poniedziałek, 29 lutego 2016

Od Katherine

   Ukryłam się w Huston, gdzie miałam święty spokój od łowców. Siałam wszędzie spustoszenie, ale nie próbowałam jeszcze żadnej kropli krwi. Nie wiem dlaczego, przez zaginione ciało Jane nie mogłam pić krwi, nie byłam w stanie. Może dlatego, że Jane jeszcze żyje?
  Po prostu zabijałam, pracowałam jako cichy zabójca, do wynajęcia, na zlecenie, można to nazwać jak się chce. Aż pewnego dnia dostałam nietypową, ciekawą ofertę od nietypowej, ciekawej osoby. Przyjechałam specjalnie znów do Morganville by zapoznać się z sytuacją. Mimo tego, że nie mogłam pić krwi ludzkiej ani zwierzęcej, trawiłam tylko ''zdrową żywność'', jak na chore zrządzenie losu, miałam umiejętności które posiadałam jako ten normalny wampir.
-Nazywam się Dan. - usiadł naprzeciwko mnie w kawiarni. - A Ty zapewne jesteś Katherine. - uśmiechnął się.
-Owszem. A więc, co to za kusząca propozycja?
-Wadzą mi pewne osoby. Łowcy. Mieszkają tu...
-Zaraz, chwila,chwila... - przerwałam mu. - Czy nazywają się Dean i Sam?
-Tak.Widzę, że są ci znani...
  Załamałam się.
-Tak, zgadza się. - westchnęłam. - Byłam z nimi pewien czas, są dosyć nieźli w tym co robią...
-Ale dasz radę, prawda? - oparł się zrelaksowany o oparcie kanapy.
-Wątpię...
-Zapłacę.
  Ryzyokowałam. Już nie grała tu rola pieniężna, chodziło o moje życie, a jak na razie będąc/niebędąc wampirem potrzebuję być nienaruszona zbyt poważnie. A jeśli się wpieprzę znowu w Deana i Sama skończy się to źle dla mnie i dla nich.
-Nie wiem...
-Zapłacę nieśmiertelnością i wampiryzmem o jakim marzysz od pewnego czasu.
-Skąd wiesz...
-Wiem wszystko.
-Skoro tak, to pewnie sam mógłbyś zająć się łowcami.
-Nie zupełnie. Ja muszę być w ukryciu, a oni przeszkadzają mi bo kręcą się obok mojej podwładnej.
  Uniosłam brwi zainteresowana.
-Chyba możemy sobie pomóc. - uśmiechnęłam się zgadzając na propozycję Dana.
-Ale najpierw zacznij od odsunięcia niejakiej... Kory. Zmiennokształtna, sprawiająca problemy. Zaginęła, ale jest bliska śmierci... z tego co wiem ma problemy z wampirzymi koleżkami, a Ty jesteś dobra w uwodzeniu. To jeden z twoich darów, nieprawdaż?
  Uśmiechnęłam się.
-Czyli od czego zacząć, szefie?
-Od Kory.

  Weszłam do domu tych wampirów. Otworzyła mi drzwi jakaś młoda wampirzyca, szczypiorek, nowo narodzona dziecinka która wykonywała prośby tych starszych przez nasilony głód. Wiem jak to wygląda, sama na początku usługiwałam Markowi.
-Przyszłam zobaczyć jak u moich ''braci'' się wiedzie.
-Nie znamy cię. - odparła cicho wampirzyca.
-Jestem Katherine. - podałam jej rękę. - Ta jedna z pierwszych wampirów na świecie, wiesz, szacunek i te sprawy. Mam prawo wszędzie wejść, tutaj również. Gdzie są twoi... ehm... jak to tam nazywasz?
-E....
-Kto to? - spytał jakiś facet.
-Hej, jestem Katherine Pierce, jak leci? - spytałam kpiąco.
-Kim do cholery jesteś, a Ty?! Czemu wpuszczasz kogoś do mojego domu?!
-Halo, na nią pokrzyczysz sobie później, teraz ja tu jestem w seksownej sukience, może zwrócisz na mnie uwagę? - spytałam próbując zmusić go do spojrzenia mi w oczy by użyć daru.
-Wiem kim jesteś. - odparł, chyba przejrzał moją grę. - Czego możesz tu chcieć? Jestem Max.
-Przyszłam odwiedzić Korę. Słuchaj, mam ją albo zgnieść jak robaka, albo się z nią zaprzyjaźnic i chronić przez moją nieśmiertelnością, ale moc Kamienia Filozoficznego jest dla mnie zbyt ważna, by zależało mi na życiu jakiejś tam... ehm... Ach, Kora.
-Ale ja już mam co do niej plany...
  Pogładziłam go po ramieniu, spojrzał mi się w oczy. O to mi chodziło. Nie mógł się ode mnie oderwać, jego wzrok spoczywał na moim.
-Mógłbyś mnie tam zaprowadzić...? - szepnęłam.
-Oczywiście, Katherine.
 
  Czar szybko prysł, ponieważ moje zdolności są równie osłabione czasowo, jak moje życie na tej żałosnej planecie. Kora jest zdezorientowana po części, przyszłam tu by zbadać poziom zagrożenia jakie grozi mnie jeśli przyszłabym tu ją wykraść.
  Poziom niebezpieczeństwa - zerowy.
  Czyli powinno pójść łatwo.


  Na następny dzień szpiegowałam Deana i Sama. Niestety - Sama nie było w domu. Po obskoczeniu wszystkich pomieszczeń w domu, poruszając się przy tym jak kot - bezszelestnie - mogłam stwierdzić, że Deana również nie ma. Zła wróciłam do domu, jednak ku mojemu zdziwieniu, nie mogłam też znaleźć tej całej niewolnicy mojego tymczasowego szefuńcia. Hmm... jak można sie tak poniżać w byciu niewolnicą? Żałosne... doprawdy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz