całym moim ciele przebiegł prąd, czułam, jak moje ciało płonie, a sama widziałam migające, straszne sceny i rzeczy, których nawet nie można sobie wyobrazić. Rozcinanie skóry, mordowanie. I na koniec znajomy mi strzał.
  Krzyczałam. Do pokoju wbiegły pielęgniarki z lekarzem na czele. Zaczęłam krzyczeć, płakać i się rzucać. Wyrywałam sobie wenflon, wszyscy mnie próbowali trzymać, ale nie dawali rady.
-Szybciej! - krzyknął lekarz. - Podajcie neospasminę, 50.
  Kątem oka widziałam, jak pielęgniarka wyjęła strzykawkę.
-Trzymajcie ją mocniej!
-Nie rozumiecie! Musicie mi pomóc!!! Proszę! - krzyczałam, ale oni mnie nie słuchali.
-Pomagamy ci właśnie, spokojnie... - mówił lekarz.
  Po wszystkim było mi lepiej. Nogi miałam jak z waty, moje ciało było lżejsze...
-Zadzwońcie do Szpitala Psychiatrycznego. Przedstawcie sytuację... trzeba ją tam przenieść. Ona nie jest zdrowa, może zrobić krzywdę, niepokoi pacjentów.
-Tak jest doktorze. - powiedziała pielęgniarka.

  Obudziłam się przywiązana do łóżka. Na suficie pojawił się cień, jakby opadał w dół i zniknął w kącie. Poczułam, że nic mnie już nie obserwuje. Tylko... gdzie ja jestem...? I dlaczego...?
  Minęło pół dnia, byłam głodna i zmęczona. Wpatrywałam się kilka godzin w sufit wołając co jakiś czas kogoś, kto mi wytłumaczy dlaczego tu jestem. Jednak przyszła pielęgniarka i powiedziała, że czas na kąpiel.
-Kiedy wrócę do domu? - spytałam gdy mnie odpinała.
  Ona tylko się uśmiechnęła.
-Kiedy się lepiej poczujesz. Chodź...
  Zeskoczyłam z łóżka i poszłam z nią gdzie prowadziła.
  Weszłam do wielkiej wanny pełnej piany i ciepłej wody pachnącej wiśniowym płynem do kąpieli. Ale o ile się orientuje, szpital tak nie wygląda...
  Gdy siedziałam w wannie usłyszałam za sobą skrzypienie drzwi wejściowych. Odwróciłam się szybko zasłaniając piersi. W środku był przypakowany, wysoki pielęgniarz.
-Masz być cicho. - nakazał, a gdy chciałam krzyczeć uderzył mnie w twarz. - Zamknij się. Rozumiesz?
  Przestraszona milczałam, odwróciłam się.
  Zaczął się rozbierać, słyszałam odpinający się zamek. Wszedł do wanny, kazał mi się posunąć wprzód. Usiadłam na samym końcu wanny by być jak najdalej od niego. Jednak on siłą przysunął mnie do siebie i nie puszczał. Gdy nie pozwalałam mu siebie dotykać, gdy krzyczałam, wołając o pomoc on mnie bił. Zaczął mnie obmacywać. Jego dotyk, każdy dotyk sprawiał mi ból. Nie wiem ile to trwało. Siniaków było więcej, a on nie przestawał. Obmacywanie zmieniło się w gwałt. Chciałam by puścił, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Podduszał mnie, bolało. Wszystko mnie bolało. Chciałam umrzeć. Ale zamiast tego wróciłam do pokoju, w którym byłam wcześniej.
  Pielęgniarka weszła do środka i podała mi jakiś obiad.
-Mogę zadzwonić? - spytałam szeptem wpatrując się w swoje posiniaczone dłonie.
-Dziecko, co ci się stało?!
-Mogę zadzwonić? - powtórzyłam.
-Nie możesz dzwonić...
-Potrzebuję zadzwonić. Potrzebuję zadzwonić... potrzebuję... pomocy...
-Masz tutaj profesjonalną pomoc. Co zrobiłaś w dłonie?
-To pielęgniarz. Krzywdził mnie w łazience.
-Och... wydawało ci się. Tak się czasem dzieje.
-Nie... Pani nie rozumie...
-Rozumiem... Doskonale rozumiem, kochanie. - pogładziła mnie po ramieniu.
  Była miła. Ale nie rozumiała.
-Potrzebuję zadzwonić... Numer Deana... Sama... Nie mam ich numerów... Gdzie mój telefon?
-Mam go.
-Mogę zadzwonić?
-Pytasz o to trzeci raz...
-Mogę zadzwonić?
-Alicjo... odpoczywaj...
-Muszę zadzwonić. Dean i Sam mi pomogą... musi pani uwierzyć... musi pani mi dać mój telefon...
-Nie masz ich numerów, jak chcesz zadzwonić?
-Mam numer Sama... on ma mój... Mogę zadzwonić?
  Wyszła, nie kontynuując ze mną rozmowy.

Od Dean'a


-Sam nie zgadzam się ! - wywrzeszczałem gdy mieliśmy chwilę odpoczynku od towarzystwa Alice
-Dean, mi też sie to nie podoba ale ona może pomóc.
-Wiesz ,że ona może wszystko zniszczyć ? Będziemy na akcji a ja użyją jako karty przetargowej
i ... - przerwał mi
-Nie będzie wychodzić z auta
-Nie ! Dupa ci się spodobała ? To weź ją w przytulny pokój motelowy ale nie na misje prawie że
samobójczą.
-Przesadzasz.
-Powiedz jej ,żeby wracała do siebie.
Tak sie zakończyła wizyta w sierocińcu, Alice powiedziała nam co wie, a ja i Sam pojechaliśmy sami.
Alice moze się trochę zirytować ale powiedzieliśmy ,że niedługo sie odezwiemy.

Jechaliśmy do domu Stiwensów, zadzwonili na policje z dość nietypowy problemem, ich sąsiedzi
są a ich nie ma, sprowadzają w nocy gości, dziwnie się na nich patrzą i ostatnio zginął im pies.
Pomyśleliśmy ,że to może być jakiś trop, trzeba sprawdzić tych sąsiadów puki nie mamy lepszego
punktu zaczepienia. Nie odwiedziliśmy Stiwensów ale od razu ich sąsiadów, znaczy się.. obserwowaliśmy ich dom z auta dłuższy czas ale nic się nie działo, nie było ich. Weszliśmy do środka. Dom jak dom, poobdzierany, w starym stylu, śmierdzi stęchlizną i kilka pokoi przerobionych w cele, krew i łańcuchy, wampiry były tu na pewno ale już najwyraźniej ich tu nie bedzie.
-Nie to szlak ! I gdzie teraz ? - sfrustrowałem sie.
Sammy grzebał już po szafkach i papierach.
-Szukaj czegoś co może nas nakierować.
Westchnąłem i zabrałem się za szperanie. Całe regały w książkach, papierkach i świstkach, biurka
i szafki, pełno syfu i nic po za tym.
-Serio Sam ? Myślisz ,że coś zostawili ?
Sam rysował ogłowiem po jakimś notatniku.
-Tak, mam.
-Ooow... em a co ?
-Myśle ,że ich nową lokalizacje.
-No to jedziem.
Wróciliśmy do impali i ruszyliśmy w drogę.
-Dzwoniłeś ostatnio do Bobba ?
-Tak, mówi ,że jest okej - odparł nie pewnie Sammy
-Na pewno ?
-Nie brzmiało to jakby miało być okej.
-Trzeba do niego zajechać.
-Teraz ?
-Nie, mamy sprawę.
-Wiesz co ? Jedno mnie nurtuje.
-Hmm..
-Jak tam było ?
-W piekle ? Nie pamiętam.
-Ale nic ?
-Nic
-Ale na pewno ? Wiesz ,że ... - przerwałem mu wkurzony
-Powiedziałem ,że nic ! skończ.
I atmosfera zrobiła się napięta, przez dobre pare minut panowała cisza. Było mega niezręcznie,
ale to nie moja wina.
-A jak tam u Casa ? - spytał Sammy
-Nie odzywał sie ostatnio.
-A jak z tą ostatnią pieczęcią ? To jest sprawa priorytetowa.
-Nic nie wie, nie mamy jak sie za to zabrać więc robimy teraz to. Jak coś znajdzie to się odezwie.
-A jeśli juz Lucyfer się wydostał i ...
-Cas nie zyje ? Nie uważasz ,że wydostanie się Lucka zrobi chociaż mały szum ?
-Może...
Dojechaliśmy do jakiegoś motelu, stary niedawno po renowacji, obok bar, duży parking i na nim
7 tirów.

Poszliśmy do recepcji.
-Można prosić o pokój nr. 17 ? - spytał Sam ( chcieliśmy ten pokój bo jego nr był napisany na kartce którą
Sam odbił. )
-17 ? Nie wiem czy jest wolny - powiedziała cicho szukając w komputerze informacji na temat tego pokoju
-Jak nie ten to może być inny
-Nie ma potrzeby, ten się wczoraj zwolnił i już jest wysprzątany. - podała kluczyk - proszę bardzo
-Dzięki - powiedzieliśmy idąc do pokoju
-Wysprzątany ? Bosko. - powiedziałem pod nosem.
Faktycznie pokój aż lśnił czystością, nic tu raczej nie znajdziemy. Cholera !
W takim razie mam czas aby troche się zabawić, jak mówiłem wcześniej zaraz obok jest bar, na parkingu stoją
tiry, będzie cudownie.
-Sammy zbieraj sie
-Gdzie ?
-Musisz się trochę rozerwać, zabawić, wiesz jeszcze co to znaczy ?
-Emm.. nie dzięki Dean, ja tu poszukam informacji i zobacze co u chłopaków.
-Musisz nauczyć się bawić.
Wyszedłem z pokoju i ruszyłem prosto do baru i zacząłem od szota.

Gdy wychodziłem z baru był już ranek może koło 6. Moja dziecinka stała grzecznie na swoim miejscu
nie tknięta. Była to niezapomniana noc, trochę nabroiłem.
Otworzyłem drzwi do pokoju, mega zmęczony, nie patrzyłem pod nogi, zrzuciłem buty i rzuciłem sie
plecami na łóżko. Nagle spod kołdry wyszedł Sammy i jakaś niezła Blondyna, byli nadzy.
-Uhh.. emm... nie zauważyłem.
Patrzyli się na mnie zaskoczeni.
-Nic się nie stało
Sam zarzucił koszulkę leżącą obok łóżka.
-To ja dam wam chwilę
Wstałem i poszedłem do pokoju obok, jeszcze wracając się krok czy dwa i patrząc na nagi bisut blondyny.
Ale bym szarpał. Gdy Sammy wstawał szybko zamknąłem drzwi. Niektórych rzeczy lepiej nie widzieć.
W kuchni zrobiłem kawe i z lodówki wyciągnąłem morzoną pizze. Po 10 minutach do kuchni wszedł Sammy.
-A ja myślałem ,że nie umiesz się bawić. - usiadłem i ugryzłem kawałek pizzy
-Wiesz chciałem jej dać mój numer ale wiesz co mi powiedziała ? - Sammy wziął sobie kawałek pizzy
-Mieliśmy noc ,jutro jest nie ważne.
-Czy ty wszystko musisz sprowadzać do tekstów piosenek ?
-Tak

Poszliśmy do lobby poszukać kolejnego adresu, może ktoś coś wiedział.
W korytarzu minęliśmy się z blondyną.
-Dzięki za noc Pevor - powiedziała i nas minęła
-Pevor ? Serio ?
-No co ?
Rzuciłem mu kpiące spojrzenie i zaczepiłem tą blondynę.
-Wiesz może gdzie mogli pojechać ci z pokoju 17 ? Byli tu przed nami.
-Byli trochę dziwni, a po co chcesz to wiedzieć ?
-Są zbiegami, szukamy ich - pokazałem jej odznakę.
-Ah.. skoro tak, coś mówili ,że zamieszkają 5 km z tąd ale nie wiem dokładnie gdzie, nic w sumie
szczególnego nie wiem.
-Dzięki blondi
-Szarlot
Puściła mi oczko i weszła do pokoju. Już do niej szedłem ale nagle poczułem jak Sam mnie zatrzymuje.
-Nie myśl o tym.
-Ty możesz a ja nie ? - spojrzał się na mnie tym swoim wzrokiem, nie lubie jego wzroku ! - dobra.
Telefon Sama zaczął dzwonić, odebrał.
-Alice ?... no pewnie... tylko muszę tu skończyć sprawę ... jesteśmy blisko Cola... nie... dobra.
-Co jest ?
-Alice chce pójść ze mna na jakiś bal mówi ,że to największe zbiorowisko potworów w roku i ,że możemy
znaleźć tam nasze wampiry.
-Przeciez już prawie znaleźliśmy Cola.
-Trzeba przeczesać jakies 7 km obszaru do okoła.
-Mówisz ,że największe zgromadzenie potworów ?
-No tak ona twierdzi
-Dobra to ja pojadę ty u pobaw się w fryzjera
-Hmm.. -przekręcił głowę w prawo
-Przeczesz okolice !
-Nie sądzisz ,że może jej się ten pomysł nie spodobać i w ogóle czemu ty a nie ja ?
-Mam ładniejszy garniak.
Wyszedłem i odrazu ruszyłem w drogę. Prawda jest taka ,że obawiam sie o brata wolę większe zło brać
na siebie.
Wszedłem do domu Bobbi'ego, na szybko bo musiałem zaraz jechac po Alice.
-Jak tam wampiry ? - spytał Bobby - mam tu dla was jeszcze kilka innych spraw, ostatnio jest ich coraz więcej.
-Co? Czemu? Co tam masz !? - odpowiadałem z łazienki, właśnie wchodziłem pod prysznic.
Bobby mówił co tam znalazł ale średnio go słyszałem, na razie mamy już coś na głowie czym musimy się zająć.  Ogarnąłem się , założyłem garniak.
-Powiedz o tych sprawach innym łowcą, chwilowo mamy pełne ręce roboty.
-Emm.. Dean ?
-Co ?
-Idziesz na imprezę, to jest praca ?
-Tak ! tam będą wampiry.
-A Sammy ?
-Szuka Cola
-Zostawiłeś go samego ?
-Poradzi sobie.
Tam jest bezpieczniejszy niż ze mną tu, pomyślałem.

Byłem juz w umówionym miejscu, Alice póki nie widziała kto jest w aucie ,szła z gracją, uśmiechnięta
w czarnej sukience. Odsunąłem szybę, wystawiłem łokieć i krzyknąłem.
-Pośpiesz sie, nie mamy dużo czasu - uśmiechnąłem się zadowolony z siebie

Alice na chwile sie zatrzymała i zaraz przyśpieszyła lekko wkurzona.
-Dean ?! A gdzie Sam ?
-Ma robotę
-Przecież ja cię nawet nie lubie !
-Nie musisz, to jest praca. Wsiadaj maleńka - klepnałem w drzwi od dziecinki
Alice wyraźnie nie zadowolona wsiadła i ruszyliśmy.
-Skąd wiesz ,że będą tam wampiry
-Zawsze są, co roku coś tam sie dzieje więc muszą być.
-Aaaa i to daje ci pewność ?
-Wystarczy
-No zobaczymy
Nagle włączył sie jeden z moich ulubionych utworów do zabawy, tego nie dało się powstrzymać, od spokojnego
nucenia przeszedłem do głośnego śpiewania i tańca, to był mój numer !

-The...dum.. dum... loves...cooki..s.. creazy...loves... !
-Co ty odpierdalasz !
-Creazy loves ! .... dum da da ... forever !
-Dean łap za tą kierownice !
Nagle Alice chciała wysunąć płytę ale zauważyłem to kantem oka i złapałem ją za rękę i machałem
nią w rytm muzyki.
-Creazy cookis ! - wyśpiewałem jej głośno prosto w twarz
-Debil
Zasłoniła twarz drugą ręką i osunęła się niżej na siedzeniu.
Gdy utwór się skończył wróciłem do normalniej jazdy i w sumie byliśmy już na miejscu.
Wysiadłem, otworzyłem drzwi Alice i wszedłem do środka. ( drzwi ona musiała zamknąć i mnie dogonić)
-Zachowuj się
-Zawsze
-Widziałam...
W środku było wytrawnie, wszystkie snoby sebrały się pod jednym dachem normalnie świetnie.
Ubiorem możę i tam pasowałem ale chciałem jak najszybciej wyjść.... chwila.. już nie ! Ale one mają tu cycki !
-Cześć mała
Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem i zimno odpowiedziała
-Tam stoi twoja dziewczyna
-Co ? ni...możliwe.
Dziewczyna się odwróciła i poszła w swoją stronę.
-Nie mówiłaś ,że mam udawać twojego chłopaka
-Inaczej być nie wszedł, takie są zasady wstępu, osoba towarzysząca ma być ci bliska.
-Wspaniale...
Długo nie musieliśmy czekać na to aby coś się stało, po zaledwie godzinie w sali rozległ sie przeraźliwy krzyk.
-Diana jest cała we krwi, niech ktoś mi pomoże !
Wyleciała z krzykiem jakaś starsza facetka. Szybko pobiegłem za nią. Ciało dziewczyny uległo kapitulacji
i zostało pozbawione wątroby. Wilkołak ? Ale po co obcinać głowę ?
-Proszę się odsunąć ! - powiedziałem do kobiety która ją znalazła - wezwij karetkę.
-Ona nie żyje ?
-Straciła głowę
Nagle kobieta rozbeczała się na dobre. Wyszedłem z pokoju w którym leżał trup i podszedłem do Alice.
Stała zadowolona z założonymi rękoma.
-A nie mówiłam ?
-Dobra, udało ci się.
-Co to ?
-Chyba wilkołak ale nie wiem po co ucinał głowę.
-Wampirom ucina sie głowę ?
-Tak ale łatwiej dźgnąć je kołkiem.
-Ale wtedy jest mniej frajdy nie prawdaż ?
Odeszła biorąc wino z tacki którą niósł kelner.
-Niezła sztuka z niej, jakby tak ją sp... nie to złe!

Podejrzanie szybko sprawa ucichła i wszyscy dalej sie bawili, a karetka nawet nie przyjechała.
No przecież, gdzie wampiry oddadzą ciało członka rodzinny. ,,Członek"... to tak dwuznacznie brzmi..
Głupio jest być ,,członkiem" rodziny, lepiej emm... kimś z rodziny, nigdy nie chce być nazywany
członkiem. Zabawa trwała dalej, tańczyliśmy w głównej sali, było nudno jak na stypie, ale taka praca.
I nareszcie znowu cos sie zaczęło dziać ! Facetka która znalazła ciało Diany wyciągnęła broń i zaczęła
mierzyć do jednego z kolesi na parkiecie.
-To ty zrobiłeś ! Zabiłeś moją Dianę ! Ty psie !
Nie czekała z oddaniem strzało, strzeliła a koleś zaczął się palić w miejscu postrzału i padł martwy.
Srebrne kule...
-Ty dziwko ! To był mój mąż !
Wyleciała z tłumu jakaś brunetka i rzuciła się na kobietę z bronią. Wynikła z tego niezła bójka,
co drugi strzelał a inni atakowali bez niczego, jeden po drugim padali jak muchy. Okazuje się ,że to
był zjazd wampirów i wilkołaków i chyba sie pokłócili...
Wraz z Alice powoli się wycofywaliśmy, nie widziałem tu normalnych ludzi prócz niej. Chciałem ją
schować w bezpiecznym miejscu a później dorwać jakiegoś wampira który bedzie wiedział coś o chłopaku.
Niestety jedna kulka trafiła Alice prosto w brzuch, złapałem ja gdy upadała bezwładnie.
-Alice ! żyjesz ? - potrząsnąłem nią - wszystko bedzie dobrze - pogładziłem ją po twarzy i przytuliłem.
Miała dość mocne perfumy które lekko dusiły.
-Alice ! żyj! mówiłem nie...
Nagle podszedł do nas kelner z paletą z babeczkami. Nie puszczając Alice, wziąłem jedną...dwie moze pieć babeczek

i wziąłem ją na ręcę gdy nagle jakiś koleś we mnie wymierzył.
-Nie jesteś jednym z nas ! - namierzył teraz na Alice - ona też ! Skąd dostaliście zaproszenie ?
-Emm.. koleś, to jakaś pomyłka.
-Jej krew tak smacznie pachnie... daj ją !
-Spadaj !
Chciałem uciec ale tamten ustrzelił, i nagle nie wiadomo skąd pojawił sie Sammy, wziął srebrną tackę
od kelnera i zasłonił nią mnie przed pociskiem. Strzelił do wampira który chciał mnie zabić,
i teraz Sam pomógł mi wyjść z Alice w bezpieczne miejsce. Schowaliśmy ją w pokoju na parterze.
-Sam szybko jakieś opatrunki !
-Skąd ?
-Łazienka !
Rana nie wyglądała najlepiej, była śmiertelna, szybko musiałem coś zrobić. Sammy podał opatrunki
a ja zająłem się raną, mocno krwawiła ale nie dość aby Alice umarła, gdy zrobiłem jej razem z Samem
opatrunek krew ustała. Alice nadal była nie przytomna ale razie mieliśmy pewność ,że przeżyje mimo
utracenia takiej ilości krwi.
-Sam ty z nią zostań a ja poszukam... -przerwał mi
-Dobra leć
Wyszedłem i w sali była totalna makabra, nikt się nie ruszał, setka włok leżała na parkiecie,
niektórzy się przemienili ale większość została przy wyglądzie ludzkim.
Cholera, i kogo teraz przesłucham ?!
Nagle zauważyłem jak wampir który do mnie strzelał próbuje się podnieść, podszedłem do niego szybko
uważając aby nie wdepnąć w jakieś zwłoki i podniosłem go trzymając za frak.
-Co wiesz o Colu ? Gdzie przeniosły swoje gniazdo wampiry wcześniej mieszkające w..
-Nie wiem ! Nie jestem od nich !
-Czyżby ? Gadaj !
Podciąłem mu lekko gardło
-Aaa... nie wiem !
Teraz zrobiłem to rochę głębiej
-Jakieś 20 km stąd w strit 43, tam ich znajdziesz !
Uciąłem mu głowę i rzuciłem na podłogę.
-Dzięki - przetarłem nóż jego garniturem.
Wróciłem do Sama i Alice.
-Musimy z nią jechać do szpitala
Sammy wziął na ręcę Alice i wsialiśmy do impali, droga do szpitala niemiłosiernie się dłużyła
ale gdy przejęli ja lekarze ulżyło nam obydwom. Teraz ma jakiekolwiek szanse...

Nie czekając wraz z Sammem pochleliśmy prosto pod podany adres. Faktycznie był tam jakiś dom,
i byla ta ulica, uzbrojeni po pas weszliśmy do czysto amerykańskiego domu. Na początku było dość cicho
dopóki nie weszliśmy na piętro. Przykułem do ściany jednego z wampirów i bez wahania obciąłem mu głowę,
Samowi ten numer się niei udał, wampir powalił go na ziemie i zaczęli się szarpać. Wyciągnąłem kołek
i w ten sposób spłoszyłem tego który męczył Samma, wtedy Sammy trafił jednego za mną który chciał
mnie zabić nożem kuchennym. Jeden nietknięty spojrzał sie na tego rannego i pomógł mu uciec, zacząłem ich gonić ale na mojej trudzę stanął.. Cole ? Tamci byli już daleko, cholerne szybko-biegi.
-Cole wszystko w pożądku ? Zrobili ci coś ?
-Emm... wiesz... chyba nie.
-Byleś wolny, dlaczego nie ...
Zorientowałem sie w tym momencie ,że Col też musi być wampirem wieć przyszpiliłem go w kajdanki  dzięki którym jest bez władny. Zaczął syczeć.
-Zamknij sie, jakos ci pomożemy. Przypiąłem go do barierki od schodów i poszedłem do Samma.
Tłukł w jakies drzwi
-Zamknięte !
-Ktoś tam jest ?
-Chyba tak, słyszałem wołanie o pomoc ale ucichło.
-Odsuń się.
Z torby wyciągnąłem małą bombę do zamków, zrobił ja dla nas Bobby po tym jak odzyskał zdrowie.
Wybuch nie był duży ale wystarczający, drzwi sie przed nam otworzył a za nimi znaleźliśmy Korę.
Wziąłem ją na ręce, była nie przytomna.
-Dawaj, szybko musimy ja wziąść do nas.
-A znalazłeś chłopaka ?
-Jest wampirem, jestem za tym aby go..
-Dean! możemy mu pomóc.
-Tego nie wiesz ale jak chcesz ryzykować to pakuj go do bagażnika.

Po chwili byliśy w drodze do domu Bobbi'ego. Ja, Sam, nieprzytomna Kora i Cole w bagażniku otępiały.
Jechałem jak najszybciej mogłem, moja dziecinka spisywała sie na medal. Sammy opatrzył Korę, ale
ku naszemu zdziwieniu nie miała żadnej śmiertelnej rany.
-Jak z nią ?
-Nie wiem. emmm wiesz jest chyba..
-Wampirem ?
-Tak jakby
Wyjąłem ze schowka kajdanki z wyrytymi symbolami które pozbawiają mocy wszystko co jest możliwe
i rzuciłem je Samowi.
-Serio ?
-Tak - powiedziałem pewnie
Sammy założył jej kajdanki.
-Musimy znaleźć tego który ja przemienił.
-Wziąłeś krew tego któego zamordowałeś ?
-Tak. Jest nadzieja ,że to on zrobił.
-Oby.
Nagle na drodze stanął nam jeden z tamtych wampirów, ten który nie oberwał.
-Dean uważaj !
Ze ślizgiem i omal nie straceniem panowania nad kierownicą ominąłem go, w lusterku widziałem jak biegnie za wozem.
Był coraz dalej i dalej, jechaliśmy za szybko jak dla niego.

Dojechaliśmy do domu, Cola zapieliśmy w kajdanki w naszej celi a Kore po dokładnym przebadaniu przez
Bobbi'ego zapieliśmy na sofie, kajdanki są dla naszego i jej bezpieczeństwa.
Nagle sie ocknęła, chciała odgarnąć włosy ale zauważyła ,że jest zapięta.
-Emm.. co jest grane ?
-Jesteś u Winchesterów malutka - powiedziałem biorąc łyk piwa
-Powiedziałeś to jak zboczeniec, gwałciciel i biorąc pod uwagę ,że jestem zapięta w kajdanki
na sofie to brzmiało to naprawdę strasznie.
-Kto ci to zrobił ?
-Max
-Jakiegoś zabiliśmy, jak wyglądał ten twój Max.
-Kogo zabiliście !?

poniedziałek, 29 lutego 2016

Od Kory

Obudziłam się już w innym miejscu. Najwyraźniej ewakułacja się udała. Max siedział przy mnie i gładził mnie po głowie.
-Dzień dobry-powiedział.
-Nie umarłam? Czy trawiłam do piekła że tu jesteś?-syknęłam.
-Ciii... Nic nie mów-zignorował moją zaczepkę.-Jesteś słaba. Oszczędzaj siły.
Rzeczywiście. Byłam słaba. Nawet bardzo słaba. Z trudem oddychałam ale jeszcze nie było tak źle.
-Gdzie jesteśmy?-zapytałam.
-20 kilometrów od poprzedniej kryjówki. Łowcy zaczeli węszyć. Musieliśmy uciekać.
-I tak was znajdą.
-Max!-krzyknął Fill.
-Muszę iść a ty odpoczywaj.
Wyszedł. Nie miałam siły się podnieść. Nie jadłam nic od ponad tygodnia. Głód się nadal nasilał. Czasem zastanawiałam się czy istnieje sposób bym żyła.. Ale nie zabijała. Bym nie musiała jeść tego wstrętnego krwistego surowego mięsa.
Usnęłam.

***

Obudziło mnie zamieszanie.
-Jesteśmy tu dwa dni a już mamy uciekać? Nie! Nie będziemy uciekać! Ich jest mniej od nas. Wygramy z nimi-poznałam głos Paula.
-Kora.. Nie możemy ryzykować.-powiedział Max.
Byli w innym pomieszczeniu.
-Miłość do tej suki cię zabije, nas zabije!-krzyknął Fill.
-Nie możemy jej zostawić?-zapytał Cole.
-Jak chcecie to uciekajcie. Nie zostawie jej a ona jest za słaba by ją przewozić. Mogłaby nie przeżyć dłuższej podróży. Już teraz zanim się obudziła spała dwa dni. -powiedział Max.
Chciał ze mną zostać? Nie spodziewałam się że aż tak mu na mnie zależy.. Ale to była jego wina że byłam w takim stanie. To on mi to zrobił. Jego krew zatruła mój organizm.
Jeśli miał racje? I nie przeżyje za długo? Nie chciałam umierać ale też nie chciałam stać się potworem.
-Jeszcze jedno. Nie rozmawiajcie nawrt z tą Katherine. Nie wiem kim ona jest ale mi się nie podoba.
Drzwi się otworzyły i wszedł Max. Usiadł obok mnie i pomógł mi podnieść troche się bym napiła się wody którą przyniósł.
-Oj Kora Kora.. Czemu jesteś taka umarta? Na prawde wolisz umrzeć niż być ze mną?
Sponrzałam się na niego tak że zrozumiał jaka jest odpowiedź. Nie miałam siły mu tego mówić jednak spojrzenie wystarczyło.

***

Dwa dni później obudziło mnie znowu zamieszanie. Coś się działo. Słyszałam krzyki i jak coś upada. Za ścianą najwyraźniej toczyła się jakaś walka. Wstałam ledwo trzymając się na nogach. Byłam cała poobijana. Z dnia na dzień wyglądałam coraz gorzej.
Potargane włosy, ubrania brudne we własnej krwi (po nieudanej próbie samobójczej), blada skóra, lekko przekrwione oczy, liczne siniaki... Nezdomna ofiara przemocy. W tych słowach najlepiej było opisać mój wygląd.
Podeszłam wspierajác się o ścianę do drzwi. Były ze stali i niestety były zamknięte najwyraźniej na klucz.
-Pomocy-powiedziałam najgłośniej jak mogłam co było rzeczywiście równe praktycznie szeptowi.
Hałasy jednak były za głośne. Usłyszałam strzał i aż się wzdrygłam. Co jest grane? Osunęłam się na ziemie nie mając siły już dłużej stać.
-Pomocy.-wyszeptałam znów najgłośniej jak mogłam.
Hałasy ucichły. Słyszałm tylko czyjeś kroki. Położyłam się na ziemi. Byłam zmęczona. Oczy same mi się zamykały. Usłyszałam jeszcze tylko jak ktoś próbował otworzyć drzwi. Potem straciłam przytomność...

Od Alice

  Czekałam na Sama w umówionym miejscu. Pragnęłam spotkać się z nim sama, nie ufałam Deanowi ani nikomu innemu prócz właśnie Samowi. Obok mnie siedziała dziewczyna w ciemnych okularach przeciwsłonecznych zasłaniając swój nadgarstek prawą dłonią nerwowo, cicho rozmawiając ze swoją, prawdopodobnie, koleżanką. Nie należę do osób, które podsłuchują czyjeś rozmowy prywatne, ani w ogóle, ale... ta rozmowa przykuła moją uwagę.
-Nie mogę z tym żyć... to świństwo... - powiedziała ta w okularach.
-Ale jak mogłabym ci pomóc? Ja jestem zwykłym łowcą, co na to poradzę?! Muszę ukrywać naszą znajomość, inaczej sama zostanę podstawiona pod mur przez swoich.
-Ale co ja mam robić?! Cholera... piecze... moje oczy są czerwone, zbladłam, ugryzienie się nasila... boże.. wampiry istnieją... trzeba ostrzec ludzi...
-Nie. Nie zmuszaj mnie, bym cię zastrzeliła, Jenny.
  Dziewczyny zamilkły gdy do kawiarni wszedł Sam.
-W końcu się określiłaś... - powiedział uśmiechnięty, jak zwykle.
  Spojrzałam jeszcze raz na dziewczynę, trzymając w ręku kubek gorącej czekolady. Spojrzenia moje i nowo narodzonej spotkały się.
  Zaraz spuściłam wzrok, gdy poczułam się dziwnie. Udałam, że nic nie słyszałam, ale nowo narodzona chyba wie, że ja wiem.
  Jednak ja tylko słuchałam, nie mam zamiaru nikomu tego powtarzać. Jestem tylko ciekawa wielu rzeczy o '' nie tym świecie o ludziach'', tylko o tym nadnaturalnym,tym czego nie widać gołym okiem.
-Żyjesz? - spytał, a dziewczyny się szybko wyniosły.
-Tak...
-Coś się stało, Ali?
  Spojrzałam na niego nie ukazując lekkiego zdziwienia, że skrócił moje imię. Znów spojrzałam na, już powoli zimną, gorącą czekoladę.
-Nie, nic... tylko... Chciałabym iść do toalety.
  Wstałam i poszłam w kierunku WC. Spojrzałam w lustro, zmyłam twarz zimną wodą dla ochłody, a potem rozpuściłam włosy zdając sobie sprawę, że wyglądam jak totalna wieśniara. Chociaż nie wiem czemu zależało mi na tym, by przy Samie wyglądać w miarę dobrze. Dziwne.
-Wysikałaś się? - zaśmiał się, jednak ja uznałam to za zupełnie normalne pytanie.
  Lekko się uśmiechnęłam.
-Nie byłam oddać moczu muszli klozetowej.
-A co robiłaś? - spojrzał się na mnie, widocznie coś sugerując.
-Hola hola, takie myśli to już twoja brożka! - zaśmialiśmy się.
-A więc, co chciałaś powiedzieć?
-Wiem, że tylko z Tobą mogę porozmawiać... na wszystkie tematy. Tylko na tobie mogę polegać. Miałam przyjaciółkę, Różowa... była tu ze mną, ale zniknęła zaraz po okazaniu prawdy z Panem. Myślę, że to był tylko posłaniec Pana...
-Dlaczego go tak nazywasz? Gardzisz nim...
-Nie mogę nim gardzić. Muszę go szanować, Sam... Nie rozumiesz... - westchnęłam.
  Chciałam wstać, ale złapał moją dłoń i zatrzymał.
-Próbuję rozumieć.
  Milczałam.
  Usiadłam obok niego.
-Przed chwilą siedziała tu nowo narodzona... myślisz, że ktoś ją przemienił... celowo?
-Ktos może tworzyć armię. Z Deanem prowadzimy ciekawe dochodzenie w sprawie z zaginionym dzieciakiem Colem...
-Może jakoś pomóc...?
-Ty już się w nic nie pakuj.
-Ale ja chcę, bardzo chcę. Chce robić coś więcej niż tylko siedzenie i usługiwanie Panu...
-Jesteś za młoda...
-Jestem o rok młodsza od ciebie. - zauważyłam patrząc na niego.
 -Smrodzie, nie podskakuj. Jesteś za młoda i tyle...
-O Ty gnojku! - zaśmiałam się i dałam mu kuksańca. - Proszę! Nic nie nabroję. Chcę tylko być przy tym jak węszycie przy tej sprawie w sierocińcu...
-Skąd wiesz, że był w Domu dziecka?
-Bo było raz w gazecie, że Cole jakiś tam uciekł z domu jakiegoś tam z miasta jakiegoś tam.
-Dokładna jesteś. - zaśmiał się. - Ale ta niedokładność się przydaje, mów dalej.
-Cieszę się, że się przydałam.
-Przydasz. Masz dobry kontakt z dziećmi?
-Nie wiem, a czemu pytasz...? - zdziwiłam się.
-Bo gdy dwóch obcych facetów wejdzie do pokoju np, jego najbliższego przyjaciela i się będzie pytało o wiele trudnych do przełknięcia dzieciaka rzeczy... to wątpię, że będzie się czuł komfortowo. Gdy przyjdzie ładna, miła dziewczyna to pewnie się złamie i powie co wie.
-I ja mam być tą miłą i ładną dziewczyną? - udałam poważną. - Szefie?
-Czyli się zgadzasz? - uśmiechnął się.
-Ależ oczywiście, szefie.
  Zaśmialiśmy się i pojechaliśmy do Domu Dziecka.

  Po tym jak Pani z Domu Dziecka wskazała nam pokój chłopca - przyjaciela Cole'a - Sam przedstawił Deanowi sytuację, dlaczego tu jestem i dlaczego mnie Sam wmieszał. Cieszyłam się, że robię coś więcej niż robienie złych rzeczy dla Pana.
-Co mam mu powiedzieć? - spytałam Sama i Deana.
-Skąd mam wiedzieć? - parsknął dziwnie obrażony Dean.
-Ehm... Dobra... - westchnęłam.
-Po prostu rób swoje. - Powiedział pocieszająco Sam. - Bądź miła. Próbuj z nim szczerze rozmawiać...
  Weszłam do pokoju chłopca o imieniu Stefan. Miał szesnaście lat, był dziwnie zestresowany i załamany. Przerażony - aż śmiałabym określić.
  Zamknęłam za plecami drzwi i powoli podchodziłam do chłopca.
-Hej... Stefan, zgadza się? - zaczęłam, ale on milczał. - Chciałabym z tobą... porozmawiać...
-Na temat Cole'a? Nic nie wiem! - krzyknął i skulił się pod ścianą.
-Chciałabym tylko porozmawiać, dobrze...? Stefan... powiedz mi, co się stało z Cole'em?
-Nie wiem... uciekał czasem...
-Dlaczego uciekał?
-Byłaby pani zadowolona, gdyby była pani w Domu Dziecka, nikt by pani nie chciał... jak większość z nas. On był tym z tych... który się stawiał... ze mną... byliśmy kumplami...
-Jestem Alicja. - przedstawiłam się i podałam mu rękę. Ścisnął ją lekko.
-Wiadomo, ja Stefan...
-Wiemy, że Cole uciekł bo często to robił... chciał stąd uciec?
-Tak. Ale go znajdywali. Teraz... długo go nie ma...
-Czy byłeś świadkiem czegoś, czego boisz się powiedzieć? - spytałam spokojnie. Milczał. - Możesz mi odpowiedziec w każdej chwili, nie stresuj się. Spokojnie, dobra? Poczekam...
-Zaatakowali go dziwni ludzie...
-Zdefiniuj ''dziwni ludzie'', proszę?
-Nie wiem no... byli szybcy, silni...
-Skąd wiesz, że tacy byli? Widziałeś ich?
-W nocy, pod Domem Dziecka... miałem iść za Cole'em... ale zauważyłem tych kolesi... było ich trzech, szybko zabrali gdzieś Cole'a, a ja zamknąłem okno i schowałem się...
-Bałeś się, taka reakcja to nic dziwnego, Stefan... - usiadłam obok niego, a on nagle wtulił się we mnie. - Znajdą go osoby, które wiedzą co robić w takich sprawach...
-Obiecujesz, Alice?
  Milczałam.
-Obiecujesz...?
-Obiecuję, Stefan.
  Poczułam odpowiedzialność za to co przysięgłam. I dopilnuję, by Sam i Dean nie spieprzyli sprawy. Muszą znaleźć Cole'a. Nie zostawię tej sprawy ot tak. I myslę, że Sam mógłby się zgodzić na ewentualne piąte koło u wozu...

Od Katherine

   Ukryłam się w Huston, gdzie miałam święty spokój od łowców. Siałam wszędzie spustoszenie, ale nie próbowałam jeszcze żadnej kropli krwi. Nie wiem dlaczego, przez zaginione ciało Jane nie mogłam pić krwi, nie byłam w stanie. Może dlatego, że Jane jeszcze żyje?
  Po prostu zabijałam, pracowałam jako cichy zabójca, do wynajęcia, na zlecenie, można to nazwać jak się chce. Aż pewnego dnia dostałam nietypową, ciekawą ofertę od nietypowej, ciekawej osoby. Przyjechałam specjalnie znów do Morganville by zapoznać się z sytuacją. Mimo tego, że nie mogłam pić krwi ludzkiej ani zwierzęcej, trawiłam tylko ''zdrową żywność'', jak na chore zrządzenie losu, miałam umiejętności które posiadałam jako ten normalny wampir.
-Nazywam się Dan. - usiadł naprzeciwko mnie w kawiarni. - A Ty zapewne jesteś Katherine. - uśmiechnął się.
-Owszem. A więc, co to za kusząca propozycja?
-Wadzą mi pewne osoby. Łowcy. Mieszkają tu...
-Zaraz, chwila,chwila... - przerwałam mu. - Czy nazywają się Dean i Sam?
-Tak.Widzę, że są ci znani...
  Załamałam się.
-Tak, zgadza się. - westchnęłam. - Byłam z nimi pewien czas, są dosyć nieźli w tym co robią...
-Ale dasz radę, prawda? - oparł się zrelaksowany o oparcie kanapy.
-Wątpię...
-Zapłacę.
  Ryzyokowałam. Już nie grała tu rola pieniężna, chodziło o moje życie, a jak na razie będąc/niebędąc wampirem potrzebuję być nienaruszona zbyt poważnie. A jeśli się wpieprzę znowu w Deana i Sama skończy się to źle dla mnie i dla nich.
-Nie wiem...
-Zapłacę nieśmiertelnością i wampiryzmem o jakim marzysz od pewnego czasu.
-Skąd wiesz...
-Wiem wszystko.
-Skoro tak, to pewnie sam mógłbyś zająć się łowcami.
-Nie zupełnie. Ja muszę być w ukryciu, a oni przeszkadzają mi bo kręcą się obok mojej podwładnej.
  Uniosłam brwi zainteresowana.
-Chyba możemy sobie pomóc. - uśmiechnęłam się zgadzając na propozycję Dana.
-Ale najpierw zacznij od odsunięcia niejakiej... Kory. Zmiennokształtna, sprawiająca problemy. Zaginęła, ale jest bliska śmierci... z tego co wiem ma problemy z wampirzymi koleżkami, a Ty jesteś dobra w uwodzeniu. To jeden z twoich darów, nieprawdaż?
  Uśmiechnęłam się.
-Czyli od czego zacząć, szefie?
-Od Kory.

  Weszłam do domu tych wampirów. Otworzyła mi drzwi jakaś młoda wampirzyca, szczypiorek, nowo narodzona dziecinka która wykonywała prośby tych starszych przez nasilony głód. Wiem jak to wygląda, sama na początku usługiwałam Markowi.
-Przyszłam zobaczyć jak u moich ''braci'' się wiedzie.
-Nie znamy cię. - odparła cicho wampirzyca.
-Jestem Katherine. - podałam jej rękę. - Ta jedna z pierwszych wampirów na świecie, wiesz, szacunek i te sprawy. Mam prawo wszędzie wejść, tutaj również. Gdzie są twoi... ehm... jak to tam nazywasz?
-E....
-Kto to? - spytał jakiś facet.
-Hej, jestem Katherine Pierce, jak leci? - spytałam kpiąco.
-Kim do cholery jesteś, a Ty?! Czemu wpuszczasz kogoś do mojego domu?!
-Halo, na nią pokrzyczysz sobie później, teraz ja tu jestem w seksownej sukience, może zwrócisz na mnie uwagę? - spytałam próbując zmusić go do spojrzenia mi w oczy by użyć daru.
-Wiem kim jesteś. - odparł, chyba przejrzał moją grę. - Czego możesz tu chcieć? Jestem Max.
-Przyszłam odwiedzić Korę. Słuchaj, mam ją albo zgnieść jak robaka, albo się z nią zaprzyjaźnic i chronić przez moją nieśmiertelnością, ale moc Kamienia Filozoficznego jest dla mnie zbyt ważna, by zależało mi na życiu jakiejś tam... ehm... Ach, Kora.
-Ale ja już mam co do niej plany...
  Pogładziłam go po ramieniu, spojrzał mi się w oczy. O to mi chodziło. Nie mógł się ode mnie oderwać, jego wzrok spoczywał na moim.
-Mógłbyś mnie tam zaprowadzić...? - szepnęłam.
-Oczywiście, Katherine.
 
  Czar szybko prysł, ponieważ moje zdolności są równie osłabione czasowo, jak moje życie na tej żałosnej planecie. Kora jest zdezorientowana po części, przyszłam tu by zbadać poziom zagrożenia jakie grozi mnie jeśli przyszłabym tu ją wykraść.
  Poziom niebezpieczeństwa - zerowy.
  Czyli powinno pójść łatwo.


  Na następny dzień szpiegowałam Deana i Sama. Niestety - Sama nie było w domu. Po obskoczeniu wszystkich pomieszczeń w domu, poruszając się przy tym jak kot - bezszelestnie - mogłam stwierdzić, że Deana również nie ma. Zła wróciłam do domu, jednak ku mojemu zdziwieniu, nie mogłam też znaleźć tej całej niewolnicy mojego tymczasowego szefuńcia. Hmm... jak można sie tak poniżać w byciu niewolnicą? Żałosne... doprawdy.

niedziela, 28 lutego 2016

Od Kory

Głód był straszny a tamci zamiast przynosić mi normalnego jedzenia podrzucali mi surowe mięso. Dni ciągnęły się niemiłosoernie długo. Czułam się tak jakby siedziała tu na głodzie z rok a zaledwie byłam tu prawie dwa tygodnie. Czułam się fatalnie. Słyszałam bicie serca ofiar moich oprawców. No oczywiście do czasu kiedy już były martwe. Nic nie mogłam zrobić by ich uratować bo byłam zamknięta w innym pomieszczeniu a nawet gdyby tak nie było.. I tak bałabym się zareagować. Nie ufałam głodowi. Na razie to kontrolowałam ale.. Nie byłam pewna jak długo dam jeszcze radę. Zaciskałam zęby ale mięso mnie "wołało". Jak wilkołaki dają rade?
-Kora zjedz.-powiedział Max.-Nie przeżyjesz tak dalej. Już cię nie poznaje.
Miałam potargane włosy, brudne ubrania od siedzenia tu w tym bałaganie oraz byłam strasznie blada i miałam przekrwione oczy. Schudłam też. Wyglądałam jak bezdomna albo żywy trup.
-Wolę umrzeć niż to zjeść.
-Tak teź się stanie jak nie zjesz. Kora... Skarbie. Teraz żałuje że ci to zrobiłem.
Wściekłam się. Głod także sprawiał że ciężko było mi panować nad emocjami.
-Teraz żałujesz?! Teraz?! Przez ciebie stałam się potworem! Głód jest straszny! Ale jestem.. Na tyle silna by wygrać z nim. Zrozum. Nie będę jadła tego! Nie stane się mordercą. Wole umrzeć.
-Nie pozwole na to.
Wyszedł zostawiając mnie samą.
Musiałam coś zrobić. Wstałam. Czułam każdą kość. Każdy krok był bolesny. Podeszłam chwiejac się do okna. Zamachnęłam się i potłukłam szybe, byly w nim kraty to i tak bym,nie wyszla ale nie to było moim celem. Złapałam jeden kawałek szkła i przeciełam dobie nadgarstki. Krew zaczęła płynąć. Samobójstwo nie było honorowe ale takim czynem nie będę stanowiła już zagrożenia dla nikogo.
Już odpływałam kiedy drzwi się otorzyły i wbiegł Max.
-Coś ty głupia zrobiła?!-krzyknął a ja spojrzałam na niego sennym ale pełnym sadyskwakcji i zadowolonym spojrzeniem.
-To koniec Max. Już nie zniszczysz mi bardziej życia.. Bo nie będę żyła.
Podszedł i wyciągnął mi szko z nadgarstków by rany mogły się zacząć jako tako goić. Porwał jakąś ścierke i obwiązał mi je.
-Zostaw-opierałam się.
-Nie, nie pozwole ci na to.
-Max! Łowcy są coraz bliżej! Za dużo ryzykujemy! Czas się zmywać!- powiedział Paul.
Max wziął mnie na ręce i zaniósł do ich samochodu. Położył mnie na tylnim siedzeniu. Miałam skute ręce i nogi więc mógł wrócić do chłopaków nie bojąc się że uciekne.
Najwyraźniej musieli spakować pewnie rzeczy.
Ja byłam zmęczona i senna. Nie dałam rady długo opierać się i w końcu zasnęłam wyczerpana.
Ostatnim o czym pomyślałam było to kiedy wreszcie to wszystko się skończy. Miałam dość! Dość tego głodu! Dość że zawsze w coś się wpakuje! Dość tego że jestem taka słaba i samotna.. Byłam najwyraźniej typowym,nieudacznikiem. I to mnie wkurzało.

Od Dean'a


Czułem świeże powietrze, trawe i kwiatki ? Moje sny są nawet i dla mnie dziwne.
Nie chciałem otwierać oczu, wolałem zostać w tym śnie na siłe. Nic nie widziałem ale
czułem, było mi wygodnie. Nagle poczułem delikatne mrowienie na szyi, nieznaczne mnie łaskotało,
ale gdy poczułem ugryzienie szybko się zerwałem, złapałem w miejsce ugryzienia i roztarłem robala.
Siedziałem na trawie, i to nie był sen. Gdzie ja jestem ? rozejrzałem się do okoła i spostrzegłem Casa
-Dean. - powiedział spokojnie
-Cas ? Gdzie my jesteśmy ?
Powoli wstałem i otrzepałem ubranie z trawy.
-Nie mogę widzieć się z tobą bezpośrednio, sprawy wychodzą spod kontroli.
-To sen ?
-Iluzja, sen. Teraz leżysz w impali.
-Co ?
Pokręcił głową z niesmakiem.
-Miałeś ciężką nos.
Złapałem się za głowę i przypomniałem sobie co się działo w nocy, trochę przebalowałem.
-No tak. Jak ci pomóc ?
-Pilnuj Sama, lucyfer wybrał do za naczynie którego użyje gdy wyjdzie.
-Jeśli wyjdzie
-Została tylko jedna pieczęć
-co ! Mówiłeś że panujesz nad tym.
-Mówiłem ,że robimy co możemy.
-Jak do tego nie dopuścić.
-Nie wiem. Nie wiemy gdzie znaleźć Abadona. Zniknął.
-Jak to zabić ?
Cas nic nie odpowiedział ale wiedziałem ,że miał na języku ,,nie wiem" czy on w ogle coś wie oprócz tego
,że dom mu się wali ? Nie mam wyboru muszę mu pomóc, i wtajemniczyć w to Sama.
-Jak czegoś  sie dowiesz to.. zadzwoń ! masz telefon.
Obudziłem się w impali. Najgorsze w początku dnia jest wstawanie a ja robie to dziś drugi raz,
najchętniej bym spał do południa ale mam prace do wykonania. Wszedłem do domu, tam Bobby rozmawiał z Samem
-Ooo wstała śpiąca królewna. - powiedział Bobby
-Takie zabawne ?
-Tak - odparł zadowolony z siebie Samy
-Macie już coś ?
-Freddy Wonson wyschnięty na wiór, ugryzienie na szyi, znaleźli go w śmietniku, był bezdomny.
-Wampiry ?
-Na to wygląda.
Sammy spojrzał sie na mie tym swoim podejrzliwym wzrokiem.
-Emm.. Dean ? wszystko gra ?
-Tak, gdyby nie kac.
Zarzuciłem kurtkę i wziąłem dokumenty FBI
-To jak idziemy ?
Chłopaki spojrzeli po sobie ale nic nie odpowiedzieli, oboje się ogarnęli i wyszli za mną.
Nim wsiedliśmy do auta.
-Bobby, na pewno wszytko gra ? może odpoczniesz w domu ?
-Przestań słodzić księżniczko Bello, jest dobrze.
Wsiadł do auta. Spojrzałem się na Sama on na mnie, wzruszyłem ramionami i pojechaliśmy na miejsce.
Byliśmy już w garniturach federalnych i wchodziliśmy do komisariatu prowadzącego tą sprawę.
Podeszliśmy do biura i w trojkę pokazaliśmy dowody FBI
-,,Dean ? Mam coś. Potrzebna będzie mi twoja pomoc" - usłyszałem głos Casa - ,,Alice zna kogoś kto
ma bezpośredni kontakt z Lucyferem, możemy to wykorzystać"
Zamyśliłem się i nie ogarnąłem sytuacji, gdy sie wyrwałem z zadumy zauważyłem ,że każdy na mnie patrzy. Zwróciłem się do chłopaków.
-Nowa sprawa, muszę iść jak tu załatwicie co trzeba zadzwońcie.
Wyszedłem z komisariatu i po chwili pojawił się Cas.
-Jednak możesz się ze mną spotykać!.... chwila to źle zabrzmiało, bardzo źle !
Cas jak zawsze nie wiedział o co mi chodziło z tym spotykaniem, anioły są proste nie rozumieją podtekstów.
-Tak, sprawy nabierają tępa. Musisz znaleźć Alice a ona doprowadzi nas do... - przerwałem mu
-Pana ?
-Można tak to ująć. Zawadą nią.
-Do tego jest potrzebny Sammy on ma z nią lepsze relacje. Po co on ją wypuszczał ?
-W sumie Dean, każdy ma wolna wole.
-Głupia.
Cas zniknął a ja poczekałem na chłopaków w kawiarni.
-Proszę ciasto - powiedziałem do gościa za ladą
-Jakie?
-Czekoladowe z bita śmietaną.
-A cholesterol ?
-Kocham swój cholesterol.
Usiadłem przy stoliku i jadłem. Sammy i Bobby nie mieli problemu ze znalezieniem mnie. Dosiedli się do tego samego stolika.
-Musimy znaleźć Alice. - powiedziałem łapczywie biorąc kolejnego kęsa
-Po co ? Myślałem ,że.. - przerwałem mu
-Ma kontakt z Luckiem.
-A co z wampirami ? Sieją tu niezły zamęt, to nie była jedyna ofiara.
-Alice znajdziemy przy okazji. - powiedział Bobby - zginął też chłopak ,Cole.
-To jedziemy.
Dokończyłem szybko ostatni kęs ciasta i wyszliśmy. Ostatnim mieszkaniem Cola okazał sie dom dziecka,  tam zaczęliśmy.

sobota, 27 lutego 2016

Od Kory

Chodziłam w te i z powrotem na tyle ile pozwalały mi łańcuchy. Musiałam sie stąd wydostać i to koniecznie! Jeśli tu zostanę oni wymyśla coś bym.. jednak została z nimi,. Wiedziałam to. Były trzy wyjścia z tej sytuacji-
Pierwsze- przyłącze sie do nich czego bardzo bym nie chciała
Drugie- ucieknę stąd
Trzecie- będę tu tkwiła do końca życia jeśli nie uda mi sie uciec i będę stawiała im opór.
Czwartego wyjścia nie ma. Bo przecież żaden rycerz na białym koniu nie przybędzie mi na ratunek. Nawet w wierzy nie jestem zamknięta a co mówić bym nadawała sie na księżniczkę.
Drzwi sie otworzyły i wszedł Max.
-To jak? Przemyślałaś naszą propozycję? Nie martw się żadnej kary nie będzie za to ze odeszłaś od nas i potem nam groziłaś a nawet odpuszczę Ci to że mnie zraniłaś.
-Nie dołączę do was! Nie popełnię tego błędu ponownie!
-Skarbie.. Może być tak jak dawniej. Nie musisz brodzić sobie łapek. My zabijamy.. ty tylko milczysz i dotrzymujesz nam towarzystwa. Mi dotrzymujesz towarzystwa.
-Nie! Prędzej was zabije!
-Przestań bawić sie w łowce. Jesteś jedna z nas. Istotą nadnaturalną. Jesteśmy nad ludźmi.
Dotknął mojego policzka delikatnie.
-Nadal możesz być ze mną.
Zmrużyłam oczy i cofnęłam sie o krok.
-Prędzej umrę.
Pokręcił głową i wyszedł.
Zaczęłam krzyczeć.





-Wracaj tu i zakończ to! Zabij mnie! Na co czekasz!
Jednak poszedł sobie.

***

Minął dzień. Nadal siedziałam zamknięta i skuta w tym pomieszczeniu. Oczywiście przynosili mi jedzenie którego ja oczywiście nie jadłam.
-Będziesz sie tak głodzić?-zapytał Fill.
-Śmierć głodowa potrwa długo-odparł Paul.
-Przynajmniej będę wolna.. jak umrę. -prychnęłam.
-Złamiemy Cie .Znowu będziesz z nami.-powiedział Max i wyszli.

***

Po dwóch kolejnych dniach pozwolili mi opuścić to pomieszczenie. Oczywiście nadal miałam skute ręce i pilnowali mnie na każdym kroku. Szliśmy przez magazyn w którym sie zatrzymali. W holu zobaczyłam trzy ciała.
-Co wy u diabła zrobiliście?!-powiedziałam wściekła.
-Co? A to! Nie mamy czasu posprzątać po kolacji. -powiedział Max.
A więc nadal polują. To sie dla nich źle skończy. Weszliśmy do innego pomieszczenia. Były tam dwa materace na ziemi. Na jednym z nich w rogu siedział przestraszony chłopak.
-A to co? wasze śniadanie?-zapytałam zła.
-Nie. to nasz nowy rekrut. Dopiero dwa dni temu dołączył. Jeszcze sie przystosowuje. Dwa z trzech ciał w holu to była jego kolacja.
Spojrzałam na tego chłopaka. Przemienili go. Jak mogli..
Posadzili mnie trochę brutalnie na drugim materacu.
-Stwierdziliśmy że możesz być trochę samotna.
-Łowcy was wytropią.-powiedziałam.
-Nie. Tamci ludzie byli bezdomnymi. Kto ich bedzie szukał? Nikt. A ten tu.. nastolatek z problemami. Mieszkał w domu dziecka. Często uciekał. Personel pewnie stwierdzi ze to jego kolejna ucieczka. Szczerze? Sam do nas przyszedł. -powiedział Max.
-To wam sienie uda. Nie stworzycie tu gniazda.
-A kto powiedział ze tu chcemy go stworzyć? Przeniesiemy sie jak tylko powiększymy rodzinkę.
Zmrużyłam oczy.
-Nie ujdzie wam to płazem! Poniesiecie karę za to wszystko co robicie!
-Śmieszne. -parsknął Fill.
Wyszli a ja zostałam z tym chłopakiem sama.
-Jak masz na imię?
-Cole.
-W coś ty sie biedaku wpakował..
-Mówili ze tak jest lepiej.. ze to inne życie. Że będę miał wszystko co tylko chcę.
-I co masz? Zatęchłą norę, brudny materac na podłodze i głód. Zabijasz.
-A ty niby jesteś lepsza? Siedzisz w tym dłużej!
-Ale nigdy nie zabiłam.
-Patrzyłaś jak oni zabijają. Milczenie i nic nie robienie jest gorsze.
Nic już nie mówiłam .Cole miał racje. No ale co miałam zrobić? Tym razem nie powtórzę błędu. Wtedy byłam świeżo po śmierci Grega. Czułam sie samotna. Fill, Paul i Max zaopiekowali sie mną. Wtedy już nie czułam sie samotna.. ale po paru miesiącach nie dałam rady tak.. uciekłam od nich.. A siłę by to zrobić dał mi list który znalazłam. List od Grega.

***

Po dwóch kolejnych dniach byłam już słaba. Rany które odniosłam w starciu z demonami jeszcze sienie zagoiły. Nadal nie odzyskałam sił a dodatkowe głodzenie się osłabiało mnie. Rano słyszałam jak Paul mówił do Max'a że długo tak nie pociągnę.. że lepiej już mnie zabić. Wiedziałam jednak ze Max sie nie podda. Zależało mu na mnie. Jednak bez wzajemności. Dla mnie był tylko zwykłym paskudnym wampirem który zabija niewinnych ludzi.
Max wściekły otworzył drzwi do pomieszczenia. Cola nie było. Paul i Fill zabrali go na polowanie.
-Co ty Kora robisz?
-Nic co by szło po twojej myśli. -odparłam siedząc w koncie na materacu.
Podszedł do mnie i brutalnie mnie podniósł.
-Szkodzisz sobie. Nie mogę pozwolić byś sie zagłodziła. To co zrobię jest ryzykowne ale może podziała. Mam nadzieję. Słyszałam o paru takich przypadkach. Ty będziesz kolejnym.
Chwycił mnie mocno i ugryzł w szyję.





Krzyknęłam. Bolało niemiłosiernie! On upił tylko trochę mojej krwi jednak byłam wystarczająco osłabiona by stracić przytomność. Gdyby nie to ze mnie podtrzymywał upadłabym.
Kiedy już oderwał usta od mojej szyi rozerwał sobie nadgarstek i przysunął go do moich ust. Jego krew wbrew mi wpływała mi do ust.. Nie chciałam pic jednak zaczęłam sie dławić.

***

Obudziłam sie po paru godzinach. Nie wiedziałam co sie dzieje jednak doskonale słyszałam rozmowę którą prowadziły osoby w innym pomieszczeniu.
-Coś zrobił?
-Przecież ona jest zmiennokształtną! Nie stanie sie wampirem!
-Macie rację.. Nie stanie sie wampirem takim jak ja. Jednak powinna zyskać pewne nasze cechy. Lepszy słuch, węch, wzrok.. oraz będzie łaknąc krwi.
-Zmiennokształtny wampir?
-Nie do końca. Z nią będzie bardziej jak z wilkołakiem. One też łakną krwi a nie są wampirami. Nawet nie tyle krwi jak bardziej surowe mięsko. Słyszałem o paru takich przypadkach. Postanowiłem spróbować. To była jedyna szansa.
-Łowcy zaczęli sie kręcić. Robi sie niebezpiecznie. Nie wiem czy to był dobry pomysł.. Musimy się ukrywać. Ona może narobić nam teraz problemów.
-Niedługo sie stąd wyniesiemy.
-Jak sie czujesz?-usłyszałam głos znacznie bliżej niż tamte.
Spojrzałam na Cola.
-Ale masz oczy... nawet ja tak czerwonych nie miałem.
-Co oni mi zrobili?-zaczęłam łgać.
-Spokojnie. Nie będzie tak źle. Jak sie będziesz karmić.. głód minie.
-Nie rozumiesz... ja nie jestem taka.. Ja nie mogę zabijać.
-Nie musisz. My będziemy zabijać. Ty będziesz.. dostawała resztki. My będziemy pili krew a ty będziesz.. zjadała resztę.
-Ja tak nie robię! Ja.. ja jestem dobra.
-Już nie.-powiedział.

***

Po paru godzinach wyciągnęli mnie na hol. Był tam człowiek. Pożywili sie na nim. Był jeszcze żywy kiedy powiedzieli ze teraz moja kolej.
-Nie-powiedziałam patrząc sie na człowieka i nie odrywając od niego wzroku.
Czułam głód. Zaczynałam czuć głód!
-Kora.. maleńka. on i tak by umarł.-powiedział Maks dotykając mojego ramienia.
Upadłam na kolana. Głód był taki silny ale..
-NIE! -krzyknęłam.-Nie pożywię sie! Jesteście wstrętni i okrutni! Tak nie można!
-Nadal uważasz sie za lepszą?-powiedział wściekł Fill.
-Jestem od was lepsza! Ja nie zabijam!
Zobaczyłam furie w jego oczach, Zamachnął sie i uderzył mnie w twarz. Upadłam.
-Fill!-krzyknął Max.
-Należało sie jej. Niech zrozumie gdzie jej miejsce i jak bardzo jesteśmy dla niej litościwi!
-Nie podnoś na nią ręki! Jeszcze raz a tobie sie oberwie-wycedził przez zęby Max.
Spojrzał na mnie z góry i pokręcił głową z niesmakiem.





-Myślałem ze dasz radę.. Najwyraźniej potrzebujesz czasu.
Zamknęli mnie znów w tym pierwszym pomieszczeniu. Stwierdzili ze kiedy głód stanie sie silniejszy.. poddam sie i pożywię się. Śmieszne. Prędzej sama sie zabije!
Ja nie jestem taka. Ja nie zabijam. Jestem dobra. Mimo wszystko...

Od Alice

  Nie podobało mi się to, że musiałam siedzieć w jakimś pomieszczeniu imitującym pokój. Czekałam, aż któryś z łowców przyjdzie i wyjaśni mi, co to ma znaczyć. Pan będzie wściekły, jeśli nie będzie miał ze mną kontaktu do wieczora. On mnie potrzebuje do wykonywania zadań których on nie może wykonać, bądź po prostu nie ma na to czasu. Raz potrzebował duszy młodej dziewczyny, nie chciałam tego zrobić, ale wtedy opętał mój umysł jednym z demonów i musiałam wykonać jego polecenia i zabiłam dziewczynę bez mrugnięcia. Pan mógł wtedy wymazać ten obraz z mojej pamięci, ale nie zrobił tego z jednego powodu - to za karę, bo nie wykonałam jego polecenia z własnej woli - musiał mnie do tego zmusić.
  Podniosłam się szybko, gdy drzwi zapiszczały nieprzyjemnie, a do środka wszedł Sam. Wściekła podeszłam do niego nadając wściekła na niego, jakim prawem tu jestem. Zasłonił mi usta i uspokajał mnie przez chwilę.
-Skończyłaś? - spytał przewracając oczami.
  Burknęłam coś niewyraźnie, a on zdjął dłoń z moich ust.
-Nie chcę tu być! Możesz mnie wypuścić?
-Nie zupełnie. Powiedz kto jest Panem?
-Usłyszy...
-Nie, tu nie.
-Ehm... Boję się... nie chcę ryzykować...
-Jestem tu, w razie czego będę wymachiwać bronią w tego kutasa. - zaśmiał się, ale mi nie było do śmiechu. - No powiedz. Obiecuję, że nic Ci nie będzie.
  Spojrzałam na niego. Wahałam się.
-Pan... jest Panem Śmierci... - spojrzał się na mnie dziwnie. - Ehm... stałam się jego służącą po tym, jak moja rodzina wkopała się w tajemniczych okolicznościach w niezałatwione sprawy z Panem... Mama wymigała się ze śmierci przez czary, jakich użyła by być nieśmiertelną... ale przez to straciła moc całkowicie - tak czarownice płacą za nieśmiertelność - ale Pan wiedział jak ją omotać. Mama bała się śmierci... Tata za to nie miał pojęcia o życiu mamy, kim jest, co zrobiła, jak bardzo przywiązuje wagę do chęci bycia nieśmiertelną. Pochłonęła ją żądza nieśmiertelności. Pan wykorzystał jej nieuwagę, chwilę napawania się tym... wiedział, że dla niej najważniejsza jestem ja. Byłam jej oczkiem w głowie... a gdy powiedział, że jeżeli nie odda mu siebie i nie zostanie jego służącą... wtedy zabije mnie...
-Ale co to ma do Ciebie? Dlaczego się go boisz?
  Wahałam się.
  Złapał mnie za dłoń i lekko pociągnął na łóżko, bym usiadła obok niego.
-Możesz mi zaufać. - szepnął.
  Nikomu nie mówiłam o tej historii. Ciężko mi było wrócić do dnia, w którym widziałam, jak Pan zabija moją matkę.
-Ehm... Moja matka została przez Pana przechytrzona, bo on chciał również mnie, gdy mama stawiała opór przed masą zadań, które miała wykonywać. Nie widywała mnie, a to ją wykańczało. Ojciec myślał, że mama go zdradza... Wszystko było przeciwko jej, nawet ja, mając parę lat nie chciałam jej widywać. Bo myślałam, że mnie zostawiła. Nie pytałam gdzie jest mama, co się z nią dzieje... ja przestawałam ją kochać... Mama przestała wykonywać jego zadania, przestała być służącą, przestało jej zależeć na nieśmiertelności... Ale było za późno, by wrócić. Pan zabrał jej duszę gdy mama wróciła do domu bo uciekła od niego... do mnie. Przytuliła mnie, powiedziała, że uciekamy... Nie chciałam, przeciągałam to, a Pan znalazł mamę zbyt szybko. Zabił ją, zaczęła powoli się rozkładać na moich oczach, krzyczała... - zaczynałam płakać. - Potem jako dziecko zaznaczył mnie... jako jego własność. Czekał, aż osiągnę osiemnaście lat.
-Jakie to znamię?
  Podwinęłam koszulkę i zaraz pod prawą piersią był znak pentagramu, a w nim czarny kruk. To znak jego własności, ale i opętania przez samą śmierć. Wyjaśniłam mu co to, a on był całkowicie zdziwiony.
-Dlaczego się go boisz?
-Bo to Pan Śmierci...? - zaśmiałam się nerwowo. - Po prostu... wiem, że ma mnie w garści. Moją duszę, bo jest podpisana jego znakiem. Nie pozbędę się go, jeśli sam nie zechce... Jestem zwykłym człowiekiem. Trzyma mnie w garści. Nie mogę się ruszyć z jego władzy... - starłam łzę.
  Ku mojemu zaskoczeniu przytulił mnie. Objęłam go po chwili czując, że tak mi dobrze, że czuję, jak emocje przy nim ustępują.
  Po chwili zdałam sobie sprawę co robię. Odskoczyłam od niego jak poparzona i wstałam.
-Ekhem... Yyy... ten... no... - jąkałam się. - Mogę stąd iść, prawda? Pan będzie wściekły...
-Tu cię nie znajdzie...
-Ale wolałabym go nie denerwować... uwierz mi... Poza tym nie chcę byś się wtrącał. W ogóle...
  Wyszłam marszem i wróciłam do Pana.

  Był zły, ale dał mi zadanie załatwić duszę opętanej osoby. Tak Pan dogadywał się z Lucyferem. Mieli jakieś swoje targi...
  Gdy byłam w mieście i poszukiwałam Katty Rose Watson, która miała siedemnaście lat, ciężarna, opętana, spotkałam na ulicy wysiadających z samochodu Deana i Sama. Sam zauważył mnie od razu, a ja próbowałam przemknąć niezauważona. Gdy moje i jego oczy się spotkały tylko się uśmiechnęłam, podeszłam do taksówki i zamierzałam wrócić do domu Pana.
 -Czekaj,czekaj! Alicjooo! - krzyknął Sam i podbiegł do mnie.
-Ty! Alwaro! - krzyknął Dean. - Śpieszy nam się!
-Spadaj! - machnął na niego Sam. - Wszystko dobrze?
-Tak... mówiłam, żebyś się nie wtrącał...
-Ale ja się nie wtrącam! - podniósł ręce na znak usprawiedliwienia. - Tylko się zastanawiam, czy może chciałabyś wyskoczyć ze mną...
-Chcesz się dowiedzieć więcej? - spytałam, gdy poczułam, że Pan jest zajęty i nie słyszy mnie teraz.
-Ech... Miało to być że niby nie o to chodzi...
  Przegryzłam wargę.
-Interesuje cię to?
-Bardzo.
-To poczytaj sobie w internecie, nie wiem. Nie mogę o tym rozmawiać, poza tym prosiłam, nie wtrącaj się. Pan coś Ci zrobi, nie chcę tego. Nie chcę nikogo mieszać. Od niego nie ma ucieczki. Do końca życia, może nawet wieczność.
  Odeszłam szybko od niego przed siebie ignorując taksówkę.