czwartek, 3 marca 2016

Od Dean'a


-Sam nie zgadzam się ! - wywrzeszczałem gdy mieliśmy chwilę odpoczynku od towarzystwa Alice
-Dean, mi też sie to nie podoba ale ona może pomóc.
-Wiesz ,że ona może wszystko zniszczyć ? Będziemy na akcji a ja użyją jako karty przetargowej
i ... - przerwał mi
-Nie będzie wychodzić z auta
-Nie ! Dupa ci się spodobała ? To weź ją w przytulny pokój motelowy ale nie na misje prawie że
samobójczą.
-Przesadzasz.
-Powiedz jej ,żeby wracała do siebie.
Tak sie zakończyła wizyta w sierocińcu, Alice powiedziała nam co wie, a ja i Sam pojechaliśmy sami.
Alice moze się trochę zirytować ale powiedzieliśmy ,że niedługo sie odezwiemy.

Jechaliśmy do domu Stiwensów, zadzwonili na policje z dość nietypowy problemem, ich sąsiedzi
są a ich nie ma, sprowadzają w nocy gości, dziwnie się na nich patrzą i ostatnio zginął im pies.
Pomyśleliśmy ,że to może być jakiś trop, trzeba sprawdzić tych sąsiadów puki nie mamy lepszego
punktu zaczepienia. Nie odwiedziliśmy Stiwensów ale od razu ich sąsiadów, znaczy się.. obserwowaliśmy ich dom z auta dłuższy czas ale nic się nie działo, nie było ich. Weszliśmy do środka. Dom jak dom, poobdzierany, w starym stylu, śmierdzi stęchlizną i kilka pokoi przerobionych w cele, krew i łańcuchy, wampiry były tu na pewno ale już najwyraźniej ich tu nie bedzie.
-Nie to szlak ! I gdzie teraz ? - sfrustrowałem sie.
Sammy grzebał już po szafkach i papierach.
-Szukaj czegoś co może nas nakierować.
Westchnąłem i zabrałem się za szperanie. Całe regały w książkach, papierkach i świstkach, biurka
i szafki, pełno syfu i nic po za tym.
-Serio Sam ? Myślisz ,że coś zostawili ?
Sam rysował ogłowiem po jakimś notatniku.
-Tak, mam.
-Ooow... em a co ?
-Myśle ,że ich nową lokalizacje.
-No to jedziem.
Wróciliśmy do impali i ruszyliśmy w drogę.
-Dzwoniłeś ostatnio do Bobba ?
-Tak, mówi ,że jest okej - odparł nie pewnie Sammy
-Na pewno ?
-Nie brzmiało to jakby miało być okej.
-Trzeba do niego zajechać.
-Teraz ?
-Nie, mamy sprawę.
-Wiesz co ? Jedno mnie nurtuje.
-Hmm..
-Jak tam było ?
-W piekle ? Nie pamiętam.
-Ale nic ?
-Nic
-Ale na pewno ? Wiesz ,że ... - przerwałem mu wkurzony
-Powiedziałem ,że nic ! skończ.
I atmosfera zrobiła się napięta, przez dobre pare minut panowała cisza. Było mega niezręcznie,
ale to nie moja wina.
-A jak tam u Casa ? - spytał Sammy
-Nie odzywał sie ostatnio.
-A jak z tą ostatnią pieczęcią ? To jest sprawa priorytetowa.
-Nic nie wie, nie mamy jak sie za to zabrać więc robimy teraz to. Jak coś znajdzie to się odezwie.
-A jeśli juz Lucyfer się wydostał i ...
-Cas nie zyje ? Nie uważasz ,że wydostanie się Lucka zrobi chociaż mały szum ?
-Może...
Dojechaliśmy do jakiegoś motelu, stary niedawno po renowacji, obok bar, duży parking i na nim
7 tirów.

Poszliśmy do recepcji.
-Można prosić o pokój nr. 17 ? - spytał Sam ( chcieliśmy ten pokój bo jego nr był napisany na kartce którą
Sam odbił. )
-17 ? Nie wiem czy jest wolny - powiedziała cicho szukając w komputerze informacji na temat tego pokoju
-Jak nie ten to może być inny
-Nie ma potrzeby, ten się wczoraj zwolnił i już jest wysprzątany. - podała kluczyk - proszę bardzo
-Dzięki - powiedzieliśmy idąc do pokoju
-Wysprzątany ? Bosko. - powiedziałem pod nosem.
Faktycznie pokój aż lśnił czystością, nic tu raczej nie znajdziemy. Cholera !
W takim razie mam czas aby troche się zabawić, jak mówiłem wcześniej zaraz obok jest bar, na parkingu stoją
tiry, będzie cudownie.
-Sammy zbieraj sie
-Gdzie ?
-Musisz się trochę rozerwać, zabawić, wiesz jeszcze co to znaczy ?
-Emm.. nie dzięki Dean, ja tu poszukam informacji i zobacze co u chłopaków.
-Musisz nauczyć się bawić.
Wyszedłem z pokoju i ruszyłem prosto do baru i zacząłem od szota.

Gdy wychodziłem z baru był już ranek może koło 6. Moja dziecinka stała grzecznie na swoim miejscu
nie tknięta. Była to niezapomniana noc, trochę nabroiłem.
Otworzyłem drzwi do pokoju, mega zmęczony, nie patrzyłem pod nogi, zrzuciłem buty i rzuciłem sie
plecami na łóżko. Nagle spod kołdry wyszedł Sammy i jakaś niezła Blondyna, byli nadzy.
-Uhh.. emm... nie zauważyłem.
Patrzyli się na mnie zaskoczeni.
-Nic się nie stało
Sam zarzucił koszulkę leżącą obok łóżka.
-To ja dam wam chwilę
Wstałem i poszedłem do pokoju obok, jeszcze wracając się krok czy dwa i patrząc na nagi bisut blondyny.
Ale bym szarpał. Gdy Sammy wstawał szybko zamknąłem drzwi. Niektórych rzeczy lepiej nie widzieć.
W kuchni zrobiłem kawe i z lodówki wyciągnąłem morzoną pizze. Po 10 minutach do kuchni wszedł Sammy.
-A ja myślałem ,że nie umiesz się bawić. - usiadłem i ugryzłem kawałek pizzy
-Wiesz chciałem jej dać mój numer ale wiesz co mi powiedziała ? - Sammy wziął sobie kawałek pizzy
-Mieliśmy noc ,jutro jest nie ważne.
-Czy ty wszystko musisz sprowadzać do tekstów piosenek ?
-Tak

Poszliśmy do lobby poszukać kolejnego adresu, może ktoś coś wiedział.
W korytarzu minęliśmy się z blondyną.
-Dzięki za noc Pevor - powiedziała i nas minęła
-Pevor ? Serio ?
-No co ?
Rzuciłem mu kpiące spojrzenie i zaczepiłem tą blondynę.
-Wiesz może gdzie mogli pojechać ci z pokoju 17 ? Byli tu przed nami.
-Byli trochę dziwni, a po co chcesz to wiedzieć ?
-Są zbiegami, szukamy ich - pokazałem jej odznakę.
-Ah.. skoro tak, coś mówili ,że zamieszkają 5 km z tąd ale nie wiem dokładnie gdzie, nic w sumie
szczególnego nie wiem.
-Dzięki blondi
-Szarlot
Puściła mi oczko i weszła do pokoju. Już do niej szedłem ale nagle poczułem jak Sam mnie zatrzymuje.
-Nie myśl o tym.
-Ty możesz a ja nie ? - spojrzał się na mnie tym swoim wzrokiem, nie lubie jego wzroku ! - dobra.
Telefon Sama zaczął dzwonić, odebrał.
-Alice ?... no pewnie... tylko muszę tu skończyć sprawę ... jesteśmy blisko Cola... nie... dobra.
-Co jest ?
-Alice chce pójść ze mna na jakiś bal mówi ,że to największe zbiorowisko potworów w roku i ,że możemy
znaleźć tam nasze wampiry.
-Przeciez już prawie znaleźliśmy Cola.
-Trzeba przeczesać jakies 7 km obszaru do okoła.
-Mówisz ,że największe zgromadzenie potworów ?
-No tak ona twierdzi
-Dobra to ja pojadę ty u pobaw się w fryzjera
-Hmm.. -przekręcił głowę w prawo
-Przeczesz okolice !
-Nie sądzisz ,że może jej się ten pomysł nie spodobać i w ogóle czemu ty a nie ja ?
-Mam ładniejszy garniak.
Wyszedłem i odrazu ruszyłem w drogę. Prawda jest taka ,że obawiam sie o brata wolę większe zło brać
na siebie.
Wszedłem do domu Bobbi'ego, na szybko bo musiałem zaraz jechac po Alice.
-Jak tam wampiry ? - spytał Bobby - mam tu dla was jeszcze kilka innych spraw, ostatnio jest ich coraz więcej.
-Co? Czemu? Co tam masz !? - odpowiadałem z łazienki, właśnie wchodziłem pod prysznic.
Bobby mówił co tam znalazł ale średnio go słyszałem, na razie mamy już coś na głowie czym musimy się zająć.  Ogarnąłem się , założyłem garniak.
-Powiedz o tych sprawach innym łowcą, chwilowo mamy pełne ręce roboty.
-Emm.. Dean ?
-Co ?
-Idziesz na imprezę, to jest praca ?
-Tak ! tam będą wampiry.
-A Sammy ?
-Szuka Cola
-Zostawiłeś go samego ?
-Poradzi sobie.
Tam jest bezpieczniejszy niż ze mną tu, pomyślałem.

Byłem juz w umówionym miejscu, Alice póki nie widziała kto jest w aucie ,szła z gracją, uśmiechnięta
w czarnej sukience. Odsunąłem szybę, wystawiłem łokieć i krzyknąłem.
-Pośpiesz sie, nie mamy dużo czasu - uśmiechnąłem się zadowolony z siebie

Alice na chwile sie zatrzymała i zaraz przyśpieszyła lekko wkurzona.
-Dean ?! A gdzie Sam ?
-Ma robotę
-Przecież ja cię nawet nie lubie !
-Nie musisz, to jest praca. Wsiadaj maleńka - klepnałem w drzwi od dziecinki
Alice wyraźnie nie zadowolona wsiadła i ruszyliśmy.
-Skąd wiesz ,że będą tam wampiry
-Zawsze są, co roku coś tam sie dzieje więc muszą być.
-Aaaa i to daje ci pewność ?
-Wystarczy
-No zobaczymy
Nagle włączył sie jeden z moich ulubionych utworów do zabawy, tego nie dało się powstrzymać, od spokojnego
nucenia przeszedłem do głośnego śpiewania i tańca, to był mój numer !

-The...dum.. dum... loves...cooki..s.. creazy...loves... !
-Co ty odpierdalasz !
-Creazy loves ! .... dum da da ... forever !
-Dean łap za tą kierownice !
Nagle Alice chciała wysunąć płytę ale zauważyłem to kantem oka i złapałem ją za rękę i machałem
nią w rytm muzyki.
-Creazy cookis ! - wyśpiewałem jej głośno prosto w twarz
-Debil
Zasłoniła twarz drugą ręką i osunęła się niżej na siedzeniu.
Gdy utwór się skończył wróciłem do normalniej jazdy i w sumie byliśmy już na miejscu.
Wysiadłem, otworzyłem drzwi Alice i wszedłem do środka. ( drzwi ona musiała zamknąć i mnie dogonić)
-Zachowuj się
-Zawsze
-Widziałam...
W środku było wytrawnie, wszystkie snoby sebrały się pod jednym dachem normalnie świetnie.
Ubiorem możę i tam pasowałem ale chciałem jak najszybciej wyjść.... chwila.. już nie ! Ale one mają tu cycki !
-Cześć mała
Dziewczyna zmierzyła mnie wzrokiem i zimno odpowiedziała
-Tam stoi twoja dziewczyna
-Co ? ni...możliwe.
Dziewczyna się odwróciła i poszła w swoją stronę.
-Nie mówiłaś ,że mam udawać twojego chłopaka
-Inaczej być nie wszedł, takie są zasady wstępu, osoba towarzysząca ma być ci bliska.
-Wspaniale...
Długo nie musieliśmy czekać na to aby coś się stało, po zaledwie godzinie w sali rozległ sie przeraźliwy krzyk.
-Diana jest cała we krwi, niech ktoś mi pomoże !
Wyleciała z krzykiem jakaś starsza facetka. Szybko pobiegłem za nią. Ciało dziewczyny uległo kapitulacji
i zostało pozbawione wątroby. Wilkołak ? Ale po co obcinać głowę ?
-Proszę się odsunąć ! - powiedziałem do kobiety która ją znalazła - wezwij karetkę.
-Ona nie żyje ?
-Straciła głowę
Nagle kobieta rozbeczała się na dobre. Wyszedłem z pokoju w którym leżał trup i podszedłem do Alice.
Stała zadowolona z założonymi rękoma.
-A nie mówiłam ?
-Dobra, udało ci się.
-Co to ?
-Chyba wilkołak ale nie wiem po co ucinał głowę.
-Wampirom ucina sie głowę ?
-Tak ale łatwiej dźgnąć je kołkiem.
-Ale wtedy jest mniej frajdy nie prawdaż ?
Odeszła biorąc wino z tacki którą niósł kelner.
-Niezła sztuka z niej, jakby tak ją sp... nie to złe!

Podejrzanie szybko sprawa ucichła i wszyscy dalej sie bawili, a karetka nawet nie przyjechała.
No przecież, gdzie wampiry oddadzą ciało członka rodzinny. ,,Członek"... to tak dwuznacznie brzmi..
Głupio jest być ,,członkiem" rodziny, lepiej emm... kimś z rodziny, nigdy nie chce być nazywany
członkiem. Zabawa trwała dalej, tańczyliśmy w głównej sali, było nudno jak na stypie, ale taka praca.
I nareszcie znowu cos sie zaczęło dziać ! Facetka która znalazła ciało Diany wyciągnęła broń i zaczęła
mierzyć do jednego z kolesi na parkiecie.
-To ty zrobiłeś ! Zabiłeś moją Dianę ! Ty psie !
Nie czekała z oddaniem strzało, strzeliła a koleś zaczął się palić w miejscu postrzału i padł martwy.
Srebrne kule...
-Ty dziwko ! To był mój mąż !
Wyleciała z tłumu jakaś brunetka i rzuciła się na kobietę z bronią. Wynikła z tego niezła bójka,
co drugi strzelał a inni atakowali bez niczego, jeden po drugim padali jak muchy. Okazuje się ,że to
był zjazd wampirów i wilkołaków i chyba sie pokłócili...
Wraz z Alice powoli się wycofywaliśmy, nie widziałem tu normalnych ludzi prócz niej. Chciałem ją
schować w bezpiecznym miejscu a później dorwać jakiegoś wampira który bedzie wiedział coś o chłopaku.
Niestety jedna kulka trafiła Alice prosto w brzuch, złapałem ja gdy upadała bezwładnie.
-Alice ! żyjesz ? - potrząsnąłem nią - wszystko bedzie dobrze - pogładziłem ją po twarzy i przytuliłem.
Miała dość mocne perfumy które lekko dusiły.
-Alice ! żyj! mówiłem nie...
Nagle podszedł do nas kelner z paletą z babeczkami. Nie puszczając Alice, wziąłem jedną...dwie moze pieć babeczek

i wziąłem ją na ręcę gdy nagle jakiś koleś we mnie wymierzył.
-Nie jesteś jednym z nas ! - namierzył teraz na Alice - ona też ! Skąd dostaliście zaproszenie ?
-Emm.. koleś, to jakaś pomyłka.
-Jej krew tak smacznie pachnie... daj ją !
-Spadaj !
Chciałem uciec ale tamten ustrzelił, i nagle nie wiadomo skąd pojawił sie Sammy, wziął srebrną tackę
od kelnera i zasłonił nią mnie przed pociskiem. Strzelił do wampira który chciał mnie zabić,
i teraz Sam pomógł mi wyjść z Alice w bezpieczne miejsce. Schowaliśmy ją w pokoju na parterze.
-Sam szybko jakieś opatrunki !
-Skąd ?
-Łazienka !
Rana nie wyglądała najlepiej, była śmiertelna, szybko musiałem coś zrobić. Sammy podał opatrunki
a ja zająłem się raną, mocno krwawiła ale nie dość aby Alice umarła, gdy zrobiłem jej razem z Samem
opatrunek krew ustała. Alice nadal była nie przytomna ale razie mieliśmy pewność ,że przeżyje mimo
utracenia takiej ilości krwi.
-Sam ty z nią zostań a ja poszukam... -przerwał mi
-Dobra leć
Wyszedłem i w sali była totalna makabra, nikt się nie ruszał, setka włok leżała na parkiecie,
niektórzy się przemienili ale większość została przy wyglądzie ludzkim.
Cholera, i kogo teraz przesłucham ?!
Nagle zauważyłem jak wampir który do mnie strzelał próbuje się podnieść, podszedłem do niego szybko
uważając aby nie wdepnąć w jakieś zwłoki i podniosłem go trzymając za frak.
-Co wiesz o Colu ? Gdzie przeniosły swoje gniazdo wampiry wcześniej mieszkające w..
-Nie wiem ! Nie jestem od nich !
-Czyżby ? Gadaj !
Podciąłem mu lekko gardło
-Aaa... nie wiem !
Teraz zrobiłem to rochę głębiej
-Jakieś 20 km stąd w strit 43, tam ich znajdziesz !
Uciąłem mu głowę i rzuciłem na podłogę.
-Dzięki - przetarłem nóż jego garniturem.
Wróciłem do Sama i Alice.
-Musimy z nią jechać do szpitala
Sammy wziął na ręcę Alice i wsialiśmy do impali, droga do szpitala niemiłosiernie się dłużyła
ale gdy przejęli ja lekarze ulżyło nam obydwom. Teraz ma jakiekolwiek szanse...

Nie czekając wraz z Sammem pochleliśmy prosto pod podany adres. Faktycznie był tam jakiś dom,
i byla ta ulica, uzbrojeni po pas weszliśmy do czysto amerykańskiego domu. Na początku było dość cicho
dopóki nie weszliśmy na piętro. Przykułem do ściany jednego z wampirów i bez wahania obciąłem mu głowę,
Samowi ten numer się niei udał, wampir powalił go na ziemie i zaczęli się szarpać. Wyciągnąłem kołek
i w ten sposób spłoszyłem tego który męczył Samma, wtedy Sammy trafił jednego za mną który chciał
mnie zabić nożem kuchennym. Jeden nietknięty spojrzał sie na tego rannego i pomógł mu uciec, zacząłem ich gonić ale na mojej trudzę stanął.. Cole ? Tamci byli już daleko, cholerne szybko-biegi.
-Cole wszystko w pożądku ? Zrobili ci coś ?
-Emm... wiesz... chyba nie.
-Byleś wolny, dlaczego nie ...
Zorientowałem sie w tym momencie ,że Col też musi być wampirem wieć przyszpiliłem go w kajdanki  dzięki którym jest bez władny. Zaczął syczeć.
-Zamknij sie, jakos ci pomożemy. Przypiąłem go do barierki od schodów i poszedłem do Samma.
Tłukł w jakies drzwi
-Zamknięte !
-Ktoś tam jest ?
-Chyba tak, słyszałem wołanie o pomoc ale ucichło.
-Odsuń się.
Z torby wyciągnąłem małą bombę do zamków, zrobił ja dla nas Bobby po tym jak odzyskał zdrowie.
Wybuch nie był duży ale wystarczający, drzwi sie przed nam otworzył a za nimi znaleźliśmy Korę.
Wziąłem ją na ręce, była nie przytomna.
-Dawaj, szybko musimy ja wziąść do nas.
-A znalazłeś chłopaka ?
-Jest wampirem, jestem za tym aby go..
-Dean! możemy mu pomóc.
-Tego nie wiesz ale jak chcesz ryzykować to pakuj go do bagażnika.

Po chwili byliśy w drodze do domu Bobbi'ego. Ja, Sam, nieprzytomna Kora i Cole w bagażniku otępiały.
Jechałem jak najszybciej mogłem, moja dziecinka spisywała sie na medal. Sammy opatrzył Korę, ale
ku naszemu zdziwieniu nie miała żadnej śmiertelnej rany.
-Jak z nią ?
-Nie wiem. emmm wiesz jest chyba..
-Wampirem ?
-Tak jakby
Wyjąłem ze schowka kajdanki z wyrytymi symbolami które pozbawiają mocy wszystko co jest możliwe
i rzuciłem je Samowi.
-Serio ?
-Tak - powiedziałem pewnie
Sammy założył jej kajdanki.
-Musimy znaleźć tego który ja przemienił.
-Wziąłeś krew tego któego zamordowałeś ?
-Tak. Jest nadzieja ,że to on zrobił.
-Oby.
Nagle na drodze stanął nam jeden z tamtych wampirów, ten który nie oberwał.
-Dean uważaj !
Ze ślizgiem i omal nie straceniem panowania nad kierownicą ominąłem go, w lusterku widziałem jak biegnie za wozem.
Był coraz dalej i dalej, jechaliśmy za szybko jak dla niego.

Dojechaliśmy do domu, Cola zapieliśmy w kajdanki w naszej celi a Kore po dokładnym przebadaniu przez
Bobbi'ego zapieliśmy na sofie, kajdanki są dla naszego i jej bezpieczeństwa.
Nagle sie ocknęła, chciała odgarnąć włosy ale zauważyła ,że jest zapięta.
-Emm.. co jest grane ?
-Jesteś u Winchesterów malutka - powiedziałem biorąc łyk piwa
-Powiedziałeś to jak zboczeniec, gwałciciel i biorąc pod uwagę ,że jestem zapięta w kajdanki
na sofie to brzmiało to naprawdę strasznie.
-Kto ci to zrobił ?
-Max
-Jakiegoś zabiliśmy, jak wyglądał ten twój Max.
-Kogo zabiliście !?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz