czwartek, 3 marca 2016

Od Alice

  Nie wiem co się stało. Nie wiem też czy żyję.
  Siedziałam na krześle w pokoju, jakby biurze, w którym zawsze był Pan. Ten pokój był zamknięty gdy zjawiali się tam dziwni ludzie. Byli spokojni, szli jak nawiedzeni. Pan mówił, że to opętane osoby, a czasem przychodził sam Lucyfer. Czyli dostał się do świata ludzi. Pan mu pomaga.
-Nie jestem zadowolony, że kręcą się obok ciebie łowcy...
-Nie musisz się martwić, Panie. Ja tylko chcę... kogoś tu poznać...
-Wiesz, że ten kogo poznasz bliżej traci życie? Pamiętasz?
  Kiwnęłam głową.
-A teraz zostawiam cię pod opieką prawdziwych specjalistów.
-Jakich specjalistów? - spytałam ciekawa.
-Jesteś czasem jak dziecko, droga Alicjo. Musisz się jednak przekonać, że życie to istne piekło. A jego panem jest Śmierć i Lucyfer. Niestety, ty zostałaś mi dawno zapisana po twojej matce.
-Co za specjaliści? - dowiadywałam się.
-Dobrze się tobą zajmą.

  Otworzyłam oczy. Leżałam. Dziwne białe pomieszczenie lśniło nadmiarem czystości, leżał obok mój telefon na szafce nocnej i kartka. Chciałam po nią sięgnąć, ale zabolał mnie brzuch. Podwinęłam kołdrę i koszulkę, miałam opatrzoną jakąś ranę.
  Zwróciłam uwagę na ręce, na prawej miałam bandaż.
  Próbowałam sobie przypomnieć cokolwiek, skąd mam te bandaże, czemu jestem w szpitalu... ale pamiętałam tylko twarz Deana i dźwięk strzału który powtarzał się w mojej głowie jak echo.
-Przywitaj swoich kolegów, Alicjo. - usłyszałam jakiś głos.
-Kto tu jest? - prawie że krzyknęłam.
  Ale nikt nie odpowiedział.
  Byłam na sali sama, dwa łóżka były puste. Na trzecim leżała nieprzytomna dziewczynka. Spojrzałam w lewo, a tam ujrzałam pojawiające się cienie co jakiś czas.
  Przyglądałam się im, gdy jeden z cieni wyciągnął do mnie rękę... zainteresowało mnie to. Cień, który ''żyje''? Może mam zwidy? Pewnie tak... jasne, że tak! Przecież to nie normalne!
  Gdy nasze dotyki się spotkały, zabolało mnie to. Jakby po całym moim ciele przebiegł prąd, czułam, jak moje ciało płonie, a sama widziałam migające, straszne sceny i rzeczy, których nawet nie można sobie wyobrazić. Rozcinanie skóry, mordowanie. I na koniec znajomy mi strzał.
  Krzyczałam. Do pokoju wbiegły pielęgniarki z lekarzem na czele. Zaczęłam krzyczeć, płakać i się rzucać. Wyrywałam sobie wenflon, wszyscy mnie próbowali trzymać, ale nie dawali rady.
-Szybciej! - krzyknął lekarz. - Podajcie neospasminę, 50.
  Kątem oka widziałam, jak pielęgniarka wyjęła strzykawkę.
-Trzymajcie ją mocniej!
-Nie rozumiecie! Musicie mi pomóc!!! Proszę! - krzyczałam, ale oni mnie nie słuchali.
-Pomagamy ci właśnie, spokojnie... - mówił lekarz.
  Po wszystkim było mi lepiej. Nogi miałam jak z waty, moje ciało było lżejsze...
-Zadzwońcie do Szpitala Psychiatrycznego. Przedstawcie sytuację... trzeba ją tam przenieść. Ona nie jest zdrowa, może zrobić krzywdę, niepokoi pacjentów.
-Tak jest doktorze. - powiedziała pielęgniarka.

  Obudziłam się przywiązana do łóżka. Na suficie pojawił się cień, jakby opadał w dół i zniknął w kącie. Poczułam, że nic mnie już nie obserwuje. Tylko... gdzie ja jestem...? I dlaczego...?
  Minęło pół dnia, byłam głodna i zmęczona. Wpatrywałam się kilka godzin w sufit wołając co jakiś czas kogoś, kto mi wytłumaczy dlaczego tu jestem. Jednak przyszła pielęgniarka i powiedziała, że czas na kąpiel.
-Kiedy wrócę do domu? - spytałam gdy mnie odpinała.
  Ona tylko się uśmiechnęła.
-Kiedy się lepiej poczujesz. Chodź...
  Zeskoczyłam z łóżka i poszłam z nią gdzie prowadziła.
  Weszłam do wielkiej wanny pełnej piany i ciepłej wody pachnącej wiśniowym płynem do kąpieli. Ale o ile się orientuje, szpital tak nie wygląda...
  Gdy siedziałam w wannie usłyszałam za sobą skrzypienie drzwi wejściowych. Odwróciłam się szybko zasłaniając piersi. W środku był przypakowany, wysoki pielęgniarz.
-Masz być cicho. - nakazał, a gdy chciałam krzyczeć uderzył mnie w twarz. - Zamknij się. Rozumiesz?
  Przestraszona milczałam, odwróciłam się.
  Zaczął się rozbierać, słyszałam odpinający się zamek. Wszedł do wanny, kazał mi się posunąć wprzód. Usiadłam na samym końcu wanny by być jak najdalej od niego. Jednak on siłą przysunął mnie do siebie i nie puszczał. Gdy nie pozwalałam mu siebie dotykać, gdy krzyczałam, wołając o pomoc on mnie bił. Zaczął mnie obmacywać. Jego dotyk, każdy dotyk sprawiał mi ból. Nie wiem ile to trwało. Siniaków było więcej, a on nie przestawał. Obmacywanie zmieniło się w gwałt. Chciałam by puścił, chciałam krzyczeć, ale nie mogłam. Podduszał mnie, bolało. Wszystko mnie bolało. Chciałam umrzeć. Ale zamiast tego wróciłam do pokoju, w którym byłam wcześniej.
  Pielęgniarka weszła do środka i podała mi jakiś obiad.
-Mogę zadzwonić? - spytałam szeptem wpatrując się w swoje posiniaczone dłonie.
-Dziecko, co ci się stało?!
-Mogę zadzwonić? - powtórzyłam.
-Nie możesz dzwonić...
-Potrzebuję zadzwonić. Potrzebuję zadzwonić... potrzebuję... pomocy...
-Masz tutaj profesjonalną pomoc. Co zrobiłaś w dłonie?
-To pielęgniarz. Krzywdził mnie w łazience.
-Och... wydawało ci się. Tak się czasem dzieje.
-Nie... Pani nie rozumie...
-Rozumiem... Doskonale rozumiem, kochanie. - pogładziła mnie po ramieniu.
  Była miła. Ale nie rozumiała.
-Potrzebuję zadzwonić... Numer Deana... Sama... Nie mam ich numerów... Gdzie mój telefon?
-Mam go.
-Mogę zadzwonić?
-Pytasz o to trzeci raz...
-Mogę zadzwonić?
-Alicjo... odpoczywaj...
-Muszę zadzwonić. Dean i Sam mi pomogą... musi pani uwierzyć... musi pani mi dać mój telefon...
-Nie masz ich numerów, jak chcesz zadzwonić?
-Mam numer Sama... on ma mój... Mogę zadzwonić?
  Wyszła, nie kontynuując ze mną rozmowy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz